szukaj
Świadek Katynia
Świadek specjalnego znaczenia
Niemcy nadawali rozgłos zbrodni katyńskiej, przywożąc na jej miejsce świadków o głośnych nazwiskach – m.in. byłego premiera Polski Leona Kozłowskiego. Fragmenty jego relacji, które dotarły do autora tego artykułu przez łańcuch pośredników, mogą rzucić na sprawę katyńską nowe światło.
Leon Kozłowski, premier rządu Rzeczypospolitej w latach 1934-1935
Wikipedia

Leon Kozłowski, premier rządu Rzeczypospolitej w latach 1934-1935

Podana przez Niemców w kwietniu 1943 r. informacja o odkryciu grobów katyńskich wywołała w świecie szok i spowodowała daleko idące reperkusje polityczne, których skutki trwają do dziś. Propaganda niemiecka nadała sprawie wielki rozgłos. Cele tej akcji były oczywiste. Chodziło o odwrócenie uwagi od własnych zbrodni, przede wszystkim ostatecznej zagłady europejskich Żydów, o czym informacje coraz częściej docierały do światowej opinii publicznej. Niemcy mieli też nadzieję, że dzięki ujawnieniu zbrodni katyńskiej uda się, jeśli nie rozbić, to przynajmniej osłabić koalicję mocarstw zachodnich i Rosji Sowieckiej. Ponieważ rzecz dotyczyła oficerów polskich, w sposób oczywisty uwaga skupiła się na Polsce.

Niemiecka akcja propagandowa przygotowana została bardzo starannie. Już w pierwszych dniach kwietnia kilkunastu osobistościom polskim z terenów Generalnej Guberni przedstawiono relacje o odkryciu grobów, a wkrótce potem zorganizowano wyjazd polskiej delegacji do Smoleńska. W grupie tej byli: przedstawiciel Rady Głównej Opiekuńczej Edward Seyfert, znany pisarz Ferdynand Goetel, dr Tadeusz Pragłowski z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie, robotnik z fabryki Zieleniewskiego Kazimierz Prochownik i inni.

Ponieważ Międzynarodowy Czerwony Krzyż po sprzeciwie Sowietów, wyrażonym poprzez zerwanie stosunków z Polską, nie zdecydował się na powołanie komisji ekspertów, która sprawę katyńską bezstronnie mogłaby zbadać, Niemcy musieli zlecić przebadanie masowych grobów własnym ekspertom. Użyli też do tego celu specjalistów polskich z Polskiego Czerwonego Krzyża. 17 kwietnia wyjechała do Katynia dziewięcioosobowa tak zwana Komisja Techniczna PCK, na czele której stanął znany specjalista medycyny sądowej z Krakowa dr Marian Wodziński. Jednocześnie w Katyniu pracował trzyosobowy niemiecki zespół badawczy profesora medycyny sądowej z Wrocławia Gerharda Buhtza, którego profesor Sengelewicz określił w rozmowie z Józefem Mackiewiczem jako człowieka uczciwego, który nigdy nie podpisałby się pod fałszywą ekspertyzą. 30 kwietnia gościła w Katyniu międzynarodowa komisja lekarska; w jej składzie, obok specjalistów z krajów współpracujących z III Rzeszą, był także niezależny ekspert z Genewy dr François Naville.

Wojna propagandowa

Wszystkie trzy komisje niezależnie od siebie sporządziły raporty, z których jednoznacznie wynikało, kto za zbrodnię ponosił odpowiedzialność. Jednak wobec kategorycznych zaprzeczeń władz sowieckich, a także poważnych wątpliwości, czy wiarygodne są ustalenia dokonane pod pełną kontrolą władz niemieckich, słynących wszak z kłamliwej propagandy, sprawa budziła wśród zachodnich aliantów liczne kontrowersje.

Ponieważ Sowieci po ogłoszeniu przez Niemców komunikatu o odkryciu grobów natychmiast wyparli się jakiegokolwiek związku z tą zbrodnią i odpowiedzialnością za nią obarczyli Niemców, rozpoczęła się propagandowa wojna, w której ważne były osobiste świadectwa możliwie wysoko postawionych autorytetów.

Niemcom zależało zatem przede wszystkim na świadectwie osób, których głos ważyłby w opinii publicznej krajów sprzymierzonych. Dlatego zwozili do Katynia alianckich jeńców, wśród nich polskich.

Drugim frontem propagandowym, na którym wygrywano sprawę katyńską, była polska opinia publiczna. W prasie gadzinowej niemal codziennie publikowano artykuły dotyczące tej zbrodni. Ogłaszano listy zidentyfikowanych ofiar. Do lasku katyńskiego przywożono polskich dziennikarzy. Władysław Kawecki z „Gońca Krakowskiego” przebywał tam przez cały tydzień. Z delegacją polskich robotników z Wilna przyjechał Józef Mackiewicz.

Przywożeni do Katynia Polacy byli w szczególnie niezręcznej sytuacji. To, co mieli okazję zobaczyć, było przerażające i wstrząsające. Wszystkie możliwe poszlaki nie pozostawiały wątpliwości co do sprawców zbrodni. Z drugiej strony nie chcieli być narzędziami niemieckiej propagandy. Stąd też najczęściej odmawiali publicznych komentarzy bądź też starali się być, jak tylko można, lakoniczni. Podpułkownik Stefan Mossor, którego przywieziono do Katynia wraz z grupą polskich oficerów z niemieckich obozów jenieckich, pisał: „Sam fakt zastrzelenia tysięcy oficerów polskich na wiosnę 1940 r. w tym lesie nie ulega wątpliwości. Próbowano nas użyć do propagandy radiowo-prasowej i filmowej, czemu się kategorycznie sprzeciwiłem. Zgodziłem się jedynie na podanie naszych spostrzeżeń do bezpośredniej wiadomości polskim oficerom-jeńcom”.
Publiczne komentarze były jednak bardzo potrzebne Niemcom w toczącej się wojnie propagandowej. I tak zapewne narodził się pomysł przywiezienia do Katynia Leona Kozłowskiego, który od listopada 1941 r. przebywał w Berlinie, internowany tam po przejściu frontu niemiecko-sowieckiego.

Wizyty tej, co ciekawe, nie odnotował w swej szczegółowej relacji o pracy w Katyniu dr Marian Wodziński. Najwyraźniej pobyt byłego polskiego premiera władze niemieckie ukryły przed pracującymi w lesie katyńskim Polakami.

Także Leon Kozłowski nie spełnił zapewne wszystkich oczekiwań niemieckich, gdyż wzmianki o jego pobycie w Katyniu są w gadzinowej prasie nad wyraz lakoniczne. Dwuzdaniowa notka zamieszczona we wszystkich pismach w GG informuje jedynie bezosobowo, że „były premier polski Leon Kozłowski przebywał w ostatnich dniach w Katyniu i był wstrząśnięty widokiem tysięcy niewinnych ofiar stanowiących kwiat polskiej inteligencji”. Wiemy jednak, że udzielił on wypowiedzi dla niemieckiego radia.

Niemcy wiedzieli?

W związku z pobytem Leona Kozłowskiego pojawia się jednakowoż pewien całkowicie nowy sensacyjny wątek. Opiera się on na dość wątłej podstawie źródłowej, jednak pominąć go nie sposób, gdyby bowiem udało się go dowieść, stawiałby on zbrodnię katyńską w zupełnie nowym świetle. Kluczowym świadkiem w tej sprawie jest nieżyjący już profesor geologii Józef Zwierzycki.

Była to nadzwyczaj barwna postać. Zaraz po studiach geologicznych jako młody człowiek wyjechał do ówczesnych Indii Holenderskich – dzisiejszej Indonezji – gdzie po odkryciu złóż ropy naftowej doszedł do stanowiska naczelnego geologa tej holenderskiej kolonii. Tuż przed wojną powrócił do kraju i objął stanowisko zastępcy dyrektora Instytutu Geologicznego. Aresztowany przez Niemców trafił do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, skąd w 1942 r. został wyciągnięty i przeniesiony do Berlina, gdzie umieszczono go w tym samym hotelu, w którym przebywał Leon Kozłowski. Niewątpliwie Niemcy chcieli posłużyć się jego wiedzą w dziedzinie poszukiwań ropy naftowej. Po brawurowej ucieczce z Berlina w końcu 1944 r. do zakończenia wojny ukrywał się w Polsce, po wojnie zaś znalazł się we Wrocławiu, gdzie na tamtejszym uniwersytecie zorganizował wydział geologii.

W czasie pobytu w Berlinie prof. Zwierzycki zaprzyjaźnił się z Leonem Kozłowskim. O swych berlińskich przeżyciach i spotkaniach z Leonem Kozłowskim wiele opowiadał podczas badań terenowych w górach Kaczawskich, które prowadził z czteroosobową grupką studentów w 1948 r.

Był wśród nich dr Leszek Sawicki, który przekazał mi następującą relację:

Pod koniec maja wczesnym rankiem Leon Kozłowski został obudzony i zabrany z domu – bez płaszcza. Okazało się, że przewieziono go na lotnisko i poleciał do Smoleńska.

Po powrocie z Katynia Leon Kozłowski miał opowiedzieć swemu przyjacielowi, że przebywając na miejscu zbrodni, dzięki znakomitej znajomości rosyjskiego, miał okazję wdać się w rozmowy z miejscowymi chłopami. Opowiedzieli mu oni, że w czasie, gdy do Lasku Katyńskiego przywożono polskich jeńców wojennych i tam ich zabijano strzałem w tył głowy – jak wiemy to dziś: działo się to pomiędzy 3 a 15 kwietnia 1940 r. – w położonej nieopodal miejsca zbrodni, a należącej do NKWD willi przebywali jacyś oficerowie niemieccy. Wiadomości tej, jak dotychczas, nie udało się potwierdzić z żadnego innego źródła.

Jednak informacji tej nie można – mimo że pochodzi z trzecich ust – całkowicie odrzucić. Zarówno Niemcy jak i Sowieci włożyli bardzo wiele wysiłku w kamuflowanie i – mówiąc językiem prawniczym – w mataczenie wokół sprawy Katynia. Ponieważ zarówno w czasie trwania wojny jak i później rzecz miała ogromne znaczenie polityczne, świadkom bez ceregieli zamykano usta.

Dla Niemców, rzecz oczywista, wydostanie się na zewnątrz informacji, że o zbrodni swych dawnych sojuszników wiedzieli jeszcze przed wybuchem wojny z ZSRR, byłoby czymś nad wyraz kompromitującym. Taka informacja w ogromnej mierze zniwelowałaby całkowicie efekt propagandowy, który dzięki ujawnieniu zbrodni chcieli uzyskać. Wiadomo, że sprawą właściwego naświetlenia propagandowego sowieckiej zbrodni osobiście zainteresowany był Hitler.

Dla władz sowieckich – konsekwentnie przez kilkadziesiąt lat utrzymujących, że zbrodni tej dokonali Niemcy – jakiekolwiek ujawnienie współpracy ze swym dawnym sojusznikiem byłoby także nad wyraz niewygodne.

Leon Kozłowski przebywał w Katyniu w maju 1943 r., gdy sprawa nabierała dopiero propagandowej i politycznej wagi. Nie można więc a priori wykluczyć, że rozmawiał z kimś, z kim później nikt okazji rozmawiać już nie miał.

Wspólna akcja?

O tym, że zbrodnia katyńska mogła być wynikiem wspólnych uzgodnień między oboma okupującymi Polskę sojusznikami, świadczą też inne poszlaki.

Jesienią 1990 r. w rosyjskim tygodniku „Nowoje Wremia” ukazał się artykuł Sergieja Kuratowa i Aleksandra Poliakowa, którzy przedstawili hipotezę, że mord dokonany na polskich oficerach wiosną 1940 r. był z góry zaplanowaną i skoordynowaną wspólną akcją gestapo i NKWD. Uzgodnienia zapaść miały na naradzie, która w pierwszych dniach marca 1940 r. odbyła się w Krakowie i Zakopanem. (O naradzie tej i wspólnych uzgodnieniach, dotyczących działań przeciw polskiemu ruchowi oporu, pisze też Norman Davies w swej pracy o Powstaniu Warszawskim).

O „konferencjach metodycznych”, organizowanych pomiędzy władzami niemieckimi i sowieckimi, wiemy też z badań Sławomira Dębskiego, autora obszernej monografii „Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939–1941”. Podaje on nawet pewne szczegóły tych spotkań, jednak w konkluzji stwierdza, że jak dotychczas nie znaleziono przekonujących dowodów na powiązanie tych konferencji ze sprawą Katynia.

Wiadomo jednak, że zaraz po jednym z tych spotkań Niemcy rozpoczęli akcję, którą nazwali Ausserordentliche Befriedungsaktion, w skrócie AB, wymierzoną przeciw polskim elitom i inteligencji. W jej wyniku stracono w podwarszawskich Palmirach wcześniej aresztowanych działaczy politycznych i społecznych, wśród nich wieloletniego marszałka Sejmu Macieja Rataja, redaktora „Robotnika” Mieczysława Niedziałkowskiego, a także słynnego biegacza, mistrza olimpijskiego Janusza Kusocińskiego. W sumie, podczas akcji AB trwającej od kwietnia do czerwca 1940 r., zamordowano około 3500 osób, a aresztowano – jak w meldunku do Londynu informował generał Grot Rowecki – ponad 30 tys. Część z nich rozstrzelano, część wysłano do obozów koncentracyjnych.

Podobieństwo tej akcji do zbrodni katyńskiej jest uderzające. I nie chodzi tu tylko o zbieżność czasową. Decyzja o zamordowaniu polskich jeńców wojennych zapadła 5 marca, a zbrodni dokonano w ciągu dwóch pierwszych tygodni kwietnia.

I w jednym, i w drugim przypadku chodziło o starannie wyselekcjonowaną grupę potencjalnych przywódców. Decyzje zapadały w trybie administracyjnym bez jakichkolwiek pozorów śledztwa czy procesu. Zdumiewa także skala obu zbrodni i pośpiech, w jakim ich dokonano.

To, że pomiędzy NKWD a władzami bezpieczeństwa Rzeszy istniała od jesieni 1939 r. do czerwca 1941 r. bliska współpraca, wiadomo z wielu źródeł. Już 28 września 1939 r. zawarty został niemiecko-sowiecki układ „O wspólnych działaniach przeciw polskim agitatorom”. Obok spotkania krakowskiego, o którym piszą Kuratow i Poliakow, odbywały się także inne spotkania między służbami bezpieczeństwa obu reżimów. Wiadomo o takich spotkaniach w Zakopanem i w Krynicy. Z jednego z nich, zimą 1940 r. w Zakopanem, zachowały się nawet fotografie. Kolejna poszlaka to fakt, że wziętych do niewoli polskich szeregowych Sowieci przekazali Niemcom. Wydaje się nieprawdopodobne, by władze niemieckie nie wiedziały o losie kilkunastu tysięcy polskich oficerów.

Wreszcie sprawa, nad którą łamią sobie głowy wszyscy zajmujący się Katyniem. O grobach katyńskich wiedziano już jesienią 1942 r. Ciała odkopali polscy robotnicy z organizacji Todta. Dlaczego Niemcy zwlekali niemal pół roku z ogłoszeniem tej wiadomości i stało się to dopiero w sytuacji, gdy było jasne, że okolice Smoleńska znów przejdą w ręce sowieckie? Czy ta powściągliwość nie brała się stąd, że o zbrodni doskonale wiedziano i dlatego starano się ją ukryć?

Wszystko to – rzecz jasna – jedynie spekulacje oparte na bardzo wątłej bazie źródłowej. Faktem jest, że jak dotychczas nikt nie podjął w tym zakresie szerszych badań. Jeśliby jednak okazało się, że istotnie zbrodnia katyńska dokonana została nie tylko przy aprobacie, ale także za wiedzą władz hitlerowskich Niemiec, i że o fakcie tym przypadkowo dowiedział się Leon Kozłowski, mogłoby to rzucić zupełnie nowe światło na jego dalsze losy.
 

Autor jest historykiem i dyplomatą, w wydawnictwie Znak opublikował książkę o Leonie Kozłowskim.
 

 


 

Teczka premiera
 
Leon Kozłowski to postać tragiczna. Wybitny uczony i polityk zakończył życie w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach w Berlinie, w maju 1944 r. Znalazł się tam, gdy zwolniony z sowieckich więzień przekroczył linię frontu i oddał się w ręce Niemców.

Odszedł w niesławie. Ciążył na nim wyrok śmierci wydany w Buzułuku przez sąd polowy armii polskiej w ZSRR. Wyrok wydany został formalnie za dezercję – choć faktu jego przynależności do wojska nikt nie udowodnił. Szło jednak o coś innego.

W „Polskim Londynie” podejrzewano, że Leon Kozłowski prowadził jakieś rozmowy z Niemcami na temat utworzenia polskiego „quislingowskiego rządu”. I stąd też określenia „polski Quisling” czy „kandydat na polskiego Quislinga”, które przylgnęły do postaci tego pod wieloma względami niezwykłego człowieka.

Jako jedyny wśród polskich premierów czasów międzywojnia nie doczekał się szerszej biografii, a powtarzane na jego temat opowieści opierały się wciąż na tej samej, nad wyraz wątłej, bazie źródłowej.

Postać Leona Kozłowskiego fascynowała mnie od dawna. Nie tylko z uwagi na pokrewieństwo. Leon Kozłowski był starszym bratem mego ojca. Człowiek, którego w przeciągu niespełna pół roku dwukrotnie skazywano na śmierć, który w 1941 r. zdecydował się na niezwykłą ponadtysiąckilometrową podróż przez ogarnięty wojenną paniką Związek Radziecki i samodzielnie przekroczył linię frontu, musiał być kimś nietuzinkowym.

Rozpocząłem kwerendę w archiwach. Poszukiwania wiodły mnie od Berlina, poprzez Londyn, do Moskwy. Korzystałem też obficie z tego wszystkiego, co zachowało się w archiwach polskich. Poszukiwania przyniosły plon niezwykły. Okazało się, że istnieje wiele świadectw i dokumentów stawiających „sprawę Leona Kozłowskiego” w zupełnie nowym świetle. Dzięki odnalezionym dokumentom na wiele pytań udało się znaleźć nową odpowiedź, wiele jednak kwestii nadal pozostaje niewyjaśnionych. Takich właśnie, jak przytoczona tu historia pobytu Leona Kozłowskiego w Katyniu.

W archiwach Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej uzyskałem dostęp do teczki Leona Kozłowskiego. Jednak zgromadzone tam dokumenty dotyczą jedynie pobytu Leona Kozłowskiego w sowieckich więzieniach. O pobycie Leona Kozłowskiego w Berlinie ani o jego podróży do Katynia nie ma ani słowa.

Czy jakiekolwiek materiały, już to niemieckie, już to sowieckie, na ten temat istnieją, możemy się tylko domyślać. Jednak każdy ślad, nawet tak wątły jak ten, o którym tu mowa, wart jest odnotowania, by prawda o jednej z największych zbrodni ubiegłego stulecia była pełniejsza.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj