Niezdrowe relacje lekarz - pacjent
Medycyna dobrych manier
Dla Anny Jarosz, dziennikarki i szefowej działu medycznego magazynu „Zdrowie”, rozmowy z lekarzami to codzienność. Gdy jednak podczas przypadkowego badania dowiedziała się, że sama zakażona jest wirusem zapalenia wątroby typu C i czeka ją ciężka kuracja, poczuła się kompletnie bezradna. – Lekarz wręczył mi kartkę z rozpoznaniem HCV i wyszedł bez słowa wyjaśnienia. Wiedziałam, co oznacza ten skrót, ale zostałam sama z myślami, co dalej – opowiada Anna. W tej sytuacji dziennikarsko-medyczne doświadczenie nie zmniejsza lęku ani nie likwiduje zagubienia, z którym każdy pacjent musi sobie poradzić. – Nie oczekiwałam, by rozkładano przede mną czerwone dywany. Ale pacjenci łakną rzeczowych informacji, tymczasem niewielu lekarzy potrafi i chce z nimi szczerze rozmawiać.
Najbardziej dotkliwy okazał się brak rzetelnych informacji na temat skutków ubocznych, mogących wystąpić podczas kuracji silnymi lekami, zwłaszcza interferonem. – Usłyszałam od lekarki tylko tyle, że czeka mnie ciężki rok. Wręczyła mi kartkę z listą możliwych działań niepożądanych, na które muszę być przygotowana: nudności, podwyższona temperatura, złe samopoczucie, wypadanie włosów.
Wszystko podane z wersji light, tymczasem życie okazało się hard: zamiast nudności – silne wymioty, łagodne sformułowanie o podwyższeniu temperatury należało zinterpretować jako gorączkę powyżej 40 stopni z dreszczami, głowę oszpeciły łyse placki. – Wpadłam w panikę, gdy pewnej nocy dostałam krwawej biegunki, bo nikt mnie nie uprzedził, że to też skutek działania interferonu. Nikt nie doradził, jak pielęgnować wysuszoną jak pergamin skórę. Nikt nie mówił o depresji, ograniczając się do zdawkowych pytań: Jak się pani czuje?
Nie śpię – odpowiadałam podczas wizyt kontrolnych. I co wtedy? Siadam do komputera. Aha – przytakiwał lekarz i chował wzrok w dokumentach. – Miałam wrażenie, że jest zawstydzony kontaktem z poważnie chorym człowiekiem. Kilka ogólnych pytań i dalej, następny czeka w kolejce.
Choroba - ciąg upokorzeń
Doświadczenie choroby, którą trzeba zaakceptować, uczy innego spojrzenia na świat, ale dla pacjentów to także ciąg upokorzeń, bo kontakty ze zbiurokratyzowaną i odhumanizowaną służbą zdrowia muszą być odtąd regularne. Konieczność rejestrowania się na badania, przesuwanie terminów wizyt, oczekiwanie tygodniami na spotkanie z lekarzem. Podpisujesz kwitki, otrzymujesz leki na kolejny miesiąc i co noc zasypiasz z niepewnością, jak będziesz się po nich czuć. W tym męczącym rytmie wyczekiwania żyją miliony przewlekle chorych: z rakiem, chorobami reumatycznymi, cukrzycą, astmą, nadciśnieniem.
Mariola Kosowicz, kierownik Zakładu Psychoonkologii w warszawskim Centrum Onkologii: – Aby pacjenci byli gotowi podjąć trudy leczenia, nie wystarczy wystarać się o najlepszą kurację. Trzeba ich jeszcze do niej przekonać, by wytrwali. Wielu nie wytrzymuje, tak dzielnie jak Anna, narzuconego reżimu: dwa razy dziennie tabletki do łykania, co siedem dni zastrzyk w udo – i tak przez 48 tygodni. Bez gwarancji, że wirus uda się usunąć z organizmu. Dni, kiedy nie musiała się kłuć, były jeszcze gorsze, bo dopiero wtedy podany lek objawiał pełnię swojego działania – nieludzkim zmęczeniem, wstrętem do jedzenia, drżeniem rąk i torsjami.
Lekarzom, którzy mają pretensję do chorych o brak cierpliwości i lekceważenie zaleceń, rzadko przychodzi do głowy, że źródeł nieposłuszeństwa tak naprawdę należy szukać w ich własnym gabinecie, w którym nie potrafili porozumieć się z pacjentem. – Gdybym wiedziała, co mnie czeka, lepiej przygotowałabym się na najgorsze – tłumaczy Anna, która mieszka sama. – Kładąc się do łóżka, postawiłabym przy nim miskę, pamiętałabym o mokrym ręczniku.
– Oczywiście każdy chory powinien czuć się odpowiedzialny za siebie i leczenie, ale musi wpierw zrozumieć, o co w nim chodzi – podkreśla Zbigniew Kowalski, trener komunikacji interpersonalnej, który uczy lekarzy, jak rozmawiać z pacjentami i jak ich motywować. Strachem? Szantażem? To akurat nic nie daje, choć na zdrowy rozum, jeśli ktoś dowie się, co mu grozi, gdy odstawi zalecone leki, już nigdy nie powinien do tego dopuścić. Tyle że w potocznym rozumieniu tabletki to jednak szkodliwa chemia; po co się truć, jeśli w domu nikt mnie nie kontroluje i zamiast trzech pastylek mogę łykać jedną?
Jak wykazało badanie przeprowadzone niedawno wśród polskich pacjentów w ramach Programu ABC, ponad połowa osób przewlekle chorych (57,6 proc.) deklaruje, że nie przestrzega zaleceń lekarskich! Co szósty chory przyznaje, że nie widzi powodu, by kontynuować kurację, skoro dobrze się czuje. A ponieważ sama świadomość konieczności bezterminowego leczenia w wielu wypadkach rzeczywiście pogarsza samopoczucie pacjenta, mamy gotową odpowiedź, dlaczego tyle osób odstawia leki na własną rękę.
– To w dużej mierze wynika z paternalistycznego sposobu postrzegania przez lekarzy relacji z chorymi: ja wiem najlepiej, a ty rób, co ci każę – twierdzi prof. Przemysław Kardas, kierownik Zakładu Medycyny Rodzinnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, który nadzoruje wspomniany Program ABC (pierwszy i jak dotychczas jedyny z dwóch projektów zdrowotnych koordynowanych przez polską instytucję naukową, w ramach 7 Programu Ramowego Unii Europejskiej).
Gdy kilka lat temu prof. Kardas próbował uwrażliwić na ten problem lekarzy rodzinnych, nie byli przekonani, że warto się tym zajmować – najważniejsze to dobrze rozpoznać chorobę i dobrać leczenie, a pacjent ma robić to, co mu zalecono. – Przy takim podejściu nikt nie bierze pod uwagę, co dzieje się w zaciszu domowym. Przecież nawet w szpitalach pacjenci potrafią zgromadzić zapas wydanych im w trakcie pobytu tabletek i na koniec wręczają je ordynatorowi w woreczku lub z dumą pokazują rodzinie.
Ogłoszony w 2010 r. raport Fundacji na rzecz Wspierania Rozwoju Polskiej Farmacji i Medycyny ujawnił, że co dziesiąty pacjent wychodzący z gabinetu wyrzuca receptę, którą wręczył mu lekarz! Można zapytać, po co w takim razie tam poszedł, skoro od razu mógł skorzystać z porad doktor Goździkowej lub doktora Google’a?
Pacjent lekarzem
Blisko połowa pacjentów odstawia leki, gdy tylko zauważy poprawę samopoczucia. Tak dzieje się najczęściej podczas stosowania antybiotyków, które powinny być przyjęte w całej zaleconej dawce, choć zwykle już po dwóch–trzech dniach czujemy się lepiej. Nadciśnieniowcy mają sumiennie przyjmować swoje leki bez względu na wartości ciśnienia, tylko jak ich do tego przekonać, skoro nie czują dolegliwości?
Prof. Witold Tłustochowicz, krajowy konsultant w dziedzinie reumatologii, również u swoich pacjentów zauważa przemożną chęć do samodzielnego modyfikowania leczenia, zwłaszcza w sanatoriach, gdzie miłe towarzystwo, czyste powietrze i bezpłatne zabiegi działają kojąco na psychikę, choć niekoniecznie leczą chore stawy. Leki zalecone
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

