Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

Europejski quad Bidena. Na kogo stawiają USA w czasie wojny w Ukrainie

Prezydent USA Joe Biden Prezydent USA Joe Biden Ting Shen/Bloomberg / Getty Images
Sprawa czołgów dla Ukrainy pokazała jak na dłoni obecne i przyszłe kierunki oddziaływania Ameryki Bidena na Europę. Z Niemcami i Polską jako głównymi punktami współpracy, a nie konfliktu – czy to się w obozie PiS podoba, czy nie. Nasz kraj awansował na miejsce tuż poza „podium”, co nie daje pozycji medalowej, ale stawia Polskę w miejscu do tej pory nam niedostępnym.

Prezydent USA Joe Biden znowu ma się wybrać do Europy i znowu może pojawić się w Polsce, choć prasowe doniesienia, oparte na przeciekach z Białego Domu, wciąż nie zostały ostatecznie potwierdzone. Jeśli wizyta się wydarzy, a jej trasa zahaczy o nasz kraj, będzie to potwierdzenie operacyjnego „zwrotu ku Europie” w amerykańskiej polityce zagranicznej i obronnej, który na dłuższą chwilę przyćmił strategiczny „zwrot ku Azji”.

Czytaj także: Abramsy i leopardy coraz bliżej Ukrainy. Dlaczego decyzja o czołgach była trudna

Europejski quad Bidena

W tej operacji bardzo istotnym taktycznym przyczółkiem jest Polska, czego drugi w ciągu niecałego roku przyjazd prezydenta USA byłby potwierdzeniem. Tego w relacjach polsko-amerykańskich jeszcze nie było, ale coś takiego najprawdopodobniej nie wydarzyłoby się bez szerszej europejskiej strategii Bidena, której przyczyną jest konieczność przeciwstawienia się Rosji. Ideologiczną podstawą tej strategii jest obrona wolności, demokracji i praworządności (głównie w wymiarze prawa międzynarodowego), narzędziem dyplomacja wielostronna i bilateralna, a formatami wykonawczymi formalne i nieformalne, węższe lub szersze koalicje. Poprzez nie Ameryka podjęła się – tym razem bez kontestacji – roli europejskiego przywódcy, zgłasza tu na nowo swoją siłę polityczną, ekonomiczną i militarną oraz angażuje partnerów zewnętrznych, jak Japonia, Australia, Korea Południowa.

Podstawą tej piramidy jest grupa państw „podobnie myślących”, o demokratycznym ustroju, podzielających przekonanie, że uznanych granic nie wolno zmieniać siłą zbrojną. Like minded nations to więcej niż formalni sojusznicy USA, choć nie wszystkie te kraje w jednakowym stopniu angażują się we wsparcie Ukrainy czy wyrażają taki sam sprzeciw wobec agresywnych działań Rosji (przykładem jest tu np. polityka Węgier Viktora Orbána). Następnym transatlantyckim poziomem realizacji amerykańskiej strategii jest NATO. USA, Kanada i 28 krajów Europy zapewnia uzgodnienie, a potem implementację polityki w wymiarze wojskowym. Ale nie tylko, bo warto pamiętać, że to zawsze był i pozostaje sojusz polityczno-militarny. To prawda, że w Europie w ciągu ostatnich 30 lat dominowało przekonanie o wiodącej integracyjnej roli Unii Europejskiej, czemu sprzyjały trendy geopolityczne i geoekonomiczne, ale gdy wojna zapukała do bram kontynentu, a realia militarne ponownie zaczęły mieć naprawdę znaczenie, oddziaływanie NATO na sferę wartości i polityki wróciło.

Ale Sojusz Północnoatlantycki to forum za duże, zbyt niejednorodne (by nie powiedzieć rozmyte), za bardzo związane wymogiem jednomyślności i zbyt ograniczone swym formatem wojskowym, by być platformą doskonałą i wystarczającą. Dyplomację łatwiej uprawiać w gronie kilku osób reprezentujących kilka krajów niż przy wielkim owalnym stole z 30 teoretycznie jednakowo uprawnionymi do głosu uczestnikami. Dlatego Amerykanie pod wodzą Bidena i jego szefa dyplomacji Anthony’ego Blinkena uruchomili coś w rodzaju „europejskiego dyrektoriatu”, oficjalnie zwanego „europejskim quadem”, na wzór tego zawiązanego w Indopacyfiku. Kołami tego wehikułu są – poza USA – Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Włochy. Z rzadka do telekonferencji w tym formacie dopraszani są inni uczestnicy, zdarzyło się jednak, że była to Polska, i ten fakt należy dostrzec i docenić.

Czytaj też: Po roku wojny rosyjski Goliat ma podbite oko

Niemcy – siła ciężkości koalicji

Nasz kraj awansował na miejsce tuż poza „podium”, co nie daje pozycji medalowej, ale stawia Polskę w miejscu do tej pory nam niedostępnym. Dużo było mowy przez ostatnie 20 lat o ambicji wskoczenia przed Hiszpanię w UE i NATO i dziś siłą wypadków, ale także różnych działań (jak podniesienie wydatków obronnych), można mówić o pozycji ex aequo. Geografia obecnego konfliktu i umiejscowienie środka ciężkości wysiłków obronnych USA, NATO i Unii Europejskiej sprawiają też, że to Polsce będą „sprzyjać” następne lata.

Ale Polska to „szpica”. Geograficzny, logistyczny i polityczny czubek aktywności. Eksponowany, istotny, ale niebędący w stanie istnieć bez zaplecza i wsparcia. Tym zapleczem Polski w amerykańskiej strategii dla Europy, czy nam się to podoba, czy nie (obecnej władzy nie), pozostają Niemcy. I trudno przewidywać, by się to zmieniło przez kolejne, końcowe dwa lata prezydentury Joe Bidena, lata być może decydujące dla przebiegu wojny w Ukrainie, a w konsekwencji dla przywództwa USA w Europie, zdefiniowanego na fundamencie obrony demokracji i wolności przed autorytaryzmem i niewolą. Najmocniejszym dowodem, że Ameryka wciąż strategicznie stawia na Niemcy, był jej zwrot w kwestii dostaw czołgów dla Ukrainy. USA, pomimo powtarzanego przez wiele tygodni sprzeciwu, zdecydowały się na „uwolnienie abramsów” po to tylko, by Niemcy „uwolniły leopardy”. Zwrot o 180 st. w sprawie czołgów oznacza faktyczne ugięcie się Ameryki pod presją Niemiec, a zarazem potwierdza kluczowe dla Ameryki znaczenie tego kraju w strategicznym zwrocie Europy i NATO.

Z tym, że tego zwrotu nie należy widzieć jako zwycięstwa Scholza kosztem przegranej Bidena. Kanclerz mógł nawet przegrać, o ile jego prawdziwą intencją nie było wsparcie Ukrainy niemieckimi czołgami. Biden wygrał, bo zgodą na abramsy – siłą rzeczy odłożoną w realizacji o miesiące, a nawet rok – przyparł Niemcy do muru i zmusił, wraz z innymi krajami, do korekty decyzji. W jakimś sensie to też wsparcie Polski, która dzięki deklaracji prezydenta Andrzeja Dudy ze Lwowa stanęła na czele czołgowej koalicji, wcale nie dysponując w niej przeważającą siłą. Biden opowiedział się więc jednocześnie za „radykalnymi” krajami wschodniej flanki, z którymi podziela generalne podejście do wojny, a jednocześnie zmobilizował ociągające się Niemcy jako środek ciężkości antyrosyjskiej koalicji. Zastrzegam, że to opis sytuacji na trzecią dekadę stycznia 2023 r., który podlega dynamice i może się zmienić. Tak czy owak, proces ten jest niezwykle ciekawy i zapewne będzie tematem wielu analiz badaczy dyplomacji, nie tylko wojskowej. Ale zanim oni napiszą dysertacje i raporty, na wschodni front dotrą niemieckie czołgi (z Niemiec, Polski, nawet Hiszpanii i innych krajów), a za jakiś czas czołgi amerykańskie.

Czytaj też: Dlaczego niespodziewanie to wygląda jak I wojna światowa

„Mieliśmy rację”

Zgodą na abramsy USA pod wodzą Bidena uratowały bowiem jedność NATO. W czasie niepewności, między polską inicjatywą a niemiecką zgodą (pod presją i przy ustępstwie USA), widać było wahanie kilku krajów, które początkowo dały zielone światło czołgowej inicjatywie. To pokazuje, że tylko USA we współdziałaniu z Niemcami stanowią w Europie masę krytyczną. Nic istotnego w przewidywalnej przyszłości nie wydarzy się bez – wynegocjowanego raczej niż wymuszonego – współdziałania Berlina i Waszyngtonu. W tej grze o znaczenie ważne jest też to, że głos Paryża i Londynu – pozostających trochę na uboczu głównego nurtu – jest pewnym czynnikiem wspierającym, ale nie ma znaczenia decydującego o ostatecznym kierunku, w którym zmierza transatlantycki motor. Obecnie mamy więc do czynienia z następującym porządkiem systemu bezpieczeństwa w Europie: Ameryka z jej globalnym wsparciem kieruje swoje oczekiwania i propozycje ku Europie poprzez NATO i inne gremia, których kluczowym weryfikatorem jest stanowisko Niemiec, a ostatecznym współwykonawcą (ale też współinicjatorem) m.in. Polska. W takim opisie rzeczywistości można przyjąć, że środek ciężkości NATO i amerykańskiej obecności zbrojnej przesunął się na wschód, do Polski, lecz ciężar decyzji politycznej, skutkującej wysiłkiem całego NATO i Europy, pozostaje w Niemczech. Przynajmniej w perspektywie rządów administracji Bidena, który dziś wydaje się odciskać na amerykańskiej polityce piętno równie silne, a kto wie, czy nie silniejsze, niż Donald Trump.

Zwiększanie presji na Niemcy bez ulegania w sprawie abramsów byłoby oczywiście po myśli władz w Warszawie (i pewnie innych stolic wschodniej flanki, które z różnych przyczyn wolą ciszej wyrażać krytykę wobec Niemiec). Polska czuje siłę swoich zapowiedzi (w 2023 r. może zostać liderem obronnych wydatków w NATO w stosunku do PKB) oraz pozycji geograficznej, bez której „nic się nie uda” w operacji wsparcia Ukrainy i w operacji obronnej NATO. Warszawa czuje też, że teraz jest jej moment, dlatego jest gotowa poświęcić krótko- i średnioterminową siłę wojska w interesie strategicznym, spójnym ze strategią USA. I dlatego MON pod wodzą Mariusza Błaszczaka gotów jest oddawać na wschód kolejne dywizjony i bataliony artylerii i czołgów, przekonany o ochronie i obronie ze strony USA i całego NATO w razie ewentualnego czarnego scenariusza.

Polacy mogą dziś zakrzyknąć, że mieli rację. Ani śladu nie zostało po Joe Bidenie usiłującym w bezpośredniej rozmowie z Władimirem Putinem znaleźć drogę do „stabilnych i przewidywalnych stosunków z Rosją”, od których poszukiwania zaczął swoją prezydenturę. Spotkanie w Genewie w czerwcu 2021 r. i warszawskie wystąpienie Bidena z marca 2022 r., w którym wychodząc poza przygotowany skrypt, zarysował wizję obalenia Putina, dzieli nie tylko dziewięć miesięcy, ale cała epoka. Myśleć o nawiązaniu normalnych albo choćby normalniejszych relacji z Putinem można było przed wojną. Teraz liczy się w tej wojnie zwycięstwo, choć nie ma całkowitej jasności, jak będzie zdefiniowane przez Waszyngton. Obowiązującym kierunkiem pozostaje pozbawienie Rosji możliwości ponownego agresywnego ataku na sąsiedni kraj. Być może ostatecznym zwycięstwem będzie wyparcie Rosjan z okupowanych terytoriów Ukrainy, łącznie z Donbasem i Krymem. Waszyngton w oficjalnych wypowiedziach podkreśla, że prawowite terytoria ukraińskie obejmują oba te obszary, ale warto pamiętać, że Moskwa dokonała bezprawnego aktu inkorporacji nie tylko ich, ale obwodu chersońskiego i zaporoskiego. Jeśli zakończenie konfliktu zbrojnego rozumieć jako negocjacje również terytorialne, musi dojść do jakiegoś kompromisu. Na razie z Moskwy nie słychać o takiej gotowości, z Kijowa i Waszyngtonu również. Głosy z Paryża, Berlina i Warszawy są rozbieżne. Im dalej na wschód, tym bardziej twarde, choć w warstwie werbalnej i Paryż, i Berlin mówią o poszanowaniu integralności Ukrainy w jej granicach uznanych przez prawo międzynarodowe, a zatem z Krymem i całym Donbasem. Wszystko może się okazać w najbliższych dwóch latach.

Czytaj też: Poligon Ukraina. Wojna to niezrównany test dla broni

Polska musi powrócić do centrum UE

20 stycznia, w drugą rocznicę objęcia przez Joe Bidena prezydentury, w niemieckim Ramstein odbywała się konferencja na temat zbrojeń dla Ukrainy, na którą zwrócone były oczy w Polsce. Dlatego półmetek urzędowania 46. prezydenta USA upłynął niemal niezauważenie. Może i dobrze, bo przy tej okazji nieuchronnie trzeba by przypomnieć, z jakim trudem polskim władzom przychodziło uznanie wyniku amerykańskich wyborów, złożenie Bidenowi należnych i wymaganych niepisanym protokołem gratulacji oraz wykonanie spodziewanego w normalnych relacjach kurtuazyjnego telefonu do Waszyngtonu.

Jednak dalszy bieg wypadków pokazał nie tylko, że z trudem zaakceptowany na początku przywódca potrafi schować urazy (jeśli je miał), ale także że pod wpływem sytuacji (a może konieczności) refleksja następuje też po stronie pisowskiej władzy. Dziś nikomu do głowy nie przychodzi kwestionowanie przywództwa Bidena i słuszności jego polityki, choć na marginesie debaty nadal zdarzają się głosy polemiki czy krytyki. W każdym razie, jak nakazuje polska tradycja strategiczna, urzędujący prezydent USA jest najlepszym prezydentem USA jakiego mamy. Tylko że to pewna stała na dwa lata. Już rok 2024 to czas kampanii wyborczej w obu amerykańskich partiach. Czy zwrot ku Europie może ustąpić strategicznemu ku Azji?

W interesie Europy i Polski powinno leżeć jak najgłębsze przekonanie Bidena, partii demokratycznej, a także republikańskiej opozycji, że przyjęta w ostatnich latach tymczasowa strategia europejska jest słuszna. Że długofalowej rywalizacji z Chinami nie przeszkadza pokonanie Rosji w krótkim terminie kilku lat. Że kraje przekonane o takiej pożądanej kolejności zdarzeń będą wspierać Amerykę w jej długofalowym celu, co może nie być łatwe w Europie, zwłaszcza gdy kraj szczególnie zaangażowany na wschodzie – czyli Polska – wciąż nie powrócił do centrum decyzyjnego Unii, choć w obecnej sytuacji nie wydaje się być na jej marginesie jak jeszcze rok temu. Relacje dwustronne Polski z Niemcami pozornie nie wydają się dziś kluczowe z uwagi na przemożną siłę Ameryki. Ale w dłuższym terminie, zgodnie z wizją prof. Zbigniewa Brzezińskiego, mogą okazać się decydujące nie tylko dla pozycji Polski w europejskiej polityce USA, ale i dla europejskiej polityki wobec interesów Ameryki.

Czytaj też: „Plan B”, czyli jak w czterech krokach pomóc Ukrainie

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Duda nie wypełnia obowiązku. Ktoś się łudził?

PiS i Andrzej Duda dostarczyli przekonującego dowodu, że powoływani przez nich ambasadorowie byli, ogólnie rzecz biorąc, marnej jakości. Konflikt prezydenta z rządem Tuska na tym tle właśnie się pogłębił.

Marek Ostrowski
13.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną