Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Niemiecki spór o Rosję. Kto jest bohaterem, a kto ofiarą

Były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder podczas inauguracji Władimira Putina w 2018 r. Były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder podczas inauguracji Władimira Putina w 2018 r. Kremilin Pool / Russian Look / Forum
Groźba rosyjskiej inwazji na Ukrainę wywołała w Niemczech zasadniczą debatę o stosunku do Rosji, Zachodu, socjaldemokratycznej Ostpolitik, a także o niemieckiej roli w rosyjskim parciu na Zachód – od Piotra I po Władimira Putina.

W tym tygodniu waszyngtońskie rozmowy kanclerza Niemiec Olafa Scholza z prezydentem Joe Bidenem nie będą łatwe. Kanclerz ma w USA złą prasę, bo po jego powściągliwej reakcji na rosyjską koncentrację wojsk na granicy z Ukrainą Niemcy znów uchodzą za „niepewnego kantonistę”. Scholz, mimo zaostrzonej sytuacji, powtórzył jedynie starą formułę Angeli Merkel, że jakby co, to na wokandzie stanie kwestia Nord Stream 2. A zapowiedź Berlina wysłania do Kijowa 5 tys. hełmów została za oceanem odebrana jako wykręcanie się sianem.

Czytaj też: Wizyta Olafa Scholza w Warszawie

Cień Gerharda Schrödera

Problemem Scholza jest cień Gerharda Schrödera kładący się na SPD. Tuż przed naradą kierownictwa partii nad kursem wobec rosyjskiej koncentracji wojsk były kanclerz, właśnie awansowany na przewodniczącego rady nadzorczej Gazpromu, huknął publicznie w duchu Putina: „Mam nadzieję, że na Ukrainie nareszcie przestaną potrząsać szabelką”. Jakby to Kijów szykował się do wyprawy na Moskwę.

Szefostwu SPD było to na tyle nie w smak, że nawet wieloletni przyjaciel Schrödera współprzewodniczący SPD Lars Klingbeil skorygował go, mówiąc, że to Rosja eskaluje konflikt. A o kursie SPD w stronę „zintensyfikowania rozmów” i „zorganizowania pokoju” zadecyduje obecne kierownictwo partii z Scholzem. Jednak także w kierownictwie SPD nie brak „rozumiejących Putina” – od młodego Kevina Kühnerta, rzecznika lewego skrzydła, nowego sekretarza generalnego partii, poprzez szefa klubu parlamentarnego Rolfa Mützenicha, po tradycyjnych entuzjastów Nord Stream 2, byłych i obecnych premierów Meklemburgii, Brandenburgii czy Dolnej Saksonii.

W stolicy Meklemburgii Schwerinie powstała właśnie spółka Gas for Europe, która ma przejąć niemiecką część gazociągu. Zaś latem 2021 r., gdy świat był oburzony traktowaniem w Rosji Aleksieja Nawalnego i opozycji, premier tego landu wraz z rosyjskim ambasadorem ostentacyjnie wizytowała terminal drugiej nitki gazociągu. Manuela Schwesig bywa też w Szwajcarii na nieprotokołowanych – jak twierdzi „Süddeutsche Zeitung” – naradach dyrektorów Nord Stream 2, którym przewodniczy Schröder.

Przed wyborami do Bundestagu Schwesig ostro ścierała się w sprawie rury bałtyckiej z współprzewodniczącą Zielonych Annaleną Baerbock. Teraz musi z nią żyć jako minister spraw zagranicznych koalicyjnego rządu w Berlinie. I to w atmosferze zmieniającej się konstelacji geopolitycznej i zasadniczych debat w Niemczech na temat ich „odrębnej drogi” między Wschodem i Zachodem.

Czego chce Rosja?

Spór nie jest nowy, ale zarysowujące się „strategiczne partnerstwo” Rosji i Chin wyostrza argumenty. W dniu otwarcia zimowej olimpiady Putin i przewodniczący Xi Jinping wydali oświadczenie, że sprzeciwiają się dalszemu rozszerzaniu NATO oraz są zaniepokojeni sojuszem USA, Australii i Wielkiej Brytanii na Pacyfiku. Potwierdziło ono niedawne przypuszczenia znawcy Rosji z tygodnika „Die Zeit” Michaela Thumanna, że Putinowi nie chodzi o Ukrainę ani nawet o wytyczenie w Europie Środkowo-Wschodniej sztywnych granic stref wpływów z czasów zimnej wojny między NATO a Układem Warszawskim.

Zdaniem Thumanna Putin chce nie tyle najechać Ukrainę, ile zablokować wejście Finlandii i Skandynawii do NATO, wypchnąć Amerykanów z Europy i skłócić UE. To otworzyłoby mu drogę do podporządkowania Rosji jej „bliskiej zagranicy” i stworzenia przestrzeni gospodarczej „od Władywostoku po Lizbonę”, a w konsekwencji globalnego triumwiratu supermocarstw: Rosji, Chin i USA, w którym Ameryka zostałaby strącona z piedestału lidera, a Europa pracowałaby na Eurazję. I w drodze do realizacji takiego „rosyjskiego snu” Putin już odniósł kilka zwycięstw: sparaliżował Gruzję, przydeptał Ukrainę i poprzez sterowaną z Białorusi falę uchodźców potargał granicami NATO.

Czytaj też: IV Rzesza Kaczyńskiego. Co prezes miał na myśli?

O czym rozmawiają socjaldemokraci?

Ale to zwycięstwa pyrrusowe – podchwytuje tezy Thumanna Gerd Koenen. Kiedyś był marksistą-maoistą z „pokolenia ′68”, potem entuzjastą „Solidarności”, a obecnie jest autorem krytycznych książek z dziejów radzieckiego komunizmu. Jego esej „SPD a strategia Putina na XXI w.”, o pokrętnym rodowodzie socjaldemokratycznego „rozumienia Rosji”, ukazał się w konserwatywnej gazecie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Jest krytyką złudzeń, że to Ostpolitik Willy’ego Brandta i Karta Helsińska z 1975 r., a następnie relacje z Michaiłem Gorbaczowem są fundamentem niezmiennie słusznej postawy – tak wobec ZSRR Breżniewa, jak Rosji Putina. Zawartej w formule: „zmiany poprzez wzajemne powiązania”. W tym duchu socjaldemokratyczna polityka powinna opierać się na wielorakiej współpracy z Rosją, militarnej powściągliwości oraz nieustannej rozmowie o różnicach poglądów.

Ale nie zawsze tak było, przypomina Koenen. Już współtwórca marksizmu Fryderyk Engels patrzył na Rosję raz tak, raz siak. Najpierw jako na „matecznik europejskiej reakcji”, a pod koniec życia – jak na nadzieję rewolucji proletariackiej. Władimir Lenin był częścią tej socjaldemokratycznej bajki, ale na krótko. Jego zerwanie w 1903 r. z socjalistami (mienszewikami), a następnie październikowy pucz w 1917 r. przeciwko rządowi socjalisty Aleksandra Kiereńskiego i demokratycznie wybranej konstytuancie było także zerwaniem z ogromną większością niemieckiej SPD. To była wówczas najpotężniejsza partia socjaldemokratyczna w Europie, mająca od 1914 r. największy klub parlamentarny w Reichstagu.

Toteż po abdykacji cesarza Wilhelma II w listopadzie 1918 r. to właśnie SPD miała legitymację do demokratycznego przejęcia władzy w Niemczech. Skopiowanie w styczniu 1919 r. w Niemczech scenariusza bolszewickiego – powstanie zbrojne „Spartakusa” – nie miało poparcia i za zgodą SPD zostało przez soldateskę zgniecione siłą. Tamten podział w lewicy sparaliżował republikę weimarską i do dziś jest wyczuwalny.

O ile komuniści z inicjatywy Moskwy do 1923 r. podejmowali kolejne próby rewolucyjnego obalenia republiki, o tyle SPD była jej filarem. W koalicji z partiami mieszczańskimi odrzucała model radziecki, ale nie współpracę z Moskwą (także tę tajną – wojskową zawartą w Rapallo za kanclerstwa socjaldemokraty Hermanna Müllera). Co nie uchroniło później SPD od stalinowskiego zarzutu uprawiania „socjalfaszyzmu”, choć w 1931 r. to komunista Walter Ulbricht siedział obok nazisty Goebbelsa na podium mityngu wspierającego dzikie strajki w socjaldemokratycznym Berlinie.

Po wojnie SPD w strefie radzieckiej została przymusowo połączona z partią komunistyczną. A oporni albo przenieśli się na Zachód, albo zostali uwięzieni razem z nazistami. Z kolei w zachodniej SPD wielu co prawda marzyło o „trzeciej drodze”, uważając Adenauera z jego prozachodnim kursem za „kanclerza aliantów”. Niemniej przywódcy partii – Kurt Schumacher, Ernst Reuter, potem także Willy Brandt czy były komunista Herbert Wehner – dobrze pamiętali bezradność rozdartej lewicy w republice weimarskiej, terror Stalina w ZSRR i jego pakt z Hitlerem i byli nieczuli na pokusy „noty Stalina” z 1952 r. proponującej neutralność zjednoczonych i zdemilitaryzowanych Niemiec.

Czytaj też: Trójkolorowa koalicja w Niemczech

Dwa oblicza Ostpolitik

Nowa Ostpolitik Brandta, nadburmistrza Berlina Zachodniego, nie była powtórka z Rapallo. Wynikała z logiki relacji niemiecko-niemieckich po budowie muru berlińskiego, ale – podkreśla Koenen – wpisywała się w globalny trend odprężenia Wschód–Zachód po kryzysie kubańskim z 1962 r. Jej magicznym hasłem przyświecającym traktatom w Moskwą, Warszawą, Pragą i wschodnim Berlinem była wspomniana „zmiana przez zbliżenie”.

Ostpolitik szybko odsłoniła swe janusowe oblicze: kto tu kogo i na ile zmieni… Z jednej strony zdjęcia mieszkańców NRD wołających do Brandta w Erfurcie „Willy, Willy”. Z drugiej – odejście Brandta z kanclerstwa z powodu szpiega ulokowanego w jego najbliższym otoczeniu przez enerdowską bezpiekę. Te dwie strony medalu socjaldemokratycznej „zmiany poprzez zbliżenie” ujawniły się dobitnie dziesięć lat później w czasach „Solidarności”. Podtrzymanie wizyty w NRD przez kanclerza Helmuta Schmidta, mimo wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, zostało odczytane tak, że rdzeniem Ostpolitik nie jest zmiana status quo dwóch bloków w Europie, lecz jego utrzymanie.

Według Koenena to nie pierestrojka Gorbaczowa ani też amerykańska polityka „zazbrojenia ZSRR na śmierć” ani wreszcie niemiecka Ostpolitik doprowadziły do wielkiej zmiany 1989 r., lecz spóźniona implozja radzieckiego bloku. W RFN zaskoczyła wszystkie siły polityczne, ale chyba najbardziej właśnie SPD. Jego zdaniem akurat jedynie Brandt z całego serca powitał upadek muru berlińskiego i sposób, w jaki chadecki kanclerz Helmut Kohl i liberalny wicekanclerz Hans-Dietrich Genscher jednoczyli Europę.

Realna polityka? Ale jaka?

Natomiast fatalną rolę odegrało dwoje jego „wnuków” w ówczesnym kierownictwie SPD – antagonistyczni Oskar Lafontaine i Gerhard Schröder – obaj nieczuli na euforię jednoczenia Niemiec i Europy. Obaj – po łatwym, choć spóźnionym dojściu do władzy w 1998 r. oraz po 11 września 2001 r. – na swój sposób mentalnie odsuwali się od USA, a zbliżali ku Rosji. Lafontaine – wstępując do postkomunistycznej Partii Lewicy, a Schröder – nie akceptując przegranej z Angelą Merkel w 2005 r. i jawnie przechodząc na garnuszek Gazpromu. Obaj wyrażali antyamerykański resentyment dużej części niemieckiej opinii publicznej i emocje wielu socjaldemokratów nieprzyjmujących do wiadomości, że Rosja Putina wkracza na scenę nie tylko jako „przeciwwaga” USA i spadkobierca ZSRR, ale także carskiego imperium.

I puenta: Niemcy nie powinny dziś wspierać żałosnej ucieczki Putina w historyczne mity. Za takim „rozumieniem Rosji” kryje się jedynie pokrętny niemiecki narcyzm oraz fantasmagorie o nowej niemieckiej wielkości. A moralny dług „szczególnej odpowiedzialności” wiąże Niemcy nie z Rosją, lecz przede wszystkim z Żydami i Polakami, Białorusinami i Ukraińcami, a dopiero potem z Rosjanami. I wreszcie: jakim prawem uzbrojona po zęby i niezagrożona przez nikogo Rosja miałaby mieć uzasadnione „interesy bezpieczeństwa” pozwalające jej przekształcać sąsiednie kraje w państwa wasalne? Więcej polityki realnej, panowie, ale takiej, która zasługuje na to miano.

Czytaj też: Co niemiecka prasa pisze o Polsce i „turystach Łukaszenki”

Za Putina jak za Piotra I

Polityka Putina skłania niemiecką opinię do głębszego sięgnięcia w przeszłość. Poniekąd jako uzupełnienie przestróg Koenena „Frankfurter Allgemeine Zeitung” opublikowała wnikliwy szkic prof. Martina Schulze-Wessela z Monachium „Tropem cara”. Autor jest znawcą dziejów Rosji, Prus i Polski. Jego praca „Rosyjskie spojrzenie na Prusy. Kwestia polska w dyplomacji i politycznej opinii publicznej imperium carskiego i państwa radzieckiego 1697–1947” była w 1995 r. w Polsce chwalona, ale do dziś, niestety, nie została przetłumaczona. Teraz Schulze-Wessel wskazuje na frapujące analogie między imperialno-handlową polityką Piotra I w XVIII a rurą bałtycką Putina. I wtedy, i teraz władcy Rosji znajdowali partnerów w północnych Niemczech.

Z Rosji od późnego średniowiecza wywożono na Zachód surowce – futra, skórę, wosk, a od przełomu XVII i XVIII w. – drewno na potrzeby flot rozbudowywanych przez Anglię, Holandię, Francję. Ponieważ Archangielsk nad Morzem Białym był trudno dostępny i odległy, Piotr I sprowokował razem z Augustem Mocnym jako elektorem saskim (ale nie – trzeba dodać – jako królem Polski) wojnę północną ze Szwecją, która jakoby „oblegała” Rosję swymi twierdzami u wybrzeży bałtyckich.

Po 20 latach wojny, pustoszącej Rzeczpospolitą jako teren przemarszu wojsk, Piotr zagarnął szwedzkie Inflanty – dzisiejszą Łotwę i Estonię – i utrzymał Petersburg, „okno na Bałtyk”. Ponieważ już wcześniej Rosja oderwała od Rzeczypospolitej część Ukrainy – co pozwoliło wywozić na Zachód także zboże – teraz Piotr I, budując system kanałów łączących Wołgę z Newą, zamierzał uczynić z Rosji tarczę obrotową w handlu z południem imperium i Azją. Aby całkowicie mieć w ręku handel z Zachodem, musiałby jeszcze tylko ominąć duńskie cło.

Władcy dwóch niemieckich księstw należących do Świętego Cesarstwa Rzymskiego w podskokach zaoferowali Piotrowi swą pomoc. Książę Holsztyna – budowę kanału między Bałtykiem a Morzem Północnym, a książę Meklemburgii – będący w konflikcie z meklemburskimi stanami – zaproponował carowi ściągnięcie wojsk rosyjskich, wspólne odebranie Szwedom Wismaru i połączenie go kanałem z Łabą. Z tych planów nic nie wyszło, ponieważ zjednoczona dyplomacja Londynu, Hanoweru i Wiednia przekonała Piotra, by się z nich wycofał. A książę Meklemburgii został wkrótce przez trybunał Rzeszy oskarżony o złamanie prawa i wygnany ze swojej stolicy – Schwerinu.

Czytaj też: Era Angeli Merkel

Nord Stream 2, czyli powrót do historii

Mimo tego spójnego oporu państw europejskich Rosja później znalazła w Rzeszy nowego partnera – Prusy. I od początku – podkreśla Schulze-Wessel – spoiwem ścisłego sojuszu między Petersburgiem a Berlinem były antypolskie interesy obu państw. Anglii nie udało się odepchnąć Rosji od Bałtyku. Natomiast rosyjsko-prusko-austriacki triumwirat na bez mała 150 lat tworzył – kosztem likwidacji Rzeczpospolitej – lokalny system europejskiej struktury państw. Z gospodarczego puntu widzenia rozbiory Polski w czasach Katarzyny II miały przyłączyć do Rosji Ukrainę, otwierając wraz z ekspansją na południe drogi komunikacyjne przez Morze Czarne ku Śródziemnemu.

Dziś obie nitki rurociągu bałtyckiego znów postawiły Bałtyk i rosyjski eksport surowca w centrum geopolityki. Także teraz kwestie podatkowe oraz zbrojeniowe Rosji odgrywają istotną rolę. Podobne jest też rosyjskie dążenie do kontrolowania poprzez tworzenie takiej infrastruktury, która odbierze zyski państwom trzecim – wtedy to była Szwecja i Dania, a teraz Polska i Ukraina.

To przypadek, że akurat Meklemburgia znów jest w centrum rosyjskich planów infrastrukturalnych, niemniej – kończy profesor uniwersytetu w Monachium – „wypowiedzi niemieckich polityków wciśnięte w wąską ścieżkę narodowej polityki energetycznej oraz europejskich i atlantyckich oczekiwań wciąż wypadają pokrętnie i niejasno. W ten sposób przejawia się zasadniczy problem niemieckiego odbioru Rosji. Niezwykle skutecznym opowieściom Putina będzie można się przeciwstawić tylko wtedy, gdy społeczeństwa zachodniej i środkowej Europy dojdą do wspólnego rozumienia ich historii z Rosją”.

Niemiecka i polska kwadratura koła

Polityka realna zatem to nie tylko ekonomiczny rachunek strat i zysków, ale także sprawy mało uchwytne, jak psychologia społeczna i poczucie wartości. Do sporu o niemiecki stosunek do Rosji tygodnik „Spiegel” dorzucił uwagę, że zderzają się tu także dwie przeciwstawne rzeczywistości: naznaczona katastrofą III Rzeszy postheroiczna wyobraźnia Niemców oraz heroiczny obraz Rosji i Rosjan tworzony od lat przez Putina, jego propagandę, politykę historyczną, wewnętrzną i zagraniczną. Cóż z tego, że Niemcy są bardziej postępowi i potulni, nietęskniący do żadnej bohaterszczyzny, skoro tuż obok jest Putin w pozie herosa rodem z „Iliady” – sam przeciwko Zachodowi, a raczej kukle Zachodu, którą sobie i swym poddanym wykreował.

„W RFN powstała ideologiczna próżnia, którą można wypełnić czymkolwiek – pisze „Spiegel”. – Na przykład podziwem dla Putina. Albo tzw. spiskowymi mitami, a właściwie pełnymi grozy bajkami o tym, jak możni tego świata piją krew, a z głębi ziemi wyłażą płazy. Po prostu niektórzy lubią mocne obrazy, chcą w coś wierzyć – choćby w największą głupotę. Społeczeństwo postheroiczne zna bohaterskie opowieści jedynie w postaci przeboju, jako rozrywkę. Im bardziej zachodnie społeczeństwa odwracały się od bohaterstwa, tym bardziej utożsamiały się z jego przeciwieństwem: ofiarą. Jakby nie było, bohater to zawsze sprawca. A co jeśli na wschodzie Europy stutysięczna armia rosyjska najedzie sąsiedni kraj – czyż Ukraińcy nie byliby ofiarami? Cóż za dylemat, w którym utożsamienie się z ofiarami mogłoby doprowadzić do stania się samemu sprawcą; oto sytuacja, w której postheroiczne społeczeństwo mogłoby się poczuć wezwane do działania heroicznego, w tym wypadku militarnego działania – oczywiście w dobrej sprawie”.

Poważne pytanie. Na dobrą sprawę także dla naszej prawicy: czego tak naprawdę od Niemców oczekuje. Postheroicznych wyrzutów sumienia i ciągłego zadośćuczynienia za przeszłość, a zarazem heroicznej woli obrony Zachodu, ale bez hegemonii i wchodzenia sąsiadom w paradę. Ta nasza kwadratura koła jest inna niż niemiecka, ale z pewnością nie mniejsza.

Czytaj też: Krzywda cesarza Barbarossy

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną