O co wam chodzi? Niemcy nie pojmują działań polskich władz. To nie odwet, tylko strach
Kiedy prezydent Karol Nawrocki podczas niedawnej wizyty w Berlinie opuszczał hotel Adlon, czekała na niego entuzjastyczna grupa ludzi. Kancelaria prezydenta określiła ich potem „Polakami w Berlinie”. Złośliwi internauci rozpoznali wśród witających m.in. pracownika IPN z Warszawy i pytali, czy prezydent przywiózł swoją Polonię do Berlina.
Ta prawdziwa jest w większości mocno liberalna i lewicowa. Kilku roszczeniowych działaczy o zabarwieniu narodowym, z którymi spotykają się politycy podczas podróży do Niemiec, reprezentuje malutki margines. Ci ludzie przekonują, że są uciskaną mniejszością, która czeka na wyzwolenie spod jarzma niemieckiej asymilacji – w co polscy politycy tym chętniej uwierzą, im bardziej są prawicowi.
Utwierdziwszy się w słuszności swoich poglądów, wracają potem do Polski i wygłaszają sejmowe orędzia w obronie uciemiężonych Polaków w Niemczech. Albo – jak posłowie PiS w 2022 r. – obcinają środki na zajęcia językowe po niemiecku na Śląsku i przekazują ich część jakiejś mikroskopijnej (ale „swojej”) organizacji polonijnej w Niemczech, o której od tamtego czasu ślad zaginął.
Instytut Pileckiego: oddział w Berlinie
To oczywiście niejedyny przypadek, gdy polska prawica maluje sobie takie Niemcy, jakie są jej potrzebne. Dokładnie na tym tle niedawno rozegrała się farsa wokół Instytutu Pileckiego. Najpierw ministra kultury Hanna Wróblewska mianowała jego szefem dotychczasowego dyrektora Instytutu Willego Brandta we Wrocławiu Krzysztofa Ruchniewicza.