Misja Europy. Czy scenariusz „bitwy o Grenlandię” jest całkowicie nie do wyobrażenia?
Na froncie dyplomatycznym nie ma dobrych wieści. Symboliczna scena nerwowego zapalania papierosów przez duńską delegację po zakończeniu rozmów z Amerykanami w Waszyngtonie wejdzie do annałów najtrudniejszych momentów relacji transatlantyckich. O ile za chwilę nie nadejdą momenty dużo gorsze.
Nie można tego wykluczyć, a może trzeba założyć, bo strona amerykańska nie wydaje się skłonna do ustępstw i podtrzymuje żądanie przejęcia zwierzchnictwa nad częścią terytorium innego suwerennego kraju – sojusznika w NATO, członka UE, OBWE i ONZ. Wspomnienie choćby tych kluczowych systemów regionalnych i globalnych, których Królestwo Danii jest pełnoprawnym członkiem i aktywnym uczestnikiem, jest konieczne, bo uzmysławia, jak wielkim zamachem na zasady łączące większość świata – dodajmy, że nie tylko tego zachodniego – jest trwająca próba wymuszenia cesji terytorialnej.
Fakt, że dopuszcza się jej mocarstwo uznawane do tej pory za filar wspomnianego systemu i wymienionych instytucji, rzuca na sytuację jeszcze bardziej dramatyczne światło. Na razie, co trzeba zastrzec, dramat ten rozgrywa się na niwie dyplomatycznej, bo poza sferą werbalną Stany nie uruchomiły przeciw Grenlandii i Danii zasobów wojskowych. Tym bardziej znaczące i ciekawe jest, że taki gest – symboliczny co do skali – ma miejsce po stronie „przeciwnej”.
Czytaj też: Awantura o Grenlandię. Dania nie chce jej oddać, a Trump nie żartuje. Jest się o co bić
Sytuacja bez precedensu
Jako pierwsze, co oczywiste, reakcję wojskową podjęło Królestwo Danii. Na grenlandzkim lotnisku w Nuuk wylądowało już kilka Herculesów C-130, największych samolotów transportowych, jakimi dysponują duńskie siły powietrzne.