Zamek skazany na sztukę
Zasoby namysłowskiej składnicy pozostają zagadką.
Zamek w Namysłowie
Bartek Sadowski

Zamek w Namysłowie

W zamkowych salach przechowywane były skrzynie pełne dzieł sztuki.
Bartek Sadowski

W zamkowych salach przechowywane były skrzynie pełne dzieł sztuki.

Dziedziniec zamku w Namysłowie
Bartek Sadowski

Dziedziniec zamku w Namysłowie

Albrecht Haselbach spokojnie spakował zabytki, które od lat gromadził w zamku w Namysłowie. Wojna podchodziła coraz bliżej do miasta, na spokojny do tej pory Dolny Śląsk parła od wschodu Armia Czerwona. Haselbach był przedstawicielem trzeciego pokolenia rodziny, która przybyła z Bawarii i zasłynęła z produkcji znakomitego piwa. Albrecht odziedziczył majątek w 1937 roku. Życie dzielił pomiędzy zarządzanie browarem leżącym tuż przy warowni i kolekcjonowanie sztuki. Przywracał również świetność zamkowi, którego początki sięgały XIV wieku, tworzył w nim „rycerską siedzibę”. W komnatach zgromadził największy znany zbiór silesiaków, wedut, grafik i obrazów przedstawiających śląskie krajobrazy. Teraz, w listopadzie 1944 roku, ostatni raz spojrzał na potężne budowle, w których od zawsze łączył pracę z przyjemnościami, wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku Bawarii. Wcześniej zdążył tam już wysłać najcenniejsze eksponaty ze swojej kolekcji. W zamku zostawiał jednak umeblowanie, żyrandole, wyposażenie kuchni i łazienek. Liczył, że wnet wróci na Dolny Śląsk, znajdujący się wówczas jeszcze na terenie Niemiec.

W tym samym czasie właściciele innych rezydencji z tego regionu, a także muzea, kościoły oraz uczelnie usiłowały zabezpieczyć jak najwięcej swoich skarbów. Od kilku miesięcy Günther Grundmann, dolnośląski konserwator zabytków, wysyłał transporty z dziełami sztuki w głąb Dolnego Śląska, uznawanego przez Niemców za wciąż bezpieczny. Setki skrzyń z obrazami, instrumentami, książkami i rzeźbami docierały do pałaców i dworów, niekiedy na plebanie. Tam miały czekać na lepsze czasy.

Listy miejsc, w które wyjeżdżały dokumenty i dobra kultury, zostały odnalezione we Wrocławiu już po wojnie przez pierwszych polskich muzealników. W lecie 1945 roku śladem miejsc składowania zabytków podążyły ekipy rewindykacyjne Naczelnej Dyrekcji Muzeów i Ochrony Zabytków. Znajdowały prawdziwe skarby, m.in. obrazy Matejki w dzisiejszej Przesiece czy archiwa Muzeum Archidiecezjalnego w Henrykowie. Odkrywane w najdziwniejszych miejscach zabytki pobudzały wyobraźnię, szybko musiały zapaść decyzje, co do przyszłości tych depozytów. Polscy muzealnicy zaczęli więc tworzyć składnice. Miały do nich trafiać ruchome zabytki przejęte od Okręgowych Urzędów Likwidacyjnych oraz innych instytucji, m.in. komend Milicji Obywatelskiej. Jedna z takich placówek powstała w zamku Haselbachów w Namysłowie.

Zagadka wyrwanych kartek

– To intrygujące, że więcej wiemy o miejscach, w które wysyłał zabytki Grundmann, niż o polskiej składnicy w Namysłowie. Mam nawet wrażenie, jakby ktoś usiłował zatrzeć jej ślad. W archiwaliach, które przeglądamy, brak często pojedynczych kartek, załączników, wygląda, jakby były wyrwane. Tylko dlaczego? – zastanawia się Marian Muławski z Instytutu Kultury Rycerskiej, który bada historię Namysłowa.

Kiedy Haselbach opuścił zamek, przestał pracować również browar, który ogrzewał cały kompleks. W czasie wojny ciepłe komnaty dały schronienie zagrożonym bombardowaniami zasobom muzeum w Dessau. Suche i przestronne zwróciły uwagę również polskiego już Głównego Urzędu Likwidacyjnego, którego zadaniem było m.in. zabezpieczenie majątków opuszczonych i sporządzanie ich inwentarza. Prawdopodobnie już od 1946 roku, choć z dokumentacji wynika, że równie dobrze mógł to być styczeń roku 1947, pomieszczenia zamku zajęła składnica, którą stworzył tu Stefan Styczyński, artysta plastyk, delegat Ministerstwa Kultury i Sztuki do zabezpieczenia zabytków ruchomych w województwie wrocławskim.

Sytuacja nie była łatwa. Rosjanie, za którymi szły tzw. brygady trofiejne, przetrząsali zajmowane majątki. Pierwsi Polacy, którzy przybyli do Namysłowa, nie potrafili się tu jeszcze odnaleźć. Miasto było zniszczone, brakowało wody oraz prądu, nowi zarządcy potrzebowali fachowców, żeby przywrócić tu życie. Niemal w tym samym czasie, przy pomocy niemieckich inżynierów, Polacy ponownie uruchomili w browarze linię do produkcji piwa o niskiej zawartości alkoholu (niektórzy sądzili, że to oranżada), w zamku zaś zorganizowali odpowiednie miejsca na cenne przedmioty, które muzealnicy ściągali z okolicznych powiatów. Kierowniczką składnicy została Halina Łepkowska-Giecewicz.

Meble i czarownice

W pożółkłych teczkach dotyczących namysłowskiej składnicy znajduje się protokół przekazania ruchomych zabytków z pobliskiego pałacu w Biestrzykowicach, który w XVIII wieku miał tego samego właściciela, co zamek w Namysłowie. Była to rodzina Garnierów, zamożna szlachta, która została na tych ziemiach do 1945 roku.

– Halina Łepkowska-Giecewicz udała się do Biestrzykowic, żeby przewieźć pozostawione tam meble. Na wyposażeniu pałacu były m.in. późnorenesansowe wartościowe szafy, barokowe fotele, stoły i kanapy, empirowe krzesła. Niestety, natrafiła na opór administratora obiektu i dopiero interwencja Styczyńskiego pozwoliła na przewiezienie tych rzeczy do zamku w Namysłowie – mówi dr Dariusz Woźnicki z Instytutu Kultury Rycerskiej.

Wkrótce do dawnej siedziby Haselbachów zaczęły docierać zabytki nie tylko z innych obiektów, ale i cenne pamiątki dotyczące samego Namysłowa.

– Jako że miasto, szczególnie browar zamkowy, znane było z produkcji znakomitego piwa, prawdziwym skarbem okazało się „pozyskanie” rękopisu kroniki Namysłowa z XVIII wieku, czyli z okresu, kiedy zamek należał do Krzyżaków. Rycerze w habitach również warzyli tu piwo, a żywa relacja z tamtych czasów dawała znakomity obraz stosunków między zamkiem, a miastem – mówi dr Woźnicki.

Halina Łepkowska-Giecewicz zabezpieczała również zabytki ze Szczawna-Zdroju oraz z powiatu kamiennogórskiego. Nie wiadomo, dlaczego właśnie ona została oddelegowana do Sławy, gdzie w tamtejszym pałacu znajdowało się słynne archiwum Himmlera, składające się z dokumentów dotyczących procesów czarownic oraz masońskich pism. Z czasem zamek w Namysłowie, jak za dawnych czasów, wypełnił się obrazami, meblami, książkami i instrumentami. Wyposażenie kilkuset majątków zostało zgromadzone w jednym miejscu.

W styczniu 1947 roku status namysłowskiej składnicy się zmienił. Miała być teraz jedną z czterech na Dolnym Śląsku tzw. składnic etapowych i selekcyjnych. Oznaczało to, że właśnie stąd będą wyjeżdżać do Warszawy wybrane zabytki.

Nieoczekiwana zmiana miejsc

W 1947 roku dotychczasową kierowniczkę składnicy wymieniła rekomendowana przez nią koleżanka Natalia Horodyska. Zima w zamku, problemy finansowe i brak opału znacznie spowolniły prace. W Namysłowie zaczął powstawać projekt podziału zgromadzonych dóbr, tak aby stworzyć na ich bazie muzea regionalne. Równocześnie zabytki, w odczuciu przybyłych na te ziemie Polaków nie do końca wartościowe, bo niemieckie, zaczęły rozpraszać się w dość nieoczekiwany sposób. Styczyński uznał, że „trzy portrety kostiumowe z XVII wieku nie przedstawiają większej wartości artystycznej i mogą być przekazane miejscowemu teatrowi jako rekwizyty teatralne”. Przedstawicielka Ministerstwa Obrony Narodowej, kapitan Płoszczańska, wskazała kilka przedmiotów pochodzących ze składnicy w Namysłowie i zażyczyła sobie, żeby zostały przekazane jej resortowi. Muzeum Państwowe (dziś Narodowe) we Wrocławiu poprosiło o przesłanie z zamku „wolnych ram obrazowych” oraz pochodzących z obrazów „zdyskwalifikowanych”. Na otarcie łez po likwidacji namysłowskiej składnicy 14 maja 1949 roku – zabytki pojechały do składnic w pałacach w Bożkowie i w Żelaźnie w pobliżu Kłodzka – w zamku powstało niewielkie ludowe muzeum. Ponad rok później Jerzy Deryng, Barbara Tyszkiewicz, kierownicy pozostałych składnic oraz przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Sztuki podzielili zgromadzone w nich dobra, w tym te z Namysłowa, pomiędzy muzea – 144 pozycje, Związek Historyków Sztuki i Kultury – 300 pozycji oraz Przedsiębiorstwo Państwowe Desa – 103 pozycje.

– W następnych latach kolejne zabytki wywiezione ze składnicy w Namysłowie rozjeżdżały się gdzieś po Polsce – mówi Marian Muławski. – Ich ślady znaleźliśmy m.in. w Kozłówce w województwie lubelskim. W spisach najciekawsze są portrety, które można zidentyfikować, a co za tym idzie przypisać je do konkretnych rezydencji, z których zostały pozyskane. Właśnie w Kozłówce znajdował się portret księżnej kurlandzkiej Dorothei, trzeciej żony księcia kurlandzkiego i żagańskiego Piotra Birona. Obraz ten trafił do Namysłowa, następnie do składnic w Żelaźnie, Kozłówce, a stamtąd do Muzeum Narodowego we Wrocławiu. To jedyny namacalny ślad migracji konkretnego zabytku z namysłowskiej składnicy. Protokoły przekazywania zabytków pomiędzy kolejnymi składnicami były tak enigmatycznie konstruowane, że próba identyfikacji musi być skazana na porażkę. Obawiam się, że to nie przypadek…

Zasoby namysłowskiej składnicy pozostają zagadką. Setki zabytków, które zostały przewiezione do zamku, po prostu zapadły się pod ziemię. Być może z czasem, wraz z rekonstrukcją wydarzeń, uda się również trafić na wyposażenie zamku Haselbachów, które pozostało w Namysłowie jeszcze w powojennych latach. Albrecht Haselbach pewnie chętnie wypiłby za to kufel piwa.

***

Joanna Lamparska
Podróżniczka, pisarka, autorka książek o Dolnym Śląsku i tajemnicach historii.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj