Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Niemcy, Rosja, Ukraina. Olaf Scholz na cienkiej linie

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz na Kremlu Kanclerz Niemiec Olaf Scholz na Kremlu Sputnik / Reuters / Forum
W Kijowie i Moskwie nowy kanclerz Niemiec wystąpił jako wierny reprezentant wspólnej linii Zachodu. Nie rozprawiał o budowie nowej architektury bezpieczeństwa europejskiego, lecz bronił jej aktualnych fundamentów.

W niedzielę 13 lutego kanclerz Olaf Scholz pojawił się wreszcie na Twitterze. Jego pierwszą wiadomością były gratulacje dla Franka-Waltera Steinmeiera, który ponownie został wybrany na prezydenta Niemiec. Ale nie to wydarzenie było przyczyną decyzji o uaktywnieniu się w medium, które politykom zapewnia największą widoczność. Dzień później Scholz jechał do Kijowa, zaś następnego do Moskwy.

Czytaj też: Niemiecki spór o Rosję. Kto jest bohaterem, a kto ofiarą

Kanclerz nie owija w bawełnę

Scholz długo był krytykowany za brak aktywności – nie tylko twitterowej, lecz przede wszystkim dyplomatycznej – na rzecz rozwiązania rozpętanego przez Rosję kryzysu. Stawką obu wizyt była nie tylko kwestia doprowadzenia do deeskalacji konfliktu w jego szczytowej fazie, lecz także reputacja samego Scholza i wiarygodność Niemiec jako jednego z filarów Zachodu.

„Działanie na rzecz pokoju jest naszym cholernym obowiązkiem” – zatweetował Scholz po rozmowie z Władimirem Putinem, dodając znaną formułkę, że „trwałego bezpieczeństwa nie da się osiągnąć bez Rosji”. W Kijowie wysłał zaś w świat wiadomość, że suwerenność Ukrainy jest „nie do negocjacji”. Ale w sprawie ewentualnych sankcji pozostał bardzo oględny. „Będziemy wiedzieć, co robić” – napisał. W dyplomacji twitterowej Scholz specjalnie więc nie zabłysnął. Czy osiągnął za to swoje główne cele?

Krytycy, którzy spodziewali się, że niemiecki socjaldemokrata prezentować będzie linię ugodową, mogli czuć się zaskoczeni. Stojąc obok Putina na konferencji prasowej po ich trzyipółgodzinnej rozmowie, Scholz nie owijał w bawełnę. Monotonnym, ale zdecydowanym głosem krytykował wydany niedawno przez Kreml zakaz działalności organizacji Memoriał. Mówił, że zarzuty przeciwko Aleksiejowi Nawalnemu są pozbawione podstaw prawnych. Zaś pierwsze pytanie pozwolił zadać dziennikarce stacji Deutsche Welle, która właśnie w spektakularny sposób została wyrzucona przez Kreml z Moskwy.

Pokusił się nawet o szpilę wobec Putina, czyniąc aluzję do niedemokratycznego systemu pozwalającego mu zostać u władzy, jak długo zechce. Odciął się od swojego poprzednika Gerharda Schrödera, który jest dziś lobbystą Gazpromu. Nie sprawiał wrażenia zakłopotanego ani nie dał się Putinowi zapędzić w kozi róg.

Czytaj też: Ukraiński gambit. Niemcy zmienią politykę wobec Rosji i Ukrainy?

Co z Nord Stream 2 i NATO?

Od tygodni obserwatorzy i sojusznicy czekali na deklarację Scholza w sprawie gazociągu Nord Stream 2 i tego, czy zablokowanie go będzie częścią zachodniego pakietu sankcji wobec Rosji. I tym razem Scholz nie zechciał postawić kropki nad „i”, choć jego aluzje do tego, „co wszyscy wiedzą”, wydają się niedwuznaczne. Już w czasie niedawnej wizyty u prezydenta USA Joe Bidena Scholz deklarował, że Niemcy nie wyłamią się z frontu zachodnich sankcji. Nie ulega wątpliwości, że jakakolwiek inna decyzja Berlina niż wstrzymanie gazociągu w przypadku agresji zostałaby uznana za złamanie słowa zarówno w Waszyngtonie, jak i w innych stolicach.

Ale ze szczególną uwagą słuchano słów Scholza na temat Ukrainy, NATO i tzw. porozumień mińskich, które miałyby doprowadzić do rozwiązania konfliktu w Donbasie. Scholz powiedział rzecz oczywistą: kwestia członkostwa Ukrainy w NATO nie stoi ani dzisiaj, ani jutro na wokandzie. W Kijowie mówił to samo, a prezydent Wołodymyr Zełenski dodał w jego obecności, że wejście do NATO pozostaje „marzeniem Ukraińców”. Każdy wie, że takie marzenia nie spełniają się łatwo ani od razu, więc nietrudno było odczytać intencje obu przywódców: obnażenie cynizmu Putina, który z rzekomo stojącej u progu akcesji Kijowa do Sojuszu Atlantyckiego robi casus belli.

Ale odnosząc się do tej kwestii, Scholz balansował na cienkiej linie. Kiedy zasugerował, że trzeba znaleźć polityczne wyjście, które obu stronom – Rosji i NATO – pozwoli pozostać przy stanowiskach (rosyjskie „nie” dla członkostwa Ukrainy i natowska polityka „otwartych drzwi”), niektórzy odczytali to jako wolę sformalizowania neutralności czy „finlandyzacji” Ukrainy. Więcej to mówi o nieufności wobec intencji Berlina wśród komentatorów i ekspertów niż o jego faktycznych zamiarach. Kanclerz nie wykluczył członkostwa Ukrainy w NATO w przyszłości, trzymając się oficjalnej linii Sojuszu.

Podkast: Czy Zachód obroni Ukrainę przed Rosją

Przyszłość Doniecka i Ługańska

Może jeszcze istotniejsze – i nie mniej delikatne – były jego deklaracje dotyczące kwestii Donbasu. Mają one szczególne znaczenie dlatego, że w przeciwieństwie do innych spraw będących przedmiotem negocjacji między Rosją a Zachodem – kontroli zbrojeń, NATO, porządku bezpieczeństwa europejskiego – to Europejczycy, a nie Amerykanie, grają pierwsze skrzypce w tej dyplomatycznej rozgrywce. Służy jej tzw. format normandzki, w którym Niemcy, Francja, Rosja i Ukraina próbują dokonać kwadratury koła, czyli zrealizować skomplikowane i niejasne porozumienia z Mińska, które w 2015 r. pozwoliły uniknąć dalszej eskalacji konfliktu we wschodniej Ukrainie.

Interpretacje zapisów są rozbieżne, a Rosja chce wykorzystać je do osłabienia Ukrainy. W dniu wizyty Scholza w Moskwie rosyjska Duma przyjęła uchwałę wzywającą Putina do formalnego uznania republik separatystycznych w Doniecku i Ługańsku. To wyraźny sygnał presji politycznej zmierzającej do wymuszenia ustępstw w sprawie porozumień mińskich. I wiele wskazuje na to, że właśnie tam Putin szuka dzisiaj „postępów”, które mogłyby pozwolić mu obwieścić sukces i ewentualnie doprowadzić do – przynajmniej przejściowej – deeskalacji konfliktu.

Z Kijowa Scholz przywiózł do Moskwy ważną obietnicę prezydenta Zełenskiego. Ukraina ma wkrótce przedstawić propozycje kluczowych aktów prawnych dotyczących statusu Donbasu i mających się odbyć tam wyborów, do czego zobowiązała się w Mińsku. To bardzo grząski grunt, bo takie działania – pod presją Berlina i Paryża? – mogą oznaczać wyjście naprzeciw żądaniom Moskwy i gotowość do ryzykownych kompromisów.

Nacisk, z jakim Scholz mówił o wadze formatu normandzkiego i konieczności wdrożenia porozumień mińskich, sugeruje, że właśnie w tym procesie widzi szansę zejścia ze ścieżki konfrontacji. To podejście nie musi oznaczać polityki appeasementu, lecz próbę wciągnięcia Putina w dalsze rozmowy odsuwające groźbę inwazji. Ale i w tej sprawie intencje Berlina podlegać będą skrupulatnej weryfikacji przez międzynarodową opinię publiczną.

Czytaj też: Trójkolorowa koalicja w Niemczech

Co po udanym tournée

W środę rano 16 lutego twitterowe konto Olafa Scholza milczało, a agresja Rosji nie nastąpiła. Trudno widzieć w tym zasługę nowej akcji dyplomatycznej kanclerza, choć i takie pospieszne interpretacje pojawiły się w jego własnej partii. Sytuacja pozostaje niezwykle napięta. Zaś uwagi Putina o „ludobójstwie” w Donbasie i konieczności „natychmiastowego” rozwiązania kwestii członkostwa Ukrainy w NATO, którymi podzielił się na konferencji z Scholzem, nie zwiastują odprężenia.

W Kijowie i Moskwie Scholz wystąpił jako wierny reprezentant wspólnej linii Zachodu. Nie rozprawiał o budowie nowej architektury bezpieczeństwa europejskiego, lecz bronił jej aktualnych fundamentów. Obawy przed tym, że Niemcy mogłyby pójść w aktualnym kryzysie osobną drogą, od początku były przesadzone. Ale miarą wiarygodności Niemiec nie jest dzisiaj tylko grzeczne wpisywanie się w kurs polityki wyznaczonej przez Stany Zjednoczone, lecz aktywne jej współkształtowanie i zdolność do odpowiedzialnego przywództwa w Unii. Po udanym tournée potrzebne są dalsze sygnały, że Berlin jest do tego gotowy. Nie tylko na Twitterze.

Czytaj też: Wizyta Olafa Scholza w Warszawie

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Nowe szaty tyrana. Dlaczego Putin zaatakował i co go dziś przeraża?

Sergei Guriev, profesor ekonomii, były doradca prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa i były główny ekonomista EBOiR, o tym, co może czekać Putina i Rosję pod jego dyktatorskimi rządami.

Jacek Żakowski
18.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną