Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Świat

Rosja kupuje broń w Korei Północnej. Putin i Kim zacieśniają oś pariasów

Władimir Putin i Kim Dzong Un, 2019 r. Władimir Putin i Kim Dzong Un, 2019 r. Yuri Kadobnov / Pool Photo via AP / EAST NEWS
Wyrzuceni na margines cywilizowanych stosunków międzynarodowych Putin z Kimem stali się naturalnymi sprzymierzeńcami, zresztą razem ze znajdującym się w podobnym położeniu Iranem, od którego Rosja kupuje bezzałogowe statki powietrzne.

Rosja kupuje broń w Korei Północnej – informuje dziennik „New York Times”, który powołuje się na odtajnione dokumenty amerykańskiego wywiadu. Chodzić ma o miliony niezaawansowanych technologicznie pocisków artyleryjskich i rakiet. Zakupy takie byłyby pogwałceniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, ograniczeń nakładanych na Koreę Północną za rozwój programu zbrojeń jądrowych i rakietowych. Ani Władimira Putina, ani północnokoreańskiego przywódcy Kim Dzong Una specjalnie to nie interesuje. Tworzą oś pariasów, krajów obłożonych międzynarodowymi sankcjami. Kim podziela generalny pogląd wielkiego sąsiada na porządek światowy, też uważa Amerykę za wroga i najpoważniejsze zagrożenie, zresztą od czasu do czasu rutynowo wygraża jej atakiem z użyciem swoich atomowych zabawek. W geście przyjaźni z Rosją Korea uznała w lipcu dwie separatystyczne republiki udające na zlecenie Moskwy samodzielne państwa na wschodzie Ukrainy.

Putin szuka żelastwa

Wyrzuceni na margines cywilizowanych stosunków międzynarodowych Putin z Kimem stali się naturalnymi sprzymierzeńcami, zresztą razem ze znajdującym się w podobnym położeniu Iranem, od którego Rosja kupuje bezzałogowe statki powietrzne. Różnie ma być z ich sprawnością. Podobnie zagadką pozostaje stan koreańskiej broni, jej niezawodność i celność zależy od tego, z jaką starannością została wyprodukowana i od warunków jej przechowywania, pewnie w iluś przypadkach wieloletniego.

W teorii rzecz wygląda na niezły interes. Na papierze Kim dowodzi czwartą armią globu, pod komendą ma 1,3 mln żołnierzy w służbie czynnej plus 600 tys. rezerwistów. Uzbrojonych w sprzęt często muzealnej wartości, za to nadrabiających liczbą. Kim, odseparowany od globalnych rynków, potrzebuje pieniędzy. Putin je ma, szuka za to każdej porcji wojennego żelastwa, by dalej zasypywać nim Ukrainę.

Handel z Kimem miałby świadczyć o desperacji Rosji i wskazywać, że sankcje jednak działają. Może nie na odcinku stricte gospodarczym, bo szalejące ceny surowców zapewniają nadal dopływ gotówki, ale już w dziedzinie militarnej odcinają Rosję od potrzebnych technologii i są dla niej odczuwalnym dyskomfortem. Putin może nadal sporo zarabiać na sprzedaży drożejącej ropy, ale ma kłopot z komponentami wkładanymi do sprzętu wojskowego. Armii próbującej podbić Ukrainę ma także brakować środków walki, zbrojeniówka nie jest w stanie sprostać tym potrzebom mimo ogromnego potencjału i funkcjonowania w warunkach wojennej mobilizacji. We znaki daje się także metodyczny ukraiński ostrzał magazynów, które rosyjskie wojsko tworzy w pobliżu frontu.

Kim przybędzie z odsieczą?

Doniesienia „NYT” o szukaniu pomocy u Kima to powrót do praktyki wywiadu USA i jego europejskich odpowiedników jeszcze sprzed wojny, gdy dość szeroko ujawniano raporty np. o skali rosyjskich przygotowań. Teraz pojawiają się informacje choćby o kłopotach z dronami, traconymi w dużej liczbie podczas walk. Amerykanie zwracają uwagę, że luki powstałe po odcięciu zagranicznych dostawców, np. elektroniki, nadal nie mają ochoty wypełniać Chińczycy. Przynajmniej oficjalnie, a nawet jeśli jakieś dostawy płyną z ich strony, to nie w sposób otwarty. Chińczycy wolą nie narażać się na amerykańskie retorsje – zapowiadane dobitnie przez rząd Joe Bidena – w odwecie za ewentualną pomoc Rosji.

Z drugiej strony relacje jakoś pomyślne dla strony ukraińskiej mogą przyczyniać się do usypiania zachodniej czujności. Ukraina nie poradzi sobie bez wsparcia materiałowego i szkoleniowego, bo Rosja wciąż zachowuje zdecydowaną przewagę, szybko reperuje m.in. czołgi i inne pojazdy gąsienicowe poturbowane w walkach, wyciąga wnioski z popełnionych błędów, coraz lepiej jest dowodzona i mimo trudności choćby z rekrutacją żołnierzy lepiej sobie radzi.

Ich też mogliby wesprzeć poddani Kima. W sierpniu było głośno o jego ofercie skierowania na front 100 tys. „ochotników”. Brzmi nęcąco, ale dla obu zaangażowanych stron byłby to koszmar. Dla Rosjan logistyczny i organizacyjny, a dla Kima wiązałby się z ryzykiem dezercji i problemem z ewentualnymi weteranami. Losy wielu wojen pokazują, że armie powracające z dalekich kampanii stają się katalizatorem bardzo poważnych zmian społecznych. Zresztą po obu stronach frontu Koreańczycy już walczą. To potomkowie koreańskiej imigracji, m.in. z końca XIX w., gdy do Rosji uciekano przed japońską inwazją. Na terenie byłego ZSRR mieszka 150 tys. etnicznych Koreańczyków, z czego ok. 40 tys. w Ukrainie, gdzie najbardziej znanym przedstawicielem mniejszości jest gubernator obwodu mikołajowskiego Witalij Kim (niespokrewniony z satrapą z Pjongjangu). A rosyjska propaganda regularnie chwali bohaterstwo żołnierzy o koreańskich nazwiskach.

Czytaj też: Czy grozi nam III wojna światowa?

Korea patrzy na Ukrainę

Kim Dzong Un wystąpił z jeszcze jedną propozycją – uczestnictwa w odbudowie Ukrainy, gdy Rosja już ją podbije. Wtedy do akcji mogą wkroczyć równie ochotnicze zastępy północnokoreańskich robotników, dawnej – z czasów sprzed zaostrzenia sankcji na reżim Kima – chętnie zatrudnianych nawet w Europie Zachodniej, m.in. w Polsce.

Jeśli jakaś nauka płynie dla Kima z wojny w Ukrainie, to taka, by nigdy nie oddawać arsenału broni jądrowej i środków do jej przenoszenia, nie ograniczać liczebności armii, trzymać możliwie dużo broni, nieważne, że w muzealnym standardzie. Jakiekolwiek gwarancje wszelkich mocarstw, z Ameryką na czele, oferowane w zamian nie są warte funta kłaków, o czym od blisko dwustu dni boleśnie przekonuje się Ukraina, która swego czasu zgodziła się na wyjazd ze swojego terytorium posowieckich bomb i rakiet.

Sankcje na Rosję: Dlaczego jeszcze nie działają? Ile nas kosztują?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Nauka

Svante Pääbo i jego denisowianie. Tajemniczy kuzyni z jaskini

Denisowianie znani są niemal wyłącznie z kopalnego DNA. Badamy ich od dziesięciu lat, a każde nowe odkrycie przynosi kolejną zagadkę.

Marcin Ryszkiewicz
12.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną