Jest nadzieja dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Taki zaskakujący sygnał popłynął z Nowego Jorku, gdzie tradycyjnie w trzeci tydzień września zjechali się przywódcy państw, by wziąć udział w wielodniowym Zgromadzeniu Ogólnym. Nazywanym z angielska i nieco lekceważąco talking shop. Co oznacza miejsce, gdzie się dużo mówi i produkuje jakieś papiery, deklaracje i rezolucje, z których jednak w praktyce niewiele wynika. Tym razem w budynku na Manhattanie, wzniesionym na miejscu dawnych rzeźni i fabryki ołówków (i z widokiem na kojarzący się z Polską Greenpoint), zapanowało pewne ożywienie.
Na przekór okolicznościom, bo ludzkość oddala się od zasad Karty Narodów Zjednoczonych, które miały być fundamentem utrzymania jakiego takiego pokoju, spokoju i przewidywalności. Potoczyło się inaczej. Świat coraz bardziej się dzieli, mówił ustępujący po dwóch kadencjach sekretarz generalny ONZ António Guterres, „pęknięcia stały się kanionami”. Pogłębiają je coraz większe nierówności, szaleństwo cen energii, pochód autorytaryzmu, głód w Somalii, kryzys klimatyczny, zapaść różnorodności biologicznej oraz 130 toczących się obecnie konfliktów zbrojnych. Kluczowym remedium mogłaby być ONZ, ale dotknął ją uwiąd. Powinna ją napędzać dobra wola członków, a tymczasem Chiny, Francja, Rosja, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, państwa najważniejsze w Radzie Bezpieczeństwa, faktycznym organie decyzyjnym, przeniosły na jej forum swoją rywalizację.
Radę sparaliżowało, więc zyskało Zgromadzenie, stające się forum, na którym mogą się spotkać przeciwnicy. Amerykanie, walczący przecież z Iranem, z delegacją irańską rozmawiali przez trzy godziny. Polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski usiadł za tymczasowym przepierzeniem z białoruskim odpowiednikiem Maksimem Ryżenkowem.