Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Rakieta na Lubelszczyźnie. Rosyjskie media: „Polska nie zdała testu”, ma „armię czasu pokoju”, a Sikorski to „śliniący się idiota”

Rosyjskie media o rakiecie: „Polska nie zdała testu”, ma „armię czasu pokoju”, a Sikorski to „śliniący się idiota”

Preferuj w Google
Władimir Putin podczas spotkania z przedstawicielami Dumy, 27 lipca 2026 r. Władimir Putin podczas spotkania z przedstawicielami Dumy, 27 lipca 2026 r. Sofya Sandurskaya / Zuma Press / Forum
Rosyjskie media lansują dobrze znaną narrację: pocisk, który spadł pod Lublinem, to „ukraińska prowokacja”. A przy okazji wykpiwają polską obronę przeciwlotniczą i „armię czasu pokoju”. Piszą o pocisku, który leciał prawie 100 km w głąb kraju – aż sam spadł.

Rosyjskie media szybko odnotowały naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej w nocy z 29 na 30 lipca. Już rano informowały, że Polska poderwała samoloty wojskowe po doniesieniach o eksplozjach na Ukrainie. Portal RBK pisał: „Po potężnej eksplozji we wschodniej Polsce odkryto 10-metrowy krater i gruz”. Ton komentarzy wyraźnie zmienił się po wystąpieniu premiera Donalda Tuska, który zaapelował o niewyciąganie pochopnych wniosków, jednocześnie sugerując, że za incydent może odpowiadać Rosja.

Oficjalne stanowisko pozostało jednak niezmienne. Kreml i rosyjscy politycy nie komentują sprawy, a media piszą jedynie o „rzekomym rosyjskim pocisku manewrującym Ch-101”, który spadł na terytorium Polski.

Cel: ukraińska „Wunderwaffe”

Rosyjskie źródła otwarcie przyznają natomiast, że minionej nocy przeprowadzono zmasowane uderzenia na przedsiębiorstwa ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego – od Równego po Lwów. Głównym celem miały być zakłady związane z produkcją ukraińskiej „Wunderwaffe”, czyli pocisku manewrującego FP-5 Flamingo.

To właśnie na tym pocisku opiera się ukraińska strategia dalekosiężnych uderzeń w głąb Rosji. Według informacji Fire Point opublikowanych w połowie roku w „The Atlantic” Ukraina jest w stanie produkować ok. trzech takich pocisków dziennie, czyli blisko 90 miesięcznie. Produkcja została rozproszona na wiele zakładów, tak aby zniszczenie jednej lokalizacji nie sparaliżowało całego procesu. Dlatego – jak twierdzi korespondent wojenny Aleksandr Koc na łamach „Komsomolskiej Prawdy” – Rosjanie postanowili uderzyć w cały łańcuch produkcyjny.

W kierunku Lwowa wystrzelono 22 pociski, co wywołało alarm również w Polsce. Według rosyjskich źródeł głównymi celami były Lwowskie Zakłady Naprawy Samolotów (LDARZ) oraz zakłady „Lorta”. LDARZ mają odpowiadać za produkcję, naprawę i serwis silników do pocisków FP-5 Flamingo oraz bezzałogowców dalekiego zasięgu. W zakładach Lorta produkowana jest natomiast elektronika pokładowa do pocisków rakietowych, systemów radarowych, rakiet dalekiego zasięgu Neptun-MD oraz elementów projektu „Klon”, określanego jako odpowiednik systemu obrony przeciwlotniczej S-300.

W obwodzie iwanofrankiwskim celem miały być zakłady KB OVT i Neftemasz, które – według rosyjskiego ministerstwa obrony – produkują i magazynują pociski Flamingo, prowadzą testy głowic do rakiet Grom-2 oraz przechowują i dystrybuują komponenty zachodniej produkcji.

W Równem Rosjanie chcieli zniszczyć zakłady Rovnoazot, gdzie mają być wytwarzane komponenty paliwa rakietowego oraz elementy wykorzystywane przy montażu pocisków Flamingo i innych systemów uzbrojenia.

W Kijowie celem ataku były zakłady „Majak” oraz Zakład Elektrotechniczny. Według rosyjskich źródeł w pierwszym z nich produkowane są głowice bojowe, detonatory i amunicja, a w drugim – drony rozpoznawcze oraz uderzeniowe średniego zasięgu.

Z tego samego powodu zaatakowano również zakłady Akvaplast w Krzywym Rogu. Rosyjskie ministerstwo obrony twierdzi, że prowadzone są tam prace nad rozwojem, montażem, modernizacją i magazynowaniem bezzałogowców, w tym morskich dronów, a we współpracy z przedsiębiorstwem Energomekhkomplekt produkowane i remontowane są haubice holowane oraz samobieżne.

Rosjanie deklarują także uderzenia w tzw. logistykę ostatniej mili. Według ich komunikatów trafiono masowiec w porcie Jużnyj oraz dwa statki znajdujące się na wschód i południe od Odessy, które miały transportować uzbrojenie przez Morze Czarne.

Rosyjska propaganda. Polska nie zdała testu

Rosyjskie media konsekwentnie przemilczają śmierć cywilów i zniszczenia infrastruktury cywilnej spowodowane nocnym atakiem na Ukrainę. Równocześnie próbują lansować dobrze znaną narrację o „ukraińskiej prowokacji”, przypominając – za agencją RIA Nowosti – że Warszawa już wcześniej miała pochopnie oskarżać Rosję, nie dysponując wystarczającymi dowodami.

Tym razem propaganda została jednak nieco zmodyfikowana. Zgodnie z nową wersją wydarzeń na terytorium Polski miał spaść „kolejny ukraiński pocisk przechwytujący wystrzelony z okolic Lwowa”. Jednocześnie autor popularnego kanału telegramowego „Szto-to znaju” („Coś wiem”) Paweł Danilin stwierdził, że „Polacy właśnie zrutynizowali sobie wojnę”.

Wielu rosyjskich komentatorów przedstawia naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej jako test krajowego systemu obrony przeciwlotniczej. Ich zdaniem Polska tego testu nie zdała. Dziennikarz radia Kommiersant FM Dmitrij Drize podkreśla, że polskie myśliwce F-16 nie przechwyciły pocisku, który bez przeszkód przeleciał ok. 100 km. W jego ocenie ma to świadczyć o tym, że Polska nie jest przygotowana do poważnej konfrontacji z Rosją, mimo że – jak twierdzi – o takim zagrożeniu mówi się dziś niemal codziennie.

Podobna narracja dominuje również w rosyjskich mediach społecznościowych. Kanał „Madam Sekretar” pisał z przekąsem: „Rosyjski pocisk Ch-101 wleciał nocą na terytorium Polski, przeleciał 93 km i po prostu spadł na polu. Minister obrony uruchomił system obrony przeciwlotniczej kraju, który przetrwał »wyjątkowo trudną noc«. Ta sama »boska armia Europy« po raz kolejny bohatersko »rozprawiła się« z pociskiem – dopiero gdy ten sam spadł. Przynajmniej udało jej się utrzymać pole bitwy”.

Bardziej rzeczową, choć również krytyczną ocenę przedstawił kanał „Informator wojskowy”. Autorzy zauważają, że premier Donald Tusk starał się podczas konferencji prasowej zachować spokój, podczas gdy – ich zdaniem – incydent po raz kolejny pokazał, iż „armia czasu pokoju”, jak określają Wojsko Polskie, często nie potrafi podejmować szybkich decyzji o przechwyceniu celu, nawet jeśli dysponuje odpowiednimi możliwościami technicznymi.

Rosyjskich propagandystów wyraźnie irytują również wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego. Jedna z czołowych twarzy kremlowskiej propagandy Olga Skabiejewa nazwała go „śliniącym się idiotą”, odnosząc się do jego deklaracji: „Jeśli Rosja nas zaatakuje, będziemy walczyć – z NATO czy bez niego. My w Polsce stawiamy opór Rosji od 500 lat i nie mamy zamiaru przestać”.

Będą kolejne incydenty

Drażni również, a być może przede wszystkim, zapowiedź kolejnego pakietu pomocy wojskowej dla Ukrainy, o którym mówił podczas konferencji prasowej premier Tusk: „Po tym incydencie wspólnie z ministrem obrony rozważymy jak najszybciej kwestię udzielenia Ukrainie dodatkowej pomocy wojskowej, w tym, jeśli zajdzie taka potrzeba, rakiet Patriot”. Informację tę podały wszystkie media federalne – od agencji TASS przez dziennik „Niezawisimaja Gazieta” po portal „Lenta”.

I wreszcie, Rosjanie sugerują kolejne „incydenty”. „Nietrudno sobie wyobrazić, że wraz z eskalacją walk na Ukrainie liczba takich incydentów będzie rosła” – twierdzi Dmitrij Drize na łamach dziennika „Kommiersant”.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Redpille z manosfery. Rozpanoszył się samczyzm, atakują stadnie. Politycy też zwęszyli kapitał

W sieci rozpanoszył się samczyzm: promowany jest patriarchalny porządek świata, męski szowinizm i tzw. prosty chłopski rozum. Emancypacja kobiet, ruch #MeToo i coraz większe aspiracje pań dały mężczyznom w kość. Na tę falę, ciągnącą zresztą z zagranicy, próbują wskoczyć nie tylko influencerzy, ale też politycy.

Malwina Dziedzic
21.07.2026
Reklama