Sztuka cyfrowej opowieści: Jak powstawał cykl PIONIERZY
Internet zmienił świat mediów. Nie zmieniło się jedno: ludzki głód opowieści. Jak zaspokajać tę starą potrzebę w epoce cyfrowej komunikacji? Prób jest wiele. Również POLITYKA ma tu autorską propozycję.
Paul Hammerton/Flickr CC by 2.0

Czy i kiedy w świecie mediów rozpoczęła się nowa epoka? Niektórzy uważają, że graniczną datą był grudzień 2012 r. Publiczności przedstawiono wtedy efekty operacji „Snow Fall”, multimedialnego projektu „New York Timesa”. John Branch, wytrawny reporter, pół roku pracował nad tematem, szykując opowieść o lawinie, jaka uwięziła zespół narciarzy i snowboardzistów w Górach Kaskadowych w stanie Waszyngton. Tragicznym wydarzeniem, w którym zginęły trzy osoby i w którym uczestniczyli znani sportowcy, żyły w lutym 2012 r. całe Stany Zjednoczone. „New York Times” postanowił opowiedzieć, co się naprawdę wydarzyło, propozycja dziennika wykroczyła jednak daleko poza formułę longform journalism, czyli królewski format używany przez amerykańską prasę do przedstawiania najważniejszych i najciekawszych historii. Polega on na publikowaniu długich tekstów, przygotowywanych przez uznanych autorów często przez wiele miesięcy, olbrzymim nakładem pracy i kosztów.

Podobne zadanie dostał John Branch, przydzielono mu jednak zespół współpracowników, wśród których znaleźli się specjaliści od multimediów, programiści, a nawet fizyk. Dziennikarską opowieść uzupełnili bogatym, oszałamiającym wręcz materiałem ilustracyjnym: filmami, fotografiami, mapkami, symulacjami. Teoretycznie nic już nowego w 2012 r., wszak multimedia znane są od lat 90. XX w. Nowy był sposób integracji tekstu i materiałów multimedialnych, „New York Times” zaproponował po prostu nową jakość, co odkryli od razu czytelnicy – w ciągu tygodnia materiał przeczytały/obejrzały ponad trzy miliony osób. Analitycy mediów ogłosili początek nowej epoki dziennikarstwa, a redakcja i sam John Branch zebrali najważniejsze wyróżnienia, z Nagrodą Pulitzera włącznie.

Uzasadniony zachwyt i entuzjazm nie zdołały jednak przesłonić prozaicznych pytań. Dwa najważniejsze: czy zademonstrowane w projekcie „Snow Fall” fajerwerki można wdrożyć do codziennej praktyki dziennikarskiej? I czy, gdy wygaśnie efekt nowości, nadal przyciągać będą uwagę czytelników? Pierwsza kwestia znalazła odpowiedź bardzo szybko, i to w atmosferze skandalu. Cody Brown, współtwórca programistycznych narzędzi internetowych o nazwie Scroll Kit, pokazał, że efekt techniczny podobny do tego, nad którym wieloosobowa ekipa „Timesa” pracowała przez wiele dni, uzyskać można w ciągu godziny. Każdy, kto ma ciekawą opowieść i dobry materiał ilustracyjny, może być Johnem Branchem. Dziś narzędzie Browna dostępne jest dla użytkowników popularnej platformy blogowej WordPress w formie tzw. wtyczki.

To jednak, że każdy może być Johnem Branchem, nie oznacza, że wszyscy amatorzy, jacy pójdą jego śladem, zyskają podobne zainteresowanie publiczności. Popularna mądrość epoki internetu głosi, że nie potrafimy już czytać długich tekstów. Nicholas Carr w głośnej książce „Płytki umysł” przekonuje, że internet nas ogłupił i uczynił z ludzkich mózgów sieczkę, przez co ludzie stracili zdolność do koncentracji i potrafią jedynie przeglądać krótkie formy medialne – ich kwintesencją są komunikaty na Twitterze o długości do 140 znaków. Oczywiście najbardziej zagrożona „cyfrową demencją” (to pojęcie ukute przez niemieckiego neurofizjologa Manfreda Spitzera) jest młodzież, przyspawana do swych ekranów od najwcześniejszego dzieciństwa.

Tezy atrakcyjne i pozornie oczywiste, tylko że mało prawdziwe. W grudniu 2012 r., dokładnie w tym samym czasie, kiedy „New York Times” publikował „Snow Fall”, renomowany amerykański ośrodek badawczy PewResearchCenter ogłosił raport z badań nad nawykami czytelniczymi w epoce smartfonów. Okazało się, że badani wcale nie dokonali skoku do wirtualnej rzeczywistości i nadal chcą tego, czego chcieli czytelnicy w epoce Balzaka i Dickensa: czytać długie, porywające teksty. Najlepiej bez zbędnych, przeszkadzających w skupieniu, multimedialnych ozdobników. Co ciekawe, wśród młodzieży odsetek deklarujących, że na swych ekranach chcą doznawać print-like experience, czyli po prostu czytać, był niemal identyczny jak wśród przedstawicieli starszych pokoleń. Przyczyniły się do tego paradoksalnie smartfony, których coraz lepszej jakości ekrany umożliwiają wygodne czytanie nawet książek. Szybko okazało się więc, że oszałamiający „Snow Fall” nie otworzył wcale nowej epoki w dziennikarstwie, tylko zainicjował zalew multimedialnych historii, oferowanych przez kolejne redakcje i konkurujących z nimi amatorów uzbrojonych w narzędzia takie jak Scroll Kit. Nawet lider zmiany „New York Times” dostrzegł efekt nazwany „Snow Fall fatigue”, polegający głównie na tym, że rzadko która z multimedialnych historii znajdowała czytelników na tyle zaangażowanych, by dotarli do końca opowieści, klikając po drodze na wszystkie cyfrowe fajerwerki.

Nowojorski dziennik nie poddał się jednak i po prostu systematycznie pracuje nad sztuką cyfrowych opowieści, wspólnie ze swymi czytelnikami odkrywając, jakiego typu uzupełnienia rzeczywiście wzbogacają odbiór historii, a jakie są jedynie niepotrzebnym zakłóceniem, odciągającym od zasadniczej treści. Ciągle jednak jesteśmy na początku drogi, na której zapewne nieraz jeszcze ze zdumieniem odkrywać będziemy oczywistą oczywistość: technika, nawet najbardziej wyrafinowana, nie zastąpi tego, co najważniejsze – dobrej opowieści. A o regułach jej tworzenia pisał już Arystoteles w „Poetyce” i trzeba przyznać, że jego dzieło nie straciło aktualności.

Wszystko zatem już było? Niezupełnie. O ile nie zmienia się ludzki głód ciekawych historii, o tyle zmienia się sama rzeczywistość – niektórych jej aspektów nie sposób po prostu wyrazić za pomocą tradycyjnej narracji. Przekonali się o tym na początku XX w. twórcy nowej fizyki, teorii względności i mechaniki kwantowej. Wyszło wówczas na jaw, że za pomocą pojęć codziennego języka nie sposób wyrazić stanów mikrocząstek funkcjonujących w korpuskularno-falowym dualizmie. Oczywiście nie brakuje dobrych popularnonaukowych książek i artykułów, próbujących wyjaśnić tajniki rzeczywistości ukrytej za współczesnymi teoriami naukowymi. Niemniej jednak są one tylko przybliżeniami, dzięki którym można rozmawiać o fizyce czy kosmologii w towarzystwie, raczej jednak bez zrozumienia istoty tematu.

Z tymi ograniczeniami klasycznej narracji nie może się pogodzić Karol Jałochowski, który w dziale naukowym POLITYKI próbuje przedstawiać najbardziej zawiłe koncepcje współczesnej nauki: od teorii umysłu Daniela Dennetta, przez stany splątane cząstek elementarnych, po kryptografię. Każdy podejmowany przez niego temat to wyzwanie zarówno autorskie, jak i redakcyjne. Szczęście jednak sprzyja przygotowanym – w chwili gdy już wydawało się, że nasz autor dotarł do granicy narratorskich możliwości, w sukurs przyszła technika.

Rewolucyjny wręcz postęp w rozwoju cyfrowych mediów umożliwił pojawienie się nowej formy pracy, zwanej z angielska backpack journalism. Plecak Karola Jałochowskiego, z obowiązkowym dla każdego dziennikarza laptopem, szybko wzbogacił się o kilka cyfrowych kamer, obiektywy, diodowe oświetlenie, mikrofony – to, co jeszcze kilkanaście lat temu wypełniłoby wóz transmisyjny, dziś można zmieścić w jednej torbie i ruszyć w świat. Tak też uczynił nasz dziennikarz, z pomysłem banalnie prostym i szalonym jednocześnie. Kto lepiej opowie o tajemnicach współczesnej nauki niż jej najwybitniejsi twórcy?

Dotarcie do takich postaci, jak słynny filozof umysłu Daniel Dennett, bardzo pilnujący swej prywatności, czy noblista Roy Glauber, ostatni żyjący uczestnik Projektu Manhattan, to jedno (walnie w tym pomógł National University of Singapore, gdzie Karol Jałochowski przebywał na stypendium). Jak spotkanie zmienić w poruszającą opowieść? Odpowiedzią Karola Jałochowskiego jest autorska formuła eseju filmowego. To formuła bardzo intymna: po jednej stronie staje bohater, źródło opowieści, po drugiej autor-dziennikarz od początku do końca samodzielnie realizujący dzieło: wstępna dokumentacja, scenariusz, plany zdjęciowe, nagrania dźwięku, w końcu montaż i postprodukcja są dziełem jednej osoby.

Johnowi Branchowi towarzyszył wieloosobowy zespół techniczny, Karol Jałochowski realizuje swoje tematy samodzielnie, co jednak nie wynika jedynie z mniejszej zasobności POLITYKI. Taka formuła pozwala na pełną twórczą kontrolę nad procesem, w którym równie ważna, jak zrozumienie tematu, jest znajomość zasad kompozycji obrazu i techniki oświetlenia planu. Lata intensywnej pracy i nauki przyniosły efekty w postaci filmów o Royu Glauberze i bombie atomowej, Danielu Dennetcie i umyśle, fizyku Julianie Barbourze i koncepcji czasu.

Oczywiście nie będziemy pochopnie ogłaszać, że znaleźliśmy receptę na przyszłość dziennikarstwa. Podejście Karola Jałochowskiego jest unikatowe. Z jednej strony potwierdza, że w epoce cyfrowych mediów potencjalnie każdy może być dziennikarzem, i to pracującym w formatach, jakie do niedawna zarezerwowane były dla najbogatszych mediów, jak międzynarodowe sieci telewizyjne. Jednocześnie jednak potwierdza prawdę, że choć każdy dziś może mieć techniczną możliwość medialnej wypowiedzi i jej upowszechnienia, to nie każdy ma rzeczywiście coś do powiedzenia. Nawet najbardziej zaawansowana technika nie czyni sama opowieści. Świadomie użyta przez kompetentnego twórcę może tej opowieści dodać głębi i temperatury.

Dziś nie tylko tematy naukowe domagają się nowych form wyrazu. W podobny sposób zmienia się rzeczywistość społeczna. Socjologowie i antropologowie zaczynają mówić o bezczasowym czasie, przestrzeni przepływów, wirtualności rzeczywistej i rzeczywistości hybrydowej. Nawet proponują precyzyjne definicje tych pojęć. Jak jednak za ich pomocą opowiadać o kondycji współczesnego człowieka, która podobnie jak kondycja cząstek elementarnych coraz bardziej oddala się od możliwości wyrazu codziennego języka?

To w odpowiedzi na to pytanie jawi się przyszłość dziennikarstwa. Czytelnicy, widzowie, słuchacze niezmiennie oczekują ciekawych historii o zmieniającym się świecie. Potrzebę tę coraz trudniej zaspokajać wobec rosnącej złożoności rzeczywistości. Na szczęście – jak pokazuje Karol Jałochowski i inni twórcy cyfrowego dziennikarstwa – nie jesteśmy bezradni. Przeciwnie. Byle w fascynacji nowymi możliwościami technicznymi nie zapomnieć o tym, co najważniejsze. Żeby mieć dobrą opowieść.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj