Piotr Sarzyński
17 lutego 2012

Rozmowa z Nicolasem Grospierre’em

Architektury nie trzeba przekonywać

Dla mnie modernizm, a szczególnie modernizm w architekturze, jest ucieleśnieniem najbardziej szlachetnej idei w dziejach ludzkości – postępu - mówi Nicolas Grospierre, laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie sztuk wizualnych.

Piotr Sarzyński: – Zanim porozmawiamy o sztuce, ustalmy pewne fakty biograficzne. Jest pan Szwajcarem czy Francuzem?
Nicolas Grospierre: – W Szwajcarii się tylko urodziłem. Mój ojciec jest Francuzem, matka – Polką. Do 22 roku życia mieszkałem w Paryżu. Wychowywałem się w kulturze francuskiej, ale od dzieciństwa miałem też kontakty z Polską. W domu z matką rozmawialiśmy w jej ojczystym języku, jako dziecko często jeździłem do Polski na wakacje. Nawet na maturze jako jeden z przedmiotów zdawałem język polski. Jedna z moich prac magisterskich dotyczyła kwestii inteligencji i jej zmian w postkomunistycznej Polsce, a druga – roli KRRiT w budowaniu demokracji w Polsce.

W początkach pana drogi zawodowej nic nie wskazywało na dalszą karierę artystyczną.
To prawda. Najpierw skończyłem studia politologiczne w Paryżu, później studiowałem w London School of Economics. Po studiach, ze względu na zainteresowania zawodowe i rodzinę, miałem ochotę popracować w Polsce. Ciekawa oferta przyszła z Canal Plus. Myślałem, że ta przygoda potrwa dwa–trzy lata. A trwa do dziś.

Poszedł pan w ślady siostry.
A dokładnie siostry przyrodniej, Nicole. Tak, ona przyjechała do Polski na chwilę pod koniec lat 70. Miała tu odpocząć przez parę miesięcy. I została. Ma czworo dzieci i dwoje wnuków, a jej mężem jest znany muzyk alternatywny Słoma Słomiński. Do dziś wiodą na wsi taki neohipisowski tryb życia.

Domyślam się, że w Canal Plus wytrzymał pan niedługo.
Zdziwi się pan, ale zostałem tam na ponad 10 lat, odszedłem ostatecznie dopiero w 2009 r. Fakt, że tylko rok wytrzymałem na pełnym etacie, a później na pół, a nawet ćwierć etatu. Szybko zdałem sobie sprawę, że praca w firmie komercyjnej to nie dla mnie. Na początku miałem nadzieję, że koncern medialny da mi szansę, by przekazać coś ludziom. Ale do tego trzeba być dziennikarzem, a nie urzędnikiem – trybikiem w wielkiej maszynie. Szefowie poszli mi jednak bardzo na rękę, a ja starałem się sumiennie wypełniać obowiązki i godzić swą funkcję sekretarza rady nadzorczej z fotografowaniem.

Jest pan znany z fotografowania architektury, ale zaczynał pan od portretowania ludzi.
Mój pierwszy projekt polegał na sfotografowaniu członków społeczności w Kamionce, do której należała też moja siostra z rodziną. Postawiłem sobie utopijne założenie: wierzyłem, że moimi zdjęciami wpłynę na to, by grupa znów się zintegrowała. Sfotografowałem wszystkich z osobna, a później – wspólnie. Na zakończenie była wprawdzie wielka, wspaniała, wspólna balanga, ale mój pomysł okazał się nierealny. Nie pociągnął za sobą żadnych konsekwencji na poziomie tożsamości grupy. W tym sensie był rozczarowujący. Ale artystycznie chyba się udał. Później moje zdjęcia były pokazane na wystawie w Teatrze Academia, a Dorota Jarecka z „Gazety Wyborczej” napisała bardzo przychylną recenzję.

I to pana ośmieliło, by działać dalej.
Zostałem dostrzeżony. Zabrałem się więc za drugi projekt. Dotyczył społeczności więźniów i strażników. O ile osadzonych nie było trudno przekonać do pozowania, o tyle ze strażnikami było to niemal niemożliwe. Co dwa tygodnie, przez cały rok, jeździłem z Warszawy do krakowskiego więzienia, by dokończyć zdjęcia. Ten projekt wyczerpał mnie psychicznie i emocjonalnie, był moment, że znienawidziłem Kraków. I znowu efekt artystyczny okazał się udany, ale na pewno nie równoważył włożonej weń energii.

Mimo to podjął pan jeszcze jedną próbę.
Myślałem tak: w pierwszym projekcie pokazałem ludzi, którzy wybrali wolność, w drugim – tych, którzy ją tracili wbrew swej woli, choć z własnej winy. W trzecim chciałem skupić się na tych, którzy dobrowolnie skazują się na izolację i ograniczenie wolności – na mieszkańcach złotych gett, czyli grodzonych osiedli. Jednak przekonywanie ich do pozowania było już ponad moje siły i zrezygnowałem. Zająłem się więc architekturą, która się nie rusza i nie trzeba jej namawiać do pozowania.

A uściślając: architekturą modernistyczną. Skąd ten wybór?
Dla mnie modernizm, a szczególnie modernizm w architekturze, jest ucieleśnieniem najbardziej szlachetnej idei w dziejach ludzkości – postępu. Niestety, ta idea poniosła porażkę, ale przegrana nabrała pewnej szlachetności właściwej upadłym ideałom. To mnie bardzo wzrusza, zarówno w warstwie estetycznej, jak i ideologicznej. Moje prace mogą być odbierane jako forma krytyki modernizmu, ale muszę zaznaczyć, że nie jest to krytyka wynikająca z niechęci. To raczej konstatacja, próba pokazania, że coś się zepsuło. Albowiem z ideami postępu się utożsamiam, wierzę w nie i tęsknię za nimi.

Czasami wybór tematu wydaje się oczywisty, jak np. zewsząd nas otaczające bloki z wielkiej płyty czy biurowce typu Lipsk. Ale np. skąd pomysł uwieczniania przystanków autobusowych na Litwie?
Z przypadku, z uważnego przyglądania się otoczeniu. Na Litwie byłem z żoną na urlopie. Podróżując zauważyłem ciekawy modernistyczny przystanek. Później drugi, trzeci, a każdy inny. Pomyślałem: to temat wart sfotografowania. Podobnie było, gdy w 2000 r. podróżowałem po Syberii i natknąłem się na monumentalną architekturę radziecką.

Formalnie pańskie prace bardzo kojarzą się z tzw. szkołą düsseldorfską. Jej twórcy Hilla i Brend Becherowie też tworzyli cykle fotografii pokazujących a to silosy, a to wieże ciśnień, a to kopalniane szyby. To świadome naśladownictwo?
Całkowicie świadome. Jeszcze podczas studiów w Londynie obejrzałem dwie wystawy. Pierwszą, właśnie z pracami Becherów, a drugą – z fotografiami ich słynnego ucznia Andreasa Gurskyego. Obie zrobiły na mnie ogromne wrażenie i bardzo mi odpowiadał ten sposób myślenia o fotografii – chłodny, obiektywny, porządkujący. To powoduje, że odbieram architekturę na poziomie stosunkowo powierzchownym – patrzę na nią jak na bryłę i nie wnikam w jej liczne konteksty urbanistyczne czy społeczne, które skądinąd są przecież ważne. Nie pytam, gdzie stoją budynki, kto w nich mieszka lub pracuje, jak się ci ludzie czują, jak architektura kształtuje ich postawy. Wystarcza mi aspekt estetyczny i to, co z niego wynika.

A wydawać by się mogło, że studia politologiczne i socjologiczne jakoś będą obecne w pańskiej fotografii.
Ależ są, tylko w innym wymiarze. Studia nauczyły mnie myślenia strukturami, porządkowania materiału, precyzji. Dlatego w swych pracach zawsze bardzo dbam o to, by ich przesłanie było wyraźne, a to, co robię – klarowne i zrozumiałe. Oczywiście bywają prace mniej lub bardziej poetyckie, ale zawsze próbuję je zdefiniować na własne potrzeby racjonalnym językiem, tak by moje idee były czytelne dla odbiorcy.

 

Racjonalny, introwertyczny, zdystansowany, elegancki, wyrafinowany esteta... Nie tak ludzie zazwyczaj wyobrażają sobie twórcę.
To trafny opis, choć muszę go nieco ocieplić. Otóż mimo tych wszystkich cech uważam, że

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]


Polityka on Facebook

 

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną