Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Cywilizacja nuklearna. Dlaczego Putin straszy bombą?

Rosyjski szef sztabu gen. Walery Gierasimow i minister obrony Siergiej Szojgu na spotkaniu z Władimirem Putinem Rosyjski szef sztabu gen. Walery Gierasimow i minister obrony Siergiej Szojgu na spotkaniu z Władimirem Putinem Sputnik / Reuters / Polityka
Rosja szybko, za szybko wręcz przeszła do gróźb nuklearnych wobec świata, Ukrainy i… swoich obywateli. Broń atomowa używana jest jako broń masowego wykruszania zachodniej jedności i oporu Ukraińców.

Rozpoczynając wojnę, Władimir Putin zagroził „niewyobrażalnymi konsekwencjami” państwom, które zdecydowałyby się ingerować w jego rozprawę z Ukraińcami. Wygłosił przemówienie, w którym na przemian używając tonów lirycznych pod adresem chwalebnej przeszłości Rosji oraz arsenału złości i obelg pod adresem Ukraińców, twierdził, że Ukraina chciałaby sama Rosję zaatakować. W następnych dniach wtórował mu naczelny dyplomata Kremla Siergiej Ławrow, który żalił się, że Wołodymyr Zełenski chciałby uzyskać broń atomową. Od początku wojny nie ma dnia, by któryś z rosyjskich polityków nie sugerował Zachodowi, że Rosja może przekroczyć próg konfliktu nuklearnego.

Czytaj też: Ameryka nie lekceważy atomowych pogróżek Putina

Putin nakazuje, Biały Dom odpowiada

Kulminacją było teatralnie sfilmowane wystąpienie Putina, który za swoim długim stołem nakazuje ministrowi obrony Siergiejowi Szojgu i szefowi sztabu gen. Waleremu Gierasimowowi podniesienie stanu gotowości bojowej rosyjskich sił strategicznych. Obaj zdawkowo odpowiadają „tak jest” i kiwają głowami. W środę, siódmego dnia wojny, Ławrow jeszcze raz przypomniał światu, że grozi nam wszystkim nuklearne zniszczenie.

Odpowiedź Białego Domu była krótka: „przyjmujemy do wiadomości, sami nie podnosimy poziomu gotowości DEFCON własnych sił nuklearnych, bo to są bezprzedmiotowe groźby Putina, a NATO nie zagraża jego wojskom. Prawdziwa wojna toczy się w Ukrainie, na którą napadła Rosja”. Francja ustami ministra spraw zagranicznych Jacques′a Le Driana przypomniała jeszcze Putinowi, że NATO jest paktem atomowym. I na tym koniec.

Kilka gazet przypomniało, co to jest DEFCON, czym była zimna wojna i dlaczego nigdy nie zamieniła się w wojnę nuklearną. Proste: wojna nuklearna zniszczy państwo ostrzeliwane bronią atomową, ale zniszczy też ostrzeliwującego. Wzajemnie gwarantowane zniszczenie (po angielsku MAD – szaleństwo) to doktryna mówiąca, że każde wystrzelenie rakiet z głowicami zostanie zauważone przez satelity i zanim dolecą do celu, państwo zaatakowane zdąży wystrzelić swoje. USA mają ich ok. 5,5 tys., Rosja – 6 tys., więc zawsze zachowa się rezerwa, by oddać atomowy cios. Atak byłby szaleństwem.

Czytaj też: Myśliwce dla Ukrainy? To nie takie proste

Poziomy nuklearnej gotowości

Ale o tym, dlaczego Putin straszy, można pospekulować. To nie są przecież groźby, które można zbyć zdawkową konferencją prasową rzeczniczki Białego Domu.

Najpierw warto wyjaśnić, czym są stopnie gotowości bojowej. W doktrynie USA są dość jasne. DEFCON 4 to stała gotowość bojowa, na tym poziomie prawdopodobnie są teraz siły nuklearne USA. Nie wiemy jednak dokładnie, bo poziom DEFCON jest tajemnicą, utrzymującą przeciwnika w niepewności. Później jest poziom 3, czyli gotowości do mobilizacji sił powietrznych w 15 minut. Później poziom 2, kiedy siły nuklearne są zmobilizowane i mogą uderzyć w ciągu sześciu godzin. Podobno Amerykanie osiągnęli „dwójkę” w czasie kryzysu kubańskiego w 1962 r. Na końcu DEFCON 1 – gotowość do uderzenia: siły powietrzne, morskie wyprowadzone na pozycje do strzału, a silosy podziemne otwierają włazy.

O poziomach rosyjskich niewiele wiemy, analityk Dymitri Alperovitch zajmujący się rosyjskimi siłami zbrojnymi podaje, że mogą być cztery, dość podobne do amerykańskich. Rosjanie po rozkazie Putina osiągnęli poziom „podniesionej gotowości”, czyli o stopień wyżej niż normalna. Co to może oznaczać? Że odwołano urlopy w siłach nuklearnych, załogi zapasowe przebywają w pobliżu lotnisk i baz nuklearnych, że może być więcej patroli bombowców strategicznych (choć nie wiadomo, czy i jak uzbrojonych). Nie ma powodów do obaw, silosy wciąż są zamknięte. Ale to już nie jest normalny tryb czujności.

Czytaj też: Rząd marionetkowy w Kijowie? Sowiecka strategia Putina

„Eskalacja do deeskalacji”?

Dlaczego więc Rosja to robi? Bo zmieniła się interpretacja doktryn militarnych i uderzenia jądrowe od pewnego czasu w przeświadczeniu przywódców państw wcale nie muszą prowadzić do wielkiej wojny. Mogą wręcz służyć zakończeniu już trwającego konfliktu konwencjonalnego. W języku analityków nazywa się to „eskalacją do deeskalacji”.

Można to myślenie, zwłaszcza Rosjan, zrekonstruować tak: jeśli np. NATO napadnie kolumnami pancernymi na słabszą jednak wojskowo Rosję, to Rosja może zdetonować mały ładunek nuklearny, powiedzmy do 5 kiloton (na Hiroszimę spadła bomba 16 kt), na terytorium pomiędzy siłami. Gdzieś w bezludnym terenie. Wówczas nacierające na Rosję wrogie siły natowskie i ich przywódcy przestraszą się wielkiej wojny i zrezygnują z natarcia, nie odpowiadając nuklearnie, bo wtedy wybuchłaby naprawdę wielka wojna typu MAD. Czy to brzmi racjonalnie, czy szalenie?

Czytaj też: Niemoc dyktatora. Czy to początek końca Putina?

Straszy Europę, upewnia Rosjan

Wracając do spekulacji o zamysłach Putina. Może więc straszy teraz Ukrainę? Gdyby obecna kampania mu się nie powiodła, a zaciekłość i bohaterstwo Ukraińców w połączeniu z głupotą i zmęczeniem rosyjskich żołnierzy przechylały szale na ich stronę, Putin mógłby postraszyć Zełenskiego i uzyskać polityczne koncesje. Zrzucenie niewielkiej bomby gdzieś na stepie ukraińskim nie byłoby powodem wielkiej wojny, prawda? Ale złamałoby ducha obrońców i przeraziło świat.

A może Putin chce wystraszyć Europejczyków? Po napaści na Ukrainę Europa i Ameryka zjednoczyły się przeciwko Putinowi tak, jak niegdyś świat zjednoczył się przeciwko Hitlerowi.

Przesuwanie wojsk natowskich, dostarczanie sprzętu bojowego Ukrainie, dewastujące Rosję w długiej perspektywie sankcje ekonomiczne, izolacja, praktyczne wyrzucenie jej poza nawias cywilizowanych kontaktów w obliczu zbrodni wojennych dokonywanych codziennie przez rosyjskich żołnierzy. Jak by to złamać i może spróbować wrócić do gazowych biznesów na zgliszczach państwa ukraińskiego? Oczywiście wzbudzając lęk wśród części mieszkańców, zwłaszcza w Europie Środkowej, gdzie pamięć wojny szybko się odtworzyła i ludzie pytają: „uciekać już?”, „będzie wojna nuklearna?”. A rosyjskie trolle w internecie uprzejmie podpowiedzą, że Polska i inne państwa pomiędzy Europą a Rosją na amerykański parasol atomowy liczyć nie mogą, no bo „przecież Polska zawsze była zdradzana i nie możemy liczyć na Zachód”.

Trochę też Putin może postraszył Rosjan, pokazując im, że ich wątpliwości co do kierunku, w jakim od paru dni zmierza Rosja, są niewłaściwe. Że Putin broni ich ramię w ramię z generałami – stąd zdjęcia razem z Szojgu i Gierasimowem. I że nie jest szaleńcem, jak coraz częściej przedstawia go zachodnia prasa, nie rozumiejąc, dlaczego rozpoczął wojnę w środku Europy. Putin pokazuje Rosjanom, że walczy ostro i przytomnie, potrząsając rakietami atomowymi przed oczami Zachodu.

Czytaj też: Putin rozrabia na balkonie

Mur na nuklearnych groźbach

Ale w tej serii ostrzeżeń i gróźb, aż nadto czytelnych, może też być jakiś zasadniczy zamysł Putina, nawet nie strategiczny, ale wręcz cywilizacyjny. Można by go spróbować zrekonstruować tak: „wiem, że właśnie zamknąłem drogę Rosji do cywilizowanego świata, nie będzie już powrotu do biznesu, nie będzie dyplomatycznych uścisków i twardego negocjowania na szczytach z Bidenem”. Nikt ze zbrodniarzem wojennym paktował nie będzie przez następnych dziesięć lat. Czyli tyle, ile przed prawie 70-letnim Putinem zostało czasu przytomnego rządzenia, zanim przekroczy wiek stetryczałego Breżniewa.

I może Putin myśli o Rosjanach: „Zabieram was ze sobą! Nie będziecie, niestety, już jeździć na wakacje do Nicei i na koncerty do Londynu, będziecie jeździć na nasz piękny Krym. Zrywamy relacje cywilizacyjne z Zachodem, z których do tej pory nic dobrego dla Rosji nie wynikło”. A gdyby lud chciał się burzyć, a oligarchowie chcieli zmienić Putina, to i tak na Zachód po swoje właśnie zlicytowane przez rząd Wielkiej Brytanii wille już nie wrócą.

I w takim podejściu grożenie bronią atomową mogłoby być idealnym środkiem do polaryzacji cywilizacyjnej. Eskalacją do… eskalacji. Zachód przeciwko Rosji, Rosja przeciwko Zachodowi. Zachód będzie się dusił w swoich miazmatach, których Putin nienawidzi, w liberalnej demokracji, w politycznej poprawności, w utracie ducha. A Rosja? Rosja sprzeda gaz Chińczykom. A na Bugu stanie mur, wybudowany na nuklearnych groźbach.

Czytaj też: Ławrow. Wszystkie twarze człowieka Putina

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Jak pokroić morze? Przybywa chętnych na kawałek Bałtyku. A rybakom wiatr w oczy

To tylko złudzenie, że na Bałtyku jest bezmiar przestrzeni. Jest coraz ciaśniej i coraz więcej chętnych, którzy chcą wyrwać kawałek morza dla siebie.

Ryszarda Socha
24.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną