Kruchy rozejm w Strefie Gazy. Starcia w Rafah to test wytrzymałości porozumienia
W niedzielę izraelska armia przeprowadziła serię nalotów w odpowiedzi na ataki, które według Tel Awiwu zostały przeprowadzone przez bojowników Hamasu w okolicach miasta Rafah, na południu palestyńskiego terytorium. Hamas zaprzecza jakiemukolwiek zaangażowaniu w incydent i podkreśla, że przestrzega warunków rozejmu.
Czytaj także: Jeśli Izrael zechce zerwać zawieszenie broni, będzie miał 20 pretekstów
Strzały w okolicy Rafah. Sprzeczne wersje wydarzeń
Według informacji izraelskich sił zbrojnych w niedzielę rano żołnierze demontujący infrastrukturę terrorystyczną w rejonie Rafah zostali ostrzelani z granatników przeciwpancernych oraz przez snajperów. Wojsko określiło te działania jako wyraźne złamanie warunków zawieszenia broni i natychmiast odpowiedziało nalotami oraz ostrzałem artyleryjskim. W trakcie uderzeń zniszczono kilka tuneli i budynków wykorzystywanych, jak twierdzą Izraelczycy, do działalności terrorystycznej.
Premier Beniamin Netanjahu zwołał w tej sprawie pilne konsultacje z dowódcami wojskowymi i nakazał podjęcie zdecydowanych działań przeciwko celom w Strefie Gazy. Minister obrony Israel Kac ostrzegł, że Hamas zapłaci wysoką cenę za każde naruszenie rozejmu, a reakcje będą coraz intensywniejsze, jeśli grupa tego nie zrozumie.
Stanowisko palestyńskiej strony jest jednak zupełnie odmienne. Zbrojne skrzydło Hamasu Brygady – Al-Kasama – wydało oświadczenie, w którym kategorycznie zaprzeczyło jakiejkolwiek wiedzy o starciach w Rafah. Grupa tłumaczy, że kontakt z pozostającymi tam bojownikami został zerwany już w marcu, gdy wznowiono działania wojenne po wcześniejszym zawieszeniu broni. Przedstawiciele Hamasu podkreślają pełne zaangażowanie w realizację warunków obecnego rozejmu i oskarżają Izrael o ciągłe naruszanie umowy oraz szukanie pretekstów do usprawiedliwiania swoich działań.
Wysoki rangą przedstawiciel Hamasu Izzat al-Riszek stwierdził wprost, że to Netanjahu próbuje wycofać się ze zobowiązań, starając się jednocześnie uniknąć odpowiedzialności przed mediatorami międzynarodowymi.
Czytaj także: Co z mapy, to z serca. Pytanie o państwo palestyńskie wciąż jest całkowicie abstrakcyjne
Prawdziwy cel ataku?
Sytuację komplikuje fakt, że izraelskie media, powołując się na źródła zbliżone do Hamasu, przekazały zupełnie inną wersję wydarzeń. Według nich operacja w rejonie Rafah była wymierzona nie w żołnierzy izraelskich, lecz w Jasera Abu Szababa – przywódcę lokalnej milicji działającej przy wsparciu Izraela. Ta grupa jest skonfliktowana z Hamasem, co wprowadza dodatkowy wymiar do i tak już skomplikowanej sytuacji na miejscu.
W odpowiedzi na niedzielne wydarzenia izraelskie lotnictwo przeprowadziło naloty nie tylko na południu, ale też w środkowej i północnej części Strefy Gazy. Według miejscowych mediów zginęło co najmniej siedem osób, w tym sześć w ataku na prowizoryczną kawiarnię w namiocie na plaży w Al-Zawaida. Ministerstwo zdrowia w Strefie Gazy, kontrolowane przez Hamas, podało, że w ciągu ostatniej doby w wyniku izraelskich działań zginęło osiem osób.
Izraelscy politycy wzywają do wznowienia wojny
Incydent w Rafah wywołał natychmiastową reakcję izraelskich polityków. Skrajnie prawicowy minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben Gwir wezwał premiera do wznowienia wojny, podobnie jak inny radykalny minister Becalel Smotricz. Obaj od początku sprzeciwiali się wprowadzeniu rozejmu i nawoływali do całkowitego zniszczenia Hamasu.
Także opozycja domaga się twardej odpowiedzi. Awigdor Lieberman, lider formacji Nasz Dom Izrael, oraz Beni Ganc z centroprawicowej Jedności Narodowej podkreślali, że Izrael powinien być przygotowany na wszelkie możliwe reakcje, włącznie z wznowieniem walk. Nawet przedstawiciel lewicowej formacji Demokraci Jair Golan stwierdził, że atak wymaga zdecydowanej reakcji, bo tylko w ten sposób ustala się zasady gry.
Rozejm po patronatem Trumpa
Rozejm w Strefie Gazy wszedł w życie 10 października pod patronatem prezydenta USA Donalda Trumpa. Pierwsza faza umowy zakładała wstrzymanie walk, częściowe wycofanie wojsk izraelskich do ustalonej linii oraz wymianę zakładników i więźniów. Izrael wycofał się do tak zwanej żółtej linii i obecnie kontroluje około połowy terytorium Strefy Gazy.
Większość punktów pierwszej fazy została zrealizowana. Izrael uwolnił wszystkich żywych zakładników oraz otrzymał szczątki 12 z 28 zabitych porwanych. W zamian zwolniono 250 palestyńskich więźniów oraz 1718 przetrzymywanych mieszkańców Gazy. Rząd w Jerozolimie oskarża Hamas o celowe opóźnianie przekazania pozostałych ciał, grupa zaś tłumaczy to trudnościami technicznymi w wydobywaniu szczątków spod gruzów – Izrael nie zezwala bowiem na wwóz ciężkiego sprzętu.
Nie rozpoczęły się jeszcze negocjacje dotyczące drugiej fazy umowy, która zakłada m.in. rozbrojenie Hamasu – jeden z głównych postulatów Izraela. Przedstawiciele palestyńskiego ugrupowania wielokrotnie deklarowali jednak, że nie złożą broni.
Obawy przed konfliktem wewnętrznym
Dodatkowym czynnikiem destabilizującym sytuację są starcia między samymi palestyńskimi grupami zbrojnymi. Od wejścia w życie rozejmu Hamas prowadzi operacje przeciwko grupom, które nazywa „gangami” i „kolaborantami izraelskimi”. Poinformowano już o zabiciu kilkudziesięciu członków takich formacji. W sieci pojawiły się nagrania pokazujące publiczne egzekucje wykonane przez bojowników noszących opaski Hamasu na związanych – i z zawiązanymi oczami – ludziach.
Amerykański Departament Stanu ostrzegał w sobotę przed planowanymi przez Hamas atakami na palestyńską ludność cywilną, określając to jako potencjalne poważne naruszenie rozejmu. Hamas odrzucił te oskarżenia, twierdząc, że to Izrael utworzył, uzbroił i sfinansował gangi przestępcze, które dopuszczają się morderstw, porwań i kradzieży konwojów z pomocą humanitarną.
Czytaj także: W wojnach nie ma zwycięzców. Czy ta się skończyła? „Gaza już nigdy nie będzie taka sama”
Korespondent BBC Tom Bateman zauważa, że wielu Palestyńczyków obawia się możliwości wybuchu wojny domowej między Hamasem a rywalizującymi klanami, które według podejrzeń są wspierane przez Izrael. To pokazuje słabości umowy z Szarm el-Szejk, która nie objęła kwestii międzynarodowych sił stabilizacyjnych ani demilitaryzacji Gazy.
Waszyngton zmienia stanowisko
Postawa administracji Trumpa wobec zbrojnej aktywności Hamasu uległa istotnej ewolucji w ciągu zaledwie tygodnia. Na początku prezydent stwierdził, że dał „okresową zgodę” na działanie Hamasu mające na celu powstrzymanie „poważnej przestępczości”. Następnego dnia mówił, że Hamas miał „rozbroić kilka bardzo złych gangów” i dodał: „szczerze mówiąc, mnie to specjalnie nie przeszkadzało”.
Administracja zaczęła jednak jasno wzywać Hamas do natychmiastowego zaprzestania przemocy wobec palestyńskich cywilów. W czwartek Trump napisał na platformach społecznościowych: „Jeśli Hamas będzie dalej zabijać ludzi w Gazie, co nie było częścią umowy, nie będziemy mieli wyboru i będziemy musieli wejść i ich zabić”.
Co dalej? Izrael grozi, Palestyńczycy się boją
Korespondent BBC w Gazie Rushdi Abualouf relacjonuje, że wielu mieszkańców nigdy nie wyobrażało sobie, że izraelskie naloty powrócą tak szybko. Krótkotrwałe poczucie ulgi, które nastąpiło po zawieszeniu broni, szybko zamieniło się w strach i niepewność. Mieszkańcy zaczęli wracać do namiotów i domów, a ceny podstawowych produktów już wzrosły w kilku rejonach, odzwierciedlając rosnący niepokój i rozczarowanie tempem pogorszenia się sytuacji.
Rozwój wydarzeń na miejscu sugeruje, że sytuacja eskaluje szybko i może doprowadzić rozejm na skraj załamania. Izraelski urzędnik wojskowy ostrzegł, że możliwe są dalsze uderzenia w odpowiedzi na to, co określa jako „naruszenia” umowy. Hamas natomiast twierdzi, że to Izrael łamie porozumienie i fabrykuje preteksty do usprawiedliwienia swoich działań.
Obie strony konfliktu po raz kolejny prezentują diametralnie różne wersje wydarzeń, a mechanizmy weryfikacji i egzekwowania warunków rozejmu pozostają niejasne, przyszłość porozumienia wygląda więc coraz bardziej niepewnie.