Ponieważ kontakt dziennikarzy z policją nie należy dziś do najłatwiejszych – ta swoją wiedzę dozuje dość oszczędnie – tym razem więc zapytam przy otwartej kurtynie.
Marek Falenta pomagał przejmować rosyjskiej firmie rynek handlu węglem. Rosjanie byli nim zachwyceni. Teraz zapadł się pod ziemię, niemrawo ścigany przez policję.
Skazany na 2,5 roku odsiadki główny organizator podsłuchiwania polityków złożył wniosek o wstrzymanie jej wykonania ze względu na stan zdrowia.
W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” główny organizator podsłuchowego procederu przyznaje, że odwiedził górniczą firmę KTK na Syberii. Zaprzecza przy tym, że przekazał Rosjanom nagrania podsłuchanych polityków. Ale mało przekonująco.
Nie ma w Polsce instytucji, która byłaby w stanie wyjaśnić tę aferę. Pozostaje komisja śledcza, która ma ten atut, że może odsłonić jej ponure, sięgające Rosji kulisy.
Wyrok, jaki zapadł w sprawie Marka Falenty i innych, jest precedensowy, bo sąd orzekł wyższą karę, niż chciał prokurator. Ale to jeszcze nie koniec, a jedynie pierwsza odsłona procesu.
Źle, że czas płynie, a właściwie nic o sprawie rzekomego podsłuchiwania premiera nie wiemy. Trudno uwierzyć, by zakrojone na tak szeroką skalę przedsięwzięcie organizowała jedna osoba, jakiś podejrzany biznesmen drugiego sortu.
ABW po ostatniej publikacji „Gazety Wyborczej” stała się głównym podejrzanym w aferze taśmowej.
Biznesmen od podsłuchów w warszawskich restauracjach, jak ujawniła „Gazeta Wyborcza”, był osobowym źródłem informacji zarówno ABW, jak i CBA oraz CBŚ. Można rzec agent obrotowy.
Premier Donald Tusk przedstawił w Sejmie pierwszą interpretację afery podsłuchowej: to scenariusz pisany cyrylicą, godzący w bezpieczeństwo energetyczne Polski, a szczególnie w przemysł węglowy. Dowodów na razie nie ma, ale są poszlaki. Postanowiliśmy je zbadać.