Unia energetyczna: jednak bez wspólnych zakupów gazu
Energia Tuska
Komisja Europejska przyjęła w środę strategię utworzenia unii energetycznej, która ma wzmocnić bezpieczeństwo energetyczne krajów UE. To realizacja projektu, z którym wystąpił Donald Tusk w czasach, gdy kierował polskim rządem.
Deyan Georgiev/PantherMedia

Pomysł byłego premiera zakładał energetyczną integrację UE, zwłaszcza w zakresie dostaw gazu, bo w tej dziedzinie nasze lęki są od dawna największe. Boimy się, że Rosjanie zakręcą nam kurek, co wobec konfliktu na Ukrainie jest ciągle realne. Właśnie Kreml znów ostrzegł, że odetnie Ukrainie dostawy i odbiorcy europejscy mogą ucierpieć.

Chodzi nam też o to, by Rosjanie nie rozgrywali poszczególnych krajów UE: jednym grozili zakręceniem kurka, a innym sprzedawali gaz po promocyjnych cenach. Dlatego jedna z propozycji planu Tuska zakładała wspólne negocjacje i zakupy rosyjskiego gazu. Ten punkt planu unii energetycznej okazał się najtrudniejszy do przeprowadzenia. Kraje mające lepsze stosunki z Gazpromem i tańszy gaz nie chcą negocjować transakcji wspólnie z krajami, które mają z Moskwą na pieńku. Solidarność solidarnością, a każdy kraj dba o interesy własnej gospodarki.

Dlatego propozycja na razie ogranicza się do zmiany zasad dotyczących zawierania przez kraje UE umów z dostawcami energii, tak by KE kontrolowała je jeszcze przed podpisaniem. Przyjęta strategia przewiduje też rozbudowę połączeń energetycznych między krajami, dywersyfikację źródeł energii i dróg przesyłu, opracowanie planów europejskich i regionalnych na wypadek kryzysu energetycznego. Teraz strategią unii energetycznej zajmie się Parlament Europejski.

Projekt unii energetycznej jest więc nową wersją polityki energetycznej UE. Komisja Europejska od dawna dąży do większej integracji między krajami UE, starając się wprowadzić „piątą swobodę” (po swobodzie przepływu ludzi, towarów, usług i kapitału) – swobodnego przepływu energii ponad granicami. Paradoks polega jednak na tym, że Polska była długo niechętna tego typu integracji. Żyliśmy w przekonaniu, że bezpieczeństwo energetyczne możemy sobie zapewnić sami, a budowa połączeń transgranicznych ułatwia tylko niekontrolowany napływ do nas gazu, energii elektrycznej, paliw. Formalnie będą one płynąć z Zachodu, ale tak naprawdę ze Wschodu, bo za tym napływem stać będą podejrzane firmy, kto wie, czy nie z kapitałem rosyjskim. Te lęki były nakręcane przez państwowe koncerny energetyczne, obawiające się zagranicznej konkurencji. Bo energia w Polsce jest coraz częściej droższa niż w innych krajach UE.

Szczytem tej schizofrenii był projekt „paktu muszkieterów”, z którym występował premier Kazimierz Marcinkiewicz w czasach rządu PiS. Domagaliśmy się gwarancji dostaw gazu w przypadku, gdyby Rosjanie je nam odcięli, przy jednoczesnej niechęci do budowy połączeń, którymi gaz ten można byłoby przetłoczyć. Na szczęście od tamtego czasu wiele się zmieniło. Lekcję odrobiliśmy i mamy już na tyle rozbudowane połączenia gazowe, by móc większość potrzebnego gazu sprowadzić z innego kierunku niż wschodni. Ale w wielu innych sprawach energetycznych – jak na przykład w sprawie węgla – wciąż nam z UE nie po drodze.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj