Świat

Wojna w Ukrainie. Między Zachodem a Południem globalny rozdźwięk aż dudni

Władimir Putin Władimir Putin Kremlin.ru / Wikipedia CC BY 4.0
Rozmowy z przedstawicielami Globalnego Południa potwierdzają podział świata na „Zachód i resztę”, jak to zgrabnie ujął w niedawnym raporcie znany think tank ECFR. Nie jest to podział nowy, ale wojna uwidoczniła go z nową wyrazistością.

Miniony tydzień spędziłem w Korei Południowej na międzynarodowej konferencji dziennikarskiej. Wśród ponad 50 uczestników z Europy było nas dziesięcioro, większość stanowili Azjaci, Afrykanie, Latynosi. Zanurzenie na tydzień w środowisku, które wcale nie żyje wojną w Europie i nie pyta za każdym razem o to, jak wspierać Ukrainę, było dla mnie jak wyprawa na Księżyc. I stworzyło niedostępną na co dzień okazję, by zapytać o ich punkt widzenia. Globalnego południa.

Czytaj też: 8 mld. Już tyle jest nas na świecie. Przed nami kumulacja problemów

Odwrotna perspektywa geopolityczna

Jesteśmy małym i słabym krajem, wciśniętym między takie olbrzymy jak Indie i Chiny. Co niby mielibyśmy zrobić? – mówi Rinzin z Bhutanu, himalajskiego królestwa znanego ze specyficznej filozofii szczęścia narodowego brutto i sceptycznego podejścia do dobrodziejstw zachodniej cywilizacji. Bhutan żył do tej pory w swego rodzaju izolacji z wyboru i dopiero od niedawna bardzo ostrożnie otwiera się na świat. Ten kraj to może skrajność, ale na świecie bardzo dużo jest takich państw: skupionych na sobie, chcących przede wszystkim spokoju, niemających ambicji zmieniania reszty świata ani nawet obrony żadnych wspólnych wartości. Większości dla zademonstrowania sprzeciwu lub wsparcia wystarczy wystąpienie w ONZ.

Odległość też ma znaczenie, bo wyznacza poziom izolacji. Bhutan jest w pewnym sensie na końcu świata, mimo że leży niemal pośrodku euroazjatyckiego superkontynentu, największej masy lądowej globu. Rinzin nie bardzo wiedział, gdzie leży Polska, a gdzie Ukraina, pytał, czy mamy wspólną granicę, nie zdawał sobie sprawy, że w naszym regionie wojna zmieniła wszystko i koncentruje uwagę społeczeństw na zmianach, których od ponad pokolenia nie byliśmy świadkami. Biorąc pod uwagę, że Rinzin bez wątpienia należy do bhutańskiej elity pod względem wykształcenia i zawodu, nie należy się dziwić, że „zwykli Bhutańczycy” mogą nie mieć pojęcia o sytuacji. Tak jak miliardy innych mieszkańców globu.

Mohammed ze Sierra Leone podkreśla, że dla ludzi w subsaharyjskiej Afryce wojna w Europie oznacza głównie jeszcze większą biedę i rodzi jeszcze większą pokusę ryzykownej migracji. – Worek ryżu podrożał trzykrotnie, litr benzyny, który przed wojną kosztował mniej niż dolara, teraz kosztuje dwa – tłumaczy telewizyjny dziennikarz. Ryż to w Afryce kwestia przetrwania, paliwo to możliwość zarabiania, dojazdu do lekarza, podstawowej mobilności. Tymczasem inflacja w krajach afrykańskich jest wielokrotnie wyższa niż w Europie.

Gdy my załamujemy ręce nad utratą wartości pieniądza o jedną piątą, na Globalnym Południu normą jest inflacja liczona w dziesiątkach procent. A nie są to państwa o wysokiej stopie życiowej i wysokich zarobkach. Jak ludzie to znoszą? – pytam Mohammeda, bo sobie tego zupełnie nie wyobrażam. Odpowiada z uśmiechem, rozkładając ręce: – Jesteśmy Afrykanami, mamy niewyjaśnialne zdolności przetrwania. Ale zaraz poważnieje: – Dla naszych rządów wojna jest świetną okazją, żeby się wytłumaczyć z każdej niekompetencji, żeby uniknąć odpowiedzialności za błędną politykę i korupcję. Na dziesięć krajów z najwyższą inflacją według IMF wszystkie to przedstawiciele południa, z Europy łapie się do tej fatalnej statystyki tylko Turcja.

W dodatku Afrykanie mają od nas odwrotną perspektywę geopolityczną. Rosja Putina, a także Chiny Xi wcale nie kojarzą im się z uciskiem, wojną i ludobójstwem – przeciwnie, z partnerstwem (vide: afrykańskie podróże szefów MSZ Rosji i Chin), inwestycjami, kredytami, budową dróg, szpitali, kolei, portów i lotnisk. – Gdy przyjeżdża ktoś ważny z Ameryki, przywozi wyrazy wsparcia. Gdy przyjeżdża ktoś z Chin, zostawia lotnisko – przywołuje afrykański kolega dość znane powiedzenie. Afryka wita Chiny i Rosję z otwartymi ramionami, bo to Zachód, w szczególności europejskie mocarstwa kolonialne i Stany Zjednoczone, postrzegany jest z powodów historycznych często jako symbol opresji, wyzysku, grabieży i wojen. Brzmi jak komunistyczna propaganda epoki stalinizmu? Oczywiście. Ale nadal jest istotną częścią świadomości społecznej w Afryce, Azji i Ameryce Południowej.

Potwierdza to kolejna rozmowa. Ashok, Hindus z Omanu, od początku próbuje mnie przekonywać, że jakkolwiek Rosja rzeczywiście zaatakowała Ukrainę jako pierwsza, to cała sytuacja we wschodniej Europie jest winą Ameryki i Zachodu. – Rosja boi się przyłączenia Ukrainy do NATO i do tego nie dopuści – z ust działającego na Bliskim Wschodzie dziennikarza telewizyjnego pada hasło skopiowane niemal wprost z narracji Kremla. Ashok nie ma nic przeciw Ukrainie, tym bardziej Polsce. Z nostalgią wspomina peerelowskie produkty codziennego użytku, które jego ojciec, metalurg współpracujący z polskimi hutami, dostawał od kolegów na kontraktach. Ale wobec Ameryki jest skrajnie podejrzliwy, nie wierzy w szczere intencje. Uważa, że Rosja za nic nie odpuści Ukrainy, a prędzej odpuszczą ją Stany Zjednoczone.

Z perspektywy Omanu wojna w Europie może jest odległa, ale mogła przyspieszyć utratę amerykańskich wpływów na Bliskim Wschodzie. Tektonicznym wstrząsem było porozumienie irańsko-saudyjskie pod patronatem Pekinu, pieczętujące zwrot w relacjach strategicznych największego państwa Półwyspu Arabskiego. – Wejście Chińczyków do gry przynosi stabilizację, obecność Ameryki oznaczała niestabilność – mówi bliskowschodni dziennikarz. Stabilność, rozwój, niezakłócony handel, trwałość łańcuchów dostaw, turystyka... Ktokolwiek będzie patronem powrotu do tej normalności, zyska przychylność i poklask. A Ukraina? – No cóż, Rosja zawsze chciała mieć swoją strefę buforową, trzeba to zrozumieć – rozmowa wraca na dobrze znane tory.

Czytaj też: Lula tuli się do Chin, Rosji nie potępia. Zachód się denerwuje

Wojny o serca i umysły Zachód nie wygrał

Ameryka się kończy, pora otworzyć oczy – jeszcze bardziej radykalny punkt widzenia słyszę od Ahmada z Indonezji. Dla najludniejszego kraju południowo-wschodniej Azji (obecnie 273 mln mieszkańców) chińska dominacja w regionie jest oczywistością, a główna rola Pekinu na świecie – najbardziej prawdopodobną przyszłością. – Indonezja to widzi i dlatego przechodzi transformację polityki zewnętrznej od oparcia na Ameryce do oparcia na Chinach. Wciąż tendencje proamerykańskie są u nas silne, ale obóz prochiński zaczyna przeważać – tłumaczy 60-letni dziennikarz i wykładowca.

Gdy omawiamy geopolityczną mapę regionu, dochodzimy do wniosku, że droga, jaką wybierze Indonezja, będzie kluczowa nie tylko dla zachodniego Pacyfiku. Indonezja leży bowiem między zadeklarowanym sojusznikiem USA – Australią – a partnerami Ameryki położonymi bliżej Chin: Filipinami, Japonią, Koreą Południową i przede wszystkim Tajwanem. Jeśli chiński apetyt na przyłączenie tej wyspy skłoni Pekin do inwazji, południowa flanka Morza Południowochińskiego stanie przed pytaniem, kogo wesprzeć.

Neutralność nie wchodzi w grę – mówi Ahmad i wyjaśnia, że Indonezja, mimo potencjału ludnościowego, nie ma na razie wystarczających zasobów, by odgrywać bardziej samodzielną rolę. Będzie szukać zbliżenia z Indiami, ale ono nie ustabilizuje chaosu, jaki wywołałoby ewentualne chińsko-amerykańskie starcie. Indopacyficzna układanka bardziej sprzyja dziś Chinom, choć to jeszcze nie układ hegemona i wasali. Na razie przypomina to planetę o dużej masie i satelity, nieraz na odległych i niestabilnych orbitach.

A co z Rosją? Czy odgrywa dla azjatyckich mieszkańców ciepłych mórz jakąś rolę? Ahmed dostrzega malejące znaczenie Moskwy, ale nie przekreśla z nią współpracy. Indonezja nadal ma dużo rosyjskiego sprzętu wojskowego, wypatruje też udrożnienia dostaw nawozów i produktów rolnych. – Wojna nie stanowi przeszkody. Amerykanie robili gorsze rzeczy – tu zaczyna znaną na pamięć w krajach Globalnego Południa wyliczankę amerykańskich i zachodnich interwencji. Tu również konflikt rosyjsko-ukraiński odbierany jest jako wojna zastępcza NATO z Rosją. I już wiem, co Ahmad powie dalej. Moje argumenty historyczne, mówiące o woli niepodległych krajów wstąpienia do NATO, o europejskiej integracji, jakoś do niego nie trafiają.

Jakby nasza europejska narracja trafiała w pustkę. Ahmad kiwa głową, ale swoje wie, cytuje Roberta Mugabe o zachodniej hipokryzji. Na opór wobec Chin i Rosji nie ma co liczyć. Co więc można zrobić? Indonezja próbowała pokazać, że próbuje jakoś wspierać dialog i porozumienie. Zeszłoroczny szczyt G20 na Bali mimo ambitnych komunikatów nie przyniósł nic, bo nie mógł przynieść. Według mojego rozmówcy indonezyjskie władze miały na celu bardziej pokazanie swojej światowej roli na wewnętrzny użytek polityczny niż realną dyplomatyczną misję dobrych usług.

Rozmowy z dziennikarzami, przedstawicielami Globalnego Południa, potwierdzają podział świata na „Zachód i resztę”, jak to zgrabnie ujął w niedawnym raporcie znany think tank ECFR. Nie jest to podział nowy, ale wojna uwidoczniła go z nową wyrazistością. Głosowania w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ to jedna rzeczywistość, z której wyłania się obraz większości świata potępiającej agresję i nawołującej do zaprzestania wojny. Ale realną skłonność do działania wykazuje już zdecydowana mniejszość ludzkości, jakieś 50 krajów z dominacją Europy i Ameryki Północnej oraz pojedynczymi uczestnikami z Dalekiego Wschodu i Oceanii. Analizując demografię, można nawet uznać, że większości ludzi na świecie pochłaniający nas bez reszty konflikt zupełnie nie obchodzi lub co gorsza – skłonna byłaby ona przyjąć punkt widzenia Rosji. Na początku XXI w. Zachód lubił mówić, że prowadzi wojny „o serca i umysły”, ale tej o własny wizerunek i swoje wartości nie wygrał, zanim zaczął ją przegrywać.

Inny wniosek dotyczy tego, co mogliśmy zrobić sami. Wydaje się, że Polska zaniedbała kontakt z ludźmi z, jak to wówczas nazywano, „trzeciego świata” i zlekceważyła potencjał wpływu, jaki wykształcona u nas inteligencja z Bliskiego Wschodu, Afryki, Ameryki Południowej może mieć na rządy i społeczeństwa w odległych od Warszawy miejscach. Prawie każdy z moich rozmówców Polskę kojarzył, i to dobrze. Oczywiście padały ikoniczne nazwiska, Jan Paweł II, Lech Wałęsa, ale także Robert Lewandowski i Iga Świątek. Bardzo wielu miało w swoim kręgu znajomych lub rodziny dziadka, ojca czy wujka, który w Polsce studiował, pracował lub współpracował z Polakami, gdy realizowali tzw. dewizowe kontrakty w krajach przychylnych wschodniemu blokowi. Dziś tylko gdzieniegdzie słychać o ekspatach, w Kuwejcie jest jakiś producent telewizyjny, w Afryce są organizacje pomocowe, w centrach handlowych Azji jest oczywiście biznes. Ale międzykulturowego potencjału kontaktów nie wykorzystaliśmy.

Czytaj też: Wielki pościg. Czy Chiny już przegoniły Stany Zjednoczone?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Nauka

Czy istnieją miasta idealne? Nowa Huta warunki spełnia. Warto przyjrzeć się jej bliżej

75-lecie Nowej Huty to okazja do rachunku sumienia dla urbanistów, decydentów i deweloperów. A dla nas – do refleksji, gdzie naprawdę chcielibyśmy mieszkać.

Marcin Skrzypek
09.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną