Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

306. dzień wojny. Potworny cel Rosji. Dlaczego Zachód musi pomagać Ukrainie?

Rosyjski bombowiec strategiczny Tu-95MS podczas Air Show 2022 w Tambowie Rosyjski bombowiec strategiczny Tu-95MS podczas Air Show 2022 w Tambowie Pavel Kashaev / Russian Look / Forum
Właśnie tak – musi. W innym wypadku sam będzie z Rosją walczył, a Zachód kompletnie nie jest na to gotowy. Duża część kontynentu nie ma świadomości, że miły świat się skończył.

Skończył się, i to na bardzo długo. I oby naszym dzieciom czy wnukom przyszło żyć w lepszym. Ów kolektywny Zachód dał się nabrać jak dziecko na cywilizowanie się Chińskiej Republiki Ludowej od początku lat 80. i demokratyzację Rosji w latach 90. I sam na siebie ukręcił bicz. Jeśli dziś się nie obudzi, nie dostrzeże, że zaczęła się nowa zimna wojna, o wiele groźniejsza od tej z XX w. – będzie źle.

Czytaj też: Putin u Łukaszenki. Teatr miłości i uszczypliwości. Jak go oglądać?

Atak na bazę Engels

Dzisiaj nad ranem, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, nastąpił kolejny atak na bazę Engels-2, gdzie stacjonują rosyjskie bombowce strategiczne odpowiedzialne obecnie za większość uderzeń rakietowych w ukraińską infrastrukturę energetyczną. Engels-2 leży na wschodnim brzegu Wołgi, po północno-wschodniej stronie miasta Engels (do 1922 r. Pokrowsk), i widzie ku miastu Marks (do 1920 r. Jekaterinograd).

.Polityka.

Nazwy obu miast pochodzą z czasów, gdy rejon zamieszkiwali Niemcy nadwołżańscy, którzy osiedlali się tu od XVIII w. Dziś nie ma po nich śladu (zostali wysiedleni w 1941 r.), rejon bazy i Saratów po drugiej stronie rzeki, miasto wielkości Łodzi czy Wrocławia, zamieszkują głównie Rosjanie, ale i napłynęło tu sporo ludności z ówczesnego ZSRR. Dlatego prawie 1,5 proc. populacji Saratowa to Ukraińcy, a prawie 2 proc. to Tatarzy krymscy. Nie jest więc wykluczone, że ukraiński wywiad zdołał spenetrować okolice – dwa ataki okazały się zbyt dobrze przygotowane, by były dziełem przypadku.

Poprzedni, z 5 grudnia, przepłoszył rosyjskie bombowce strategiczne, które co sił odleciały gdzieś na wschód. Zostały egzemplarze niezdatne do lotu. Ruch sam w sobie ciekawy, bo pozwolił Amerykanom policzyć, ile Tu-95MS i Tu-160 faktycznie lata, a ile nie – na podstawie zdjęć satelitarnych z kolejnych dni. Z nowej bazy samoloty już nie bardzo mogły działać, bo brakowało zaplecza. I albo wróciły do Engels-2 na stałe, albo przylatują tu załadować pociski rakietowe, zatankować czy przejść przegląd techniczny.

Ukraińcy zapewne o tym wiedzą, bo według wstępnych i na razie niesprawdzonych informacji pocisk trafił nie w samoloty, lecz „stanowisko dowodzenia”. Czyli wieżę kontroli ruchu lotniczego, gdzie zwykle mieszczą się też stanowisko radarowej kontroli zbliżania (kontroli strefy bliższej lotniska), stacja meteo i sala operacyjna. Operowanie z bazy mogłoby być poważnie utrudnione.

Czytaj też: Dlaczego niespodziewanie to wygląda jak I wojna światowa

Sprzeczne wersje: ukraińska i rosyjska

Informacja pochodzi od ukraińskiego korespondenta wojennego Romana Boczkały. Rosyjska wersja, podana oficjalnie przez ministerstwo obrony, brzmi tak: bazę zaatakował ukraiński bezpilotowiec, który został tu zestrzelony, jego opadające szczątki spadły jednak i zabiły trzech żołnierzy obsługi technicznej, wywołując duży pożar. Strat w technice nie było, jak napisano. W „technice”, czyli w samolotach i sprzęcie obsługowym (dystrybutory paliwowe, rozruszniki elektryczne, pojazdy do transportu pocisków z podnośnikami itp.).

W jakimś stopniu zgadza się to z wersją Boczkały, który twierdzi, że bezpilotowiec odpalił dwie rakiety, z których jedną zestrzelono, a druga trafiła w cel. Pan Roman nieco pokręcił to, co zapewne usłyszał od informatorów w ukraińskim wojsku. Najpewniej było tak, że odpalono dwa drony, jeden zestrzelono, a drugi uderzył, wywołując pożar. Chodzi bowiem o to, że w sumie niepotrzebne, bo przestarzałe i mało teraz użyteczne duże odrzutowe bezpilotowe aparaty rozpoznawcze Tu-141 Striż, pozostałe w Ukrainie po czasach ZSRR, przebudowano na pociski skrzydlate.

Zamiast więc po starcie z wyrzutni kołowej wykonać automatyczny lot w określony rejon, wykonać zdjęcia aparatami fotograficznymi (były wyposażone w takie na klisze) i wrócić w obszar startu, by wylądować na spadochronie, bezpilotowiec wykonuje lot w jedną stronę, rozbijając się o wskazany cel. Zamiast aparatów fotograficznych umieszczono w nim ładunek bojowy, a w systemie nawigacyjnym zainstalowano precyzyjny odbiornik GPS odporny na zakłócenia.

Czytaj też: Nie tylko patrioty. Co jeszcze dostanie Ukraina, a czego nie?

Na frontach niewiele zmian

Jeżeli Ukraińcy po raz drugi skutecznie zaatakowali Engels-2, jedyną w Rosji bazę naddźwiękowych strategicznych bombowców Tu-160, to zdecydowanie coś jest nie tak z jej obroną przeciwlotniczą. Kolejna kompromitacja, która nie przesądza jednak o ostatecznej skuteczności machiny wojennej Rosji. Zachód kompletnie tego nie rozumie, ale o tym dalej.

Na samych frontach niewiele się dzieje. Pod Bachmutem następuje tzw. punkt kulminacyjny bitwy: strona rosyjska, czyli niesławna Grupa Wagnera, utraciła zdolność do dalszych ataków. Według niepotwierdzonych na razie doniesień najeźdźcy są powoli wypychani także ze wschodnich przedmieść, a wcześniej musieli opuścić większość wsi Optyne. Giną też kolejni oficerowie – a zatem poza wypychanymi przodem skazańcami ściągniętymi do walki giną kadrowi najemnicy.

7 grudnia zginął dowódca jednej z grup rozpoznawczych ppłk Oleg Brewko, a nieco wcześniej pod Bachmutem stracił życie mjr Denis Linnik, emerytowany policjant. Ale i wśród więźniów jest ciekawa postać: płk Dmitrij Bajdała, były zastępca szefa służby penitencjarnej Republiki Udmurckiej w Iżewsku, którego w 2020 r. wsadzili do ciupy za korupcję. Były top klawisz wolał polec w Ukrainie, niż siedzieć wśród dawnych podopiecznych. Można zakładać, że pułkownik służby więziennej w celi cieszył się dużą popularnością.

Czytaj też: Groźne plany Rosjan. Oni też się uczą

.KŻ/Polityka.

Dlaczego Zachód musi pomóc Ukrainie?

Odpowiedź jest prosta: Rosję należy powstrzymać tam – albo pójdzie dalej. Według ocen niektórych rosyjskich komentatorów Moskwa popełniła błąd, nie atakując najpierw państw bałtyckich. Wówczas doszłoby do długotrwałej wojny z NATO na wyniszczenie z udziałem części sił, pozostałe można by zaś rzucić na Ukrainę, której w takiej sytuacji nikt by nie pomagał. Sojusz byłby zajęty starciem na własnym terytorium.

Fortel polegałby na mieleniu maszynką do mięsa na Litwie, Łotwie i w Estonii, a w międzyczasie opanowaniu całej Ukrainy, która bez wsparcia musiałaby ulec w ciągu maksymalnie roku. Konflikt z NATO można by wówczas sprytnie zamrozić: przyjąć warunki odwrotu na własne terytorium, by zapanował „pokój”. I mając już Ukrainę w worku, można by się dobrze przygotować do konfrontacji z Sojuszem i znów uderzyć na bałtyckie kraje. Albo Polskę, oczywiście z rozpędu wchłaniając Mołdawię.

O tym się w Rosji dyskutuje i, co ciekawe, wszyscy są zgodni, że czas odtwarzania takiej krzyżówki imperialnej Rosji z ZSRR już się zaczął, pozostaje kwestia „mapy drogowej”, jak byśmy to określili na Zachodzie. Kremlowski propagandysta Władimir Sołowjow w swoim programie na kanale Rosija Siewodnia (Rosja Dziś) snuje taką narrację: już dziś trzeba myśleć o kierunkach rozwoju Imperialnej Rosji w końcu XXI w. Trzeba zdecydować, co dalej. Pokonamy Ukrainę, pokonamy Polskę i Pribałtikę i co potem?

Dylemat: czy kierować się dalej na zachód (Niemcy, Francja), czy może najpierw na południe (Czechy, Słowacja, Rumunia, Bułgaria, Grecja itd.)? Jak podzielić strefy wpływów z Chinami? Oddać Azję Środkową, a brać Europę? Czy może Azji nie odpuszczać? Na wiele pytań musi sobie Rosja odpowiedzieć, bo od tego zależą przygotowania podejmowane już dziś. Trzeba nakreślić długofalowe plany. Sołowjow nie plecie, co chce, wszystko jest pod czujną kontrolą Kremla. Samemu Putinowi wtórują wszyscy jego potencjalni następcy, którzy krytykują go wyłącznie za sposób prowadzenia wojny, ale w żadnym razie za to, że w ogóle do niej doszło.

Dlatego nie miejmy złudzeń. Rosja nie zadowoli się ani Ukrainą, ani państwami bałtyckimi, ani Mołdawią, ani Polską czy Czechami i Słowacją. Ma ambitniejsze plany nakreślone na dekady. I niby dlaczego miałaby z nich zrezygnować? Czy ktoś się w Rosji buntuje? Oni w większości są absolutnie przekonani, że to dobry kierunek, właściwy.

Czytaj też: Poligon Ukraina. Wojna to niezrównany test dla broni

Wzbronienie czy wymuszenie?

W teorii sztuki wojennej NATO konflikty zbrojne dzielą się na ograniczone i nieograniczone. O tych drugich mówimy, kiedy dochodzi do całkowitego unicestwienia państwa wroga (annihilation) lub jego kompletnego podbicia (conquer), by je zająć lub osadzić w nim sprzyjające sobie władze. To, co Rosja robi w Ukrainie, to jakieś straszliwe połączenie podboju z możliwością częściowego przynajmniej unicestwienia narodu ukraińskiego, który zdaniem Putina nie istnieje.

Jest jednak sprawą oczywistą, że z Rosją nie da się prowadzić konfliktu nieograniczonego, a zatem cel może być wyłącznie ograniczony: odstąpienie od napadania na sąsiednie państwa. I znów: według sztuki wojennej NATO taki cel można osiągnąć na dwa sposoby – przez wzbronienie (denial) lub wymuszenie (coersion). Zachód naiwnie uwierzył, że same deklaracje pomocy Ukrainie, sama groźba nałożenia sankcji zadziała i Rosja odstąpi od zamiaru ataku. Czyli próbowano zastosować trzeci sposób: odstraszanie (deterrence).

Oczywiście, wobec bardzo skrystalizowanych planów Rosji klasyczne odstraszanie, w które tak wierzyli zachodni teoretycy, najzwyczajniej nie zadziałało. A nie zadziałało, bo groźby były za mało stanowcze, nie dość skonkretyzowane, jakieś takie strachliwe... To tak, jak byśmy pogrozili szefowi mafii: „no, no, no!”. Z całą pewnością od tej pory będzie przykładnym obywatelem.

No dobrze. Do Ukrainy zaczęła płynąć pomoc. Na początku dla przyzwoitości bardziej i zachowania twarzy, bo nie wierzono, że Ukraina wytrwa. Ale okazało się, że rosyjska armia jest nieefektywna, niewydolna, mało skuteczna, machina wojenna jest jakby z papieru. Dlatego zakasano rękawy i zdecydowano się na radykalne zwiększenie pomocy. Zachód uwierzył, że Ukraina może wygrać. Ale jak? Jedyna możliwość to „wymuszenie”.

Taką metodę walki stosują często słabsze państwa wobec silniejszego. Polega na tym, że agresorowi zadaje się określone straty, które czynią agresję kompletnie nieopłacalną. W takiej sytuacji każde zachodnie państwo ustępuje. Tak np. uczyniono z Japonią w II wojnie światowej – nie było żadnego szturmu na Tokio czy nawet na cztery główne japońskie wyspy. Wystarczyła groźba unicestwienia miast uderzeniami lotniczymi i zagłodzenia ludności blokadą morską. Przeciwnik uznał, że nie ma jak prowadzić wojny – i ustąpił.

Podobnie było w operacji „Allied Force” w Nowej Jugosławii w 1999 r. (wówczas tworzonej już tylko przez Serbię i Czarnogórę), kiedy uderzeniami lotniczymi na infrastrukturę krytyczną zmuszono ją do odwrotu z Kosowa. Wymuszenie zadziałało też wobec Saddama Husajna w grudniu 1998 r. – cztery dni lotniczych uderzeń (operacja „Desert Fox”) zmusiły go do uległości i zgody na powrót ścisłej kontroli irackich instalacji wojskowych w ramach ONZ i misji UNSCOM. Okazuje się, że w normalnych krajach, nawet rządzonych w sposób dyktatorski, jak Irak, wymuszenie działa.

Czytaj też: Kiedy mina robi „bum”. Rosjanie zastawiają groźne pułapki

Nowy plan NATO?

Ale nie wobec Rosji. Ukrainie przekazano ciężką broń i dano dużo artylerii, precyzyjnych pocisków artyleryjskich, wyrzutnie HIMARS i MLRS z kierowanymi pociskami o zasięgu do 70 km (faktycznie ok. 84 km). Zaczęło się zadawanie niesamowitych strat w ludziach i sprzęcie, Rosja była zmuszona oddać część ukraińskiego terytorium. I gdzie jesteśmy dziś? Zginęło już ponad 100 tys. Rosjan (i separatystów), zniszczono blisko 2 tys. czołgów, 5 tys. innych pojazdów pancernych, zestrzelono jakąś setkę samolotów. I nic. Dlatego trudna rada: trzeba przyjąć inny kierunek – wzbronienia. Jak to osiągnąć wobec Rosji? To bardzo ciężkie zadanie. Trzeba próbować nieprzewidzianej doktryną NATO kombinacji wzbronienia z wymuszeniem.

Opracowano zatem plan. Szczegółów nie znamy, analitycy nakreślili jednak najbardziej prawdopodobne kierunki – należy działać w czterech krokach. Przypuszczamy, że właśnie ten plan, uzgadniany od jakiegoś czasu, został ostatecznie „przyklepany” w czasie wizyty prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w USA. Nie do końca wiemy, co zawiera, ale jest wiele wskazówek i podpowiedzi analityków związanych z departamentem obrony USA. Na tej podstawie spróbujemy go jutro opisać.

Jedno jest pewne. Działania Zachodu zmierzające do „wymuszenia” (coersion) spełzły na niczym. Rosja płaci naprawdę ciężką cenę za agresję niewspółmierną do uzyskanych korzyści, coś absolutnie absurdalnego z naszego punktu widzenia. Zachód zachodzi w głowę, jaką cenę jest w stanie zapłacić Rosja za podbój Ukrainy. A odpowiedź jest banalnie prosta: za realizację agresywnych planów, które na Ukrainie się nie kończą, Rosja zapłaci każdą cenę.

Czytaj też: Surowikin. Nowy dowódca Rosjan zwiastuje kampanię terroru

Książka „Wojna w Ukrainie” Michała i Jacka Fiszerów już do kupienia na Sklep.polityka.pl. Autorzy omawiają w niej wydarzenia, jakie doprowadziły do tego konfliktu, opisują jego tło oraz przebieg, na ile jest obecnie znany. Jest bowiem sprawą oczywistą, że co do wielu zdarzeń, bitew i epizodów wiedza jest na razie fragmentaryczna, niedokładna, nie do końca zweryfikowana, wszak wojna trwa. Na ile jednak było to możliwe, zebrano wszelkie dostępne informacje z wiarygodnych źródeł, tworząc pewne kompendium wojny do końca września 2022 r.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Jak pokroić morze? Przybywa chętnych na kawałek Bałtyku. A rybakom wiatr w oczy

To tylko złudzenie, że na Bałtyku jest bezmiar przestrzeni. Jest coraz ciaśniej i coraz więcej chętnych, którzy chcą wyrwać kawałek morza dla siebie.

Ryszarda Socha
24.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną