Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Dziesiąty dzień wojny. Rosja coraz bardziej zdesperowana

Ukraińscy żołnierze zdobyli rosyjski sprzęt. Charków, 4 marca 2022 r. Ukraińscy żołnierze zdobyli rosyjski sprzęt. Charków, 4 marca 2022 r. Irina Rybakova / Press Service OF / Reuters / Forum
Kolejny dzień impasu na froncie. Rosja zaangażowała podobno już 111 ze 116 batalionowych grup bojowych, które wraz ze wsparciem ściągnęła na granice z Ukrainą. Rezerwy się kończą, nie ma czego rzucić do walki, by przełamać obronę. Zaczęła się dramatyczna wojna na wyniszczenie.

Rosjanie nadal nie odnotowali sukcesu, co oczywiście cieszy. Niech utkną na długo i wracają z Ukrainy jak z Afganistanu, niczym pies z podkulonym ogonem. Wprowadzenie do walk tak wielkich sił, niemal całego potencjału wojsk lądowych, a mimo to tkwienie w miejscu – wywołuje naturalne wątpliwości co do potęgi militarnej Rosji. Jej blamażowi bardzo uważnie przyglądają się Chińczycy. Sojusz z Państwem Środka wcale nie jest trwały, prędzej czy później interesy mocarstw (czy w przypadku Rosji to nadal właściwe słowo?) przetną się, choćby w Kazachstanie, gdzie Chińczycy inwestują coraz mocniej i bardziej otwarcie.

Czytaj też: Fronty wojny. Plan Putina zaczyna się sypać

Damy radę, panie pułkowniku

Z dotychczasowych walk wyłania się zamysł operacyjny wojny, jak widać mocno niedopracowany, bo nie uwzględniał siły przeciwnika, realistycznych planów zabezpieczenia logistycznego, a także faktu, że znaczna część sprzętu okazała się już na wejściu niesprawna. Wyżsi dowódcy, okłamywani przez podwładnych, zdawali się tego nie wiedzieć. Kluczenie w sprawie możliwości, sprawności i poziomu wyszkolenia w czasach układu warszawskiego było obecne u nas i znane pod hasłem: „damy radę, panie pułkowniku”. Wyżsi rosyjscy dowódcy nie znali najwyraźniej realnych możliwości podległych im wojsk i zdecydowanie je zawyżali. Cały plan nadaje się do wykorzystania w charakterze ekscentrycznej tapety.

Jaki był? Rosjanie liczyli na zdobycie lub oblężenie Kijowa, w czym miały pomóc równoległe uderzenia po obu stronach Dniepru. Spod stolicy ruszyliby na południe, w stronę Umania, od południa dotarłyby do nich wojska z Krymu, które po zdobyciu Chersonia i zajęciu lub oblężeniu Mikołajewa posuwałyby się na północ. Cała wschodnia Ukraina zostałaby w ten sposób odcięta, i to dalej niż na linii Dniepru.

Po wykonaniu tej części planu wojska ruszyłyby najpewniej na zachód, by zająć całą Ukrainę. Tak ambitny plan był moim zdaniem całkowicie nielogiczny, bo nie uwzględniał ruchu oporu. Władimir Putin zapomniał o starym rosyjskim przysłowiu: rubel za wejście, dziesięć za wyjście, co oznacza pułapkę, wpakowanie się w kłopoty.

Czytaj też: Cywilizacja nuklearna. Dlaczego Putin straszy bombą?

Wojna manewrowa. Ukraina daje odpór

Ponieważ odcięcie wojsk we wschodniej Ukrainie nie oznaczałoby ich porażki, zaplanowano dodatkowe uderzenia, by okrążyć poszczególne zgrupowania. Natarcie z Charkowa w kierunku Dniepru miało spotkać się z natarciem z Krymu na Zaporoże i dalej, od południa, na Dniepr. Z kolei natarcie z Donbasu w stronę Mariupola i spotkanie się tam z siłami z Krymu miało ustanowić lądowe połączenie z półwyspem i zapewnić swobodę manewru.

Zaplanowano też natarcia pomocnicze, m.in. z Donbasu na Kramatorsk, Konotop i Sumy, które miały odciągnąć obrońców od zasadniczych obszarów, ale też dać okazję do mniejszych, lokalnych okrążeń ukraińskich wojsk i rozbicia ich. Wojna manewrowa od czasów Guderiana nie polega bowiem na czołowym spychaniu wroga, jak ze znanym efektem próbowano to czynić w czasie I wojny światowej, lecz na wbijaniu się w jego zgrupowania szpilami, które potem wychodzą na skrzydła i tyły poszczególnych brygad czy dywizji. Zamyka się je w kleszczach w oczekiwaniu, aż skończy im się amunicja i inne zapasy, poddadzą się lub odpowiednio szybko wycofają. Kolejno eliminuje się jednostki przeciwnika, niszcząc jego zdolności obronne w sposób finezyjny, a nie tępą siłą, która zawsze się w końcu wyczerpuje.

Taki pomysł mieli rosyjscy generałowie. Ale trafili na silny i stanowczy opór, zderzyli się z indolencją niższych dowódców, obojętnością i brakiem dyscypliny własnych żołnierzy, niemocą logistyki, zabójczym bałaganem. Dlatego utknęli, zanim zdążyli cokolwiek okrążyć, odciąć i zmusić kogokolwiek do poddania się z powodu braku amunicji, paliwa, leków czy racji żywnościowych.

Czytaj też: Strefa zakazu lotów nad Ukrainą? NATO musiało odmówić

Kontruderzenie pod Kijowem

Rosjanie co prawda przywrócili połączenie z czołowymi, wyczerpanymi batalionami, otwierając na powrót drogę przez Iwankowo. Za to Ukraińcy ściągnęli dwie brygady zmechanizowane spod granicy białoruskiej, a następnie przy wsparciu artylerii i czołgów przeprowadzili klasyczny kontratak pod Hostomelem i Borodanką na zachód od Kijowa, blokując wejście Rosjan od południa. Tym pięknym manewrem znów udało się powstrzymać próbę okrążenia Kijowa. Z drugiej strony stolicy ukraińskie wojska kontratakowały pod Browarami, także tu zatrzymując w miejscu rosyjskie wojska.

To samo zdarzyło się pod Charkowem: kontruderzenie wojsk zmechanizowanych przy wsparciu czołgów i artylerii odblokowało częściowo okrążenie miasta od strony południowej. Wszystko wskazuje na to, że zdyscyplinowana ukraińska armia doskonale opanowała sztukę walki broni połączonych, czyli ścisłe współdziałanie tercetu piechota–czołgi–artyleria, wsparte przez saperów i przeciwlotników, odpowiednią łączność i zabezpieczenie logistyczne. I choć są to tylko działania na skalę lokalną, czyli łatwiejsze do zgrania niż wielkie operacje, to Ukraińcom należy się uznanie.

Rosjanie nie mają już sił, by skierować je do walki, przeważając szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Niemal wszystko, co zgromadzili na ukraińskiej granicy, już walczy. Tracą ludzi, sprzęt i zdolności bojowe, które są jak coraz bardziej stępiony nóż. Do dużych miast nie wchodzą, bo to oznacza walkę o każdy dom i każdą ulicę. Nie mają na to siły. Wybrali wariant oblężenia miast, jak Mariupol czy Charków, by zmusić obrońców do poddania się.

Podkast: Po co Putinowi ta wojna?

Wojska grzęzną w roztopach

Tworzenie pierścieni oblężenia angażuje siły, które nie mogą być użyte w natarciu po zaplanowanych osiach. Dlatego w niektórych miejscach Rosjanie rozciągnęli swoje linie, wciskając się w ukraińskie ugrupowanie cienkimi językami, wzdłuż głównych dróg, co czyni je wrażliwymi na uderzenia ze skrzydeł i grozi odcięciem od zaopatrzenia. Słynne wschodnie roztopy utrudniają manewry obu stronom. Ukraińskie siły miałyby kłopot, żeby dotrzeć w odpowiednie miejsca na skrzydłach rosyjskich kolumn w warunkach ataków lotnictwa.

Na szczęście dla Ukrainy lotnictwo działa dość niemrawo, biorąc pod uwagę jego dużą przewagę. Rosja zapewne obawia się większych strat. Ostatnie dane mówią o utracie ponad 30 samolotów i blisko 40 śmigłowców, czyli ponad 10 proc. zaangażowanych sił. To bardzo dużo.

Rosjanie wybrali wariant ostrzeliwania miast, by sterroryzować ludność. Chcą złamać ducha obrońców, którzy widząc gehennę cywilów, w końcu złożą broń. Jednak sami wymęczeni i cierpiący mieszkańcy miast zagrzewają ich do walki, opór trwa przy niewiarygodnym poświęceniu wszystkich Ukraińców. Rosjanie zyskali tyle, że ukraińskie jednostki sił specjalnych i grupy wojsk obrony terytorialnej przenikające na tyły wroga zapowiedziały specjalne polowanie na artylerzystów, co oznacza, że mogą się spodziewać najgorszego.

Czytaj też: Nawet pomniki są po naszej stronie. Notatki czasu wojny

Putin się zaszył

W przeciwieństwie do wspaniałej postawy ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który jest wśród obrońców i pozostał w na wpół oblężonym Kijowie, Władimir Putin gdzieś przepadł. Nie pokazuje się publicznie i przypuszczalnie nie opuszcza grubych murów Kremla, dobrze strzeżonego przez Pułk Służby Komendanta Kremla Moskiewskiego FSO FR, przede wszystkim jednostkę ochrony i obrony, z funkcjami reprezentacyjnymi ograniczonymi do minimum. Do celów reprezentacyjnych i honorowych Rosjanie mają w Koszarach Lefortowskich w Moskwie 154. Preobrażeński Pułk Dowódcy Garnizonu, który też może przeciwdziałać próbom zamachu.

Nieliczne ostatnio ujęcia Putina wskazują, że siedzi w jakimś zamkniętym pomieszczeniu ze szczelnie zasłoniętymi oknami – jeśli to w ogóle są okna, niewykluczone, że to jakiś luksusowy bunkier w podziemiach Kremla. Czego się boicie, Władimirze Władimirowiczu? Czyżby rosyjski prezydent tak bardzo obawiał się o własne bezpieczeństwo? Wyczuwał narastającą wokół niego atmosferę wrogości za tę niepotrzebną i wyniszczającą awanturę?

Bryc: Pucz albo rewolucja. Czy da się położyć kres rządom Putina?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Nowe szaty tyrana. Dlaczego Putin zaatakował i co go dziś przeraża?

Sergei Guriev, profesor ekonomii, były doradca prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa i były główny ekonomista EBOiR, o tym, co może czekać Putina i Rosję pod jego dyktatorskimi rządami.

Jacek Żakowski
18.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną