Reporterzy POLITYKI
11 stycznia 2012

Nowe modne pojęcia

Słowniczek społeczno-obyczajowy

W najbliższym czasie czeka nas wiele interesujących zjawisk społecznych. Wraz z nimi do języka potocznego wejdą słowa, które staną się wygodnymi skrótami myślowymi. Oto słowniczek przydatnych terminów; część z nich to autorskie propozycje POLITYKI.

Churching

Coś dla jeszcze wierzących. Słowo utworzone na wzór clubbingu, czyli peregrynacji po klubach w celu odnalezienia najlepszej imprezy. Churching to szukanie najlepszego nabożeństwa poza własną parafią. Dla jednych będzie to nabożeństwo krótkie, dla innych ważne jest zabytkowe wnętrze kościoła, ale głównym motywem wydaje się poszukiwanie inteligentnego kazania. Wielu katolików deklaruje, że gotowi są przejechać pół miasta, by we własnej parafii uniknąć kazania dla moherowych beretów, nachalnych agitacji politycznych czy zaściankowych wątków obyczajowych.

Jednym z popularyzatorów churchingu w Polsce był Szymon Hołownia, publicysta katolicki, który przyznaje, że sam wędrował od kościoła do kościoła, aż znalazł taki, „w którym nie gryzą”. Celem churcherów często są msze prowadzone przez jezuitów, franciszkanów, salezjan czy najpopularniejszych chyba dominikanów. Churching ma już swoje gwiazdy, które co niedziela gromadzą tłumy. W Warszawie jest to o. Jacek Salij, w Krakowie o. Andrzej Kłoczowski, we Wrocławiu o. Jan Góra. Potrafią unikać sztucznego, archaicznego języka, uwodzą inteligencją i prostotą, która trafia do młodych ludzi.

Churching budzi różne reakcje wśród duchowieństwa. Jedni widzą w nim klęskę soborowej idei związania wiernych z parafią, nadużycie prawa wyboru, modę, która z istotą mszy świętej nie powinna mieć nic wspólnego. Dla innych zastosowanie reguł konkurencji także w tej dziedzinie nie jest niczym złym. Księża, którzy nie potrafią dotrzeć do wiernych, muszą się liczyć z odpływem parafian, a to może działać mobilizująco.

Trudno ocenić skalę churchingu. Z badań ks. Sławomira Zaręby z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego wynika, że zjawisko to jest najpopularniejsze wśród ludzi młodych i wykształconych. Ci, dla których autentyczne przeżycia duchowe są ważniejsze od ideologicznej wojny, będą szukać swojej niszy. (podg)

Grantoza

Jest z nią jak z paradontozą: nim się człowiek spostrzeże – uzębienia brak. Grantoza to choroba tocząca relacje polsko-unijne. Dotacje z Unii poszły i wciąż idą często nie tam, gdzie trzeba, i nie na to, co trzeba. Ten rok pokaże tę chorobę z całą jaskrawością. Deformuje ona organizacje pozarządowe, powoduje, że ubywa tych najbardziej sensownych. Że znika zapał ludzi, którzy wiedzą, jak można by zmienić świat wokół siebie na lepsze.

Źródłem grantozy jest biurokracja. Na przykład: w rozwlekłych kwestionariuszach, jakie wypełniają aspirujący o eurozasilanie, należy wpisać zero. Ktoś stawia kreskę. Jego projekt bez zer przepada więc już na wstępie. Bez możliwości odwołania. Kolejnym objawem grantozy jest upośledzenie myślenia. W konkursach najlepiej wypadają projekty sztampowe. W efekcie na ogromnych pieniądzach unijnych – dotąd prawie 112 mld zł – rosną głównie prywatne firmy, wyspecjalizowane w profesjonalnym wypełnianiu wniosków. Nierzadko – żyjące z procentów od pieniędzy wyciągniętych przez zgłaszające się do nich organizacje.

Typowym powikłaniem grantozy jest też krótkotrwałość projektów. Program się kończy i zamyka się instytucję. Najlepszy przykład to przedszkola. Nawet co piąte z ponad 3 tys. otwartych za pieniądze unijne zostało zamkniętych tuż po otrzymaniu ostatniej transzy dotacji. Zwykle dlatego, że wójta przerosła Karta Nauczyciela i zapisane w niej ogromne obciążenia finansowe oraz to, że przedszkolaki nie są dotowane z budżetu państwa.

Począwszy od 2012 r. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego porwało się na eksperyment: placówka dofinansowana przez UE musi istnieć jeszcze przez tyle lat, przez ile pobierano dofinansowanie do projektu, pod rygorem zwrotu środków. Niestety, już można się spodziewać dalszych powikłań – samorządowych bankrutów. Zadłużonych w Unii po uszy i niewypłacalnych. Bo państwo nie przekazało samorządom pieniędzy na przedszkola. (bund)

Pomarańczowa galareta i  aksamitne kajdany

Do Polski dotarło – na razie raczej słabiutkim echem – zjawisko nazwane ruchem Oburzonych. Jednak w nadchodzącym roku najbardziej oburzeni wcale nie będą ci, których w minionym o oburzenie podejrzewaliśmy, np. młodzież, która ma szansę wyłącznie na śmieciowe umowy o pracę. Polscy Oburzeni, czy raczej Wkurzeni, rekrutować się będą głównie z młodej klasy średniej. Ugrzęźli w pomarańczowej galarecie – tak socjolog prof. Tomasz Szlendak opisuje ich rzeczywistość; pomarańczowa – od ulubionego aktualnie koloru korporacji, galareta – od tężejących relacji między pracownikami a pracodawcami: – Kryzys, który po części sami sobie ściągamy, ciągle się na niego przygotowując, nie będzie gwałtownym zderzeniem ze ścianą. Będziemy obserwować owo uwięzienie w galarecie: jednym będzie trudno przepłynąć do etatu, drudzy ugrzęzną w tym miejscu, w którym już są.

Wygląda na to, że – zdaniem rządzących – to młodzi-średni są grupą predestynowaną do zapłacenia rachunku za kryzys. – W polskim społeczeństwie są tylko dwie strefy pełnej wolności. To osoby skrajnie bogate i skrajnie biedne – tłumaczy prof. Wojciech Łukowski, socjolog. – Od nich państwo nic nie wyciągnie.

To dodatkowo wkurzy średniaków, którzy i tak już są wkurzeni faktem, że nie mają szans na oszczędności. Ci nieco starsi, którzy zdołali zarobić tyle, żeby lokować i oszczędzać, przed laty rzucili się na narzędzia finansowe: akcje, obligacje, inwestycje, lokaty. Stracili, a przynajmniej nie zarobili. Są wkurzeni, zastanawiając się, kto dobrze bawi się za ich pieniądze.

Wkurzona jest część młodsza, która dołączyła do kolejki po dostatek zbyt późno i zaczęła zbyt ambitnie. Jak mieszkanie, to duże i drogie, jak samochód, to nowy. Teraz banki powiedziały: sprawdzam. Ci wysoko aspirujący dali się zakuć w coś, co prof. Szlendak nazywa aksamitnymi kajdanami. Kupowało się miło, ale rachunek spłaca się coraz większą liczbą godzin spędzanych w coraz gorzej opłacanej pracy.

Jednak niewielkie są szanse, aby średniacy wyszli na ulice manifestować oburzenie. Tym bardziej że rząd szykuje dla nich wariant powolnego upuszczania krwi, a nie wykrwawienie. – Ich powszechne rozczarowanie nie przerodzi się w żaden ruch, rewolucję. Emocje przeżywać będą w samotności – mówi prof. Janusz Czapiński. Jednym będzie wstyd przyznać się do życiowego zawodu. Inni nie będą mieli na to czasu, bo tak ciężko będą musieli pracować na utrzymanie statusu.

Emocje wkurzonych być może zaczęłyby się kanalizować, gdyby na rynku idei pojawiło się coś atrakcyjnego. – Nie ma przeciw komu wystąpić – mówi prof. Czapiński. – Nie ma adresata złości. Niewidzialną rękę rynku trudno złapać. Można buntować się przeciw pracodawcy. Ale tu przeszkadzają aksamitne kajdany.

Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, dodaje, że prawdziwe uliczne oburzenie zobaczylibyśmy, gdyby masowo przestała działać strategia wysokowysiłkowa (dużo pracuję, dużo oczekuję).

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną