Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Historia

Putin wraca do doktryny Breżniewa. Toczka w toczkę

Władimir Putin Władimir Putin Sputnik / Forum
Nie jest oczywiście tak, że sytuacja w 2022 r. jest powtórką tej sprzed 54 lat, bo nie ma ZSRR ani układu warszawskiego. Ale gdy Putin powiada, że Ukraina nie jest suwerennym państwem, powtarza założenia i cele doktryny Breżniewa.

Mogę się mylić, bo znam tylko część komentarzy na temat agresji Rosji wobec Ukrainy, ale nie spotkałem się z tezą, że jest to aplikacja doktryny Breżniewa, jawnie sformułowanej w październiku 1968 r. Głosiła ona, że suwerenność poszczególnych państw bloku radzieckiego jest ograniczona (stąd nazwa „doktryna ograniczonej suwerenności”) na rzecz interesów całego bloku, czyli w praktyce ZSRR. Oczywiście jego suwerenność nie była ograniczona w jakimkolwiek stopniu, ponieważ z założenia gwarantował on jedność i stabilność układu. W konsekwencji interwencja militarna w państwie wyłamującym się poprzez dążenie do secesji nie może być uznana za agresję, lecz stanowi samoobronę przed wrogimi działaniami wewnętrznymi lub zewnętrznymi. Tak usprawiedliwiano interwencję wojsk układu warszawskiego w Czechosłowacji w sierpniu 1968 r.

Nie jest oczywiście tak, że sytuacja w 2022 r. jest powtórką tej sprzed 54 lat, bo nie ma ZSRR ani układu warszawskiego. Wszelako gdy Putin powiada, że Ukraina nie jest suwerennym państwem i jej ewentualne przystąpienie do NATO stanowi zagrożenie dla Rosji, powtarza toczka w toczkę założenia i cele doktryny Breżniewa, a nawet interwencji na Węgrzech w 1956 r. Nie przeczę, że osobiste cechy i ambicje obecnego rosyjskiego prezydenta i jego białoruskiego odpowiednika odgrywają jakąś (może nawet istotną) rolę w poczynaniach wspieranej przez Białoruś Rosji w zainicjowaniu i przebiegu antyukraińskich poczynań, ale odwołanie do doktryny Breżniewa (czy też jej uwspółcześnionej wersji) wydaje mi się znacznie bardziej adekwatnym wyjaśnieniem. Twierdzę ponadto, że koncepcja ograniczonej suwerenności państw sąsiadujących z Rosją (przynajmniej niektórych – słabszych) ma w rosyjskiej doktrynie politycznej trwałe miejsce przynajmniej od XVIII w.

Czytaj też: Rząd marionetkowy w Kijowie? Sowiecka strategia Putina

Złożone polsko-rosyjskie stosunki

Sprawy odleglejszej historii można wyjaśnić w związku z relacjami polsko-rosyjskimi. Pomijając wcześniejszy okres, stosunki pomiędzy krajami były napięte już w XVI w. w związku z wojnami o ziemie formalnie należące do Wielkiego Księstwa Litewskiego, a zdecydowanie pogorszyły się w kolejnym stuleciu w związku z tzw. dymitriadami, zdobyciem Moskwy przez hetmana Żółkiewskiego, aspiracjami Władysława IV do carskiego tronu (uważał się za cara w latach 1610–35) i wreszcie decyzjami kozackiej Rady Perejesławskiej oddającymi Ukrainę pod opiekę Rosji (skutkowało to m.in. utratą Ukrainy Zadnieprzańskiej przez Polskę).

Wraz ze stopniowym upadkiem Rzeczpospolitej Obojga Narodów Rosja szybko dostrzegła możliwość zdominowania państwa polsko-litewskiego. Mniej więcej od połowy XVIII w. zaczęła wpływać na politykę Polski np. przez działania ambasadorów, a także torpedowanie reform. Ogólną koncepcję destrukcji państwa polskiego zawiera list carycy Katarzyny II do Nikity Panina, ministra spraw zagranicznych Rosji w latach 1763–81. Był on pełnomocnikiem carycy w związku z pierwszym rozbiorem Polski w 1772 r., chociaż sam opowiadał się raczej za protektoratem niż likwidacją Rzeczpospolitej. Caryca instruowała swojego ministra, jak zdemoralizować Polaków, by nie byli w stanie bronić swej niepodległości. Optowała jednak za bardziej radykalnym rozwiązaniem, tj. rozbiorami.

Czytaj też: Złoty most dla Putina

Kura nie ptak, Polska nie zagranica

Królestwo Polskie (Kongresowe) było uważane przez carat za integralną część Rosji, autonomiczną tylko pod pewnymi względami. Wyraził to Aleksander I (carowie nosili też tytuł króla Polski) słowami: „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” (Kura nie ptak, Polska nie zagranica). Po powstaniu listopadowym nastąpiła silniejsza integracja Kongresówki z resztą imperium, a pogląd Rosji na tzw. sprawę polską dosadnie wyraził Aleksander II w 1855 r. słowami „żadnych marzeń, panowie” do grupy Polaków oczekujących od niego jakiejś deklaracji w kierunku liberalizmu. Dodał: „Pomyślność Polski zależy od zupełnego zlania się jej z innymi narodami mojego cesarstwa”.

Chociaż nazwa „Królestwo Polskie” formalnie obowiązywała do końca I wojny światowej, w latach 70. XIX w. pojawiło się określenie Kraj Nadwiślański (Priwislinskij Kraj), początkowo potoczne, potem używane także w dokumentach oficjalnych. Wiązało się to z postępującą rusyfikacją i powrotem do pomysłu Katarzyny II, aby w ogóle wyrugować nazwę „Polska”. Dobrze ilustruje to następujące zdarzenie. W 1904 r. zostało założone Polskie Towarzystwo Filozoficzne we Lwowie. Na inauguracyjnym posiedzeniu Piotr Chmielowski wygłosił odczyt „Kant w Polsce”. Miał być opublikowany w „Przeglądzie Filozoficznym” wychodzącym w Warszawie. Władysław Weryho został wezwany do cenzury, gdzie mu oświadczono, że tytuł jest niewłaściwy, gdyż Polski nie ma. Weryho odpowiedział: „Dobrze, to zmienimy na »Kant w guberni warszawskiej, radomskiej, lubelskiej, augustowskiej i płockiej« – cenzor machnął ręką i zgodził się na pierwotny tytuł.

Z poważniejszego punktu widzenia generałowie Judenicz, Kołczak i Denikin byli gotowi przyjąć pomoc Piłsudskiego w walce z bolszewikami, ale godzili się na państwo polskie w granicach Kongresówki i pod protektoratem Rosji. Można to uznać za wyraźną antycypację doktryny Breżniewa.

Czytaj też: Wiersz pisany w schronie. Zagrać w coś możemy

Kamuflaż pod wodzą Lenina

Lenin wprawdzie deklarował prawo narodów do samostanowienia, ale można to interpretować jako kamuflaż dla zdominowania Europy (lub jej części), tym razem pod sztandarem rewolucji proletariackiej, czego świadectwem może być wojna z Polską w 1920 r. Sytuacja polityczna w świecie sprawiła, że powstały niezależne państwa na terytorium przedwojennej imperialnej Rosji, mianowicie Estonia, Litwa, Łotwa i Polska, aczkolwiek stało się to bez nadmiernego entuzjazmu władzy bolszewickiej. ZSRR nie zrezygnował z odbudowy rosyjskiej strefy wpływów i zrealizował ten plan najpierw w 1939 r. (pakt Ribbentrop-Mołotow), a potem w ramach porządku po II wojnie światowej, uznanego przez aliantów zachodnich. W rezultacie republiki bałtyckie zostały włączone do ZSRR, a kilka innych krajów, w tym Polska, znalazło się w radzieckiej strefie wpływów. Doktryna ograniczonej suwerenności, aczkolwiek sformułowana prawie ćwierć wieku później, faktycznie obowiązywała, o czym świadczą nie tylko interwencje na Węgrzech w 1956 i wspomniana w Czechosłowacji w 1968, ale także okoliczności zgody władz radzieckich na przemiany w Polsce w 1956.

ZSRR nie godził się nawet na tzw. finlandyzację (nazwa od statusu Finlandii po II wojnie, państwa nienależącego do żadnego z dwóch opozycyjnych bloków, tj. „socjalistycznego” i „kapitalistycznego”) w swojej strefie wpływów, o czym świadczy reakcja na zapowiedź Imre Nagya (Węgry, 1956) wystąpienia z układu warszawskiego i żądanie (1968), aby Czechosłowacja wyraźnie zadeklarowała pozostanie w tym sojuszu.

Finlandyzacja była zresztą horyzontem politycznym wyznaczającym myślenie opozycji w Polsce o międzynarodowym statusie kraju, w szczególności w okresie „Solidarności”, a także architektów (nierządowych) Okrągłego Stołu. Niewykluczone, że to miał także na myśli Zbigniew Brzeziński, gdy na przełomie czerwca i lipca 1989 r. (czyli już po wyborach czerwcowych) powiedział na spotkaniu na Uniwersytecie Jagiellońskim: „Teraz czeka was długi okres koegzystencji z komunistami”.

Raczej doktryna Breżniewa niż Sinatry

Zwrócę uwagę na pewien niesłusznie (przynajmniej do pewnego stopnia) niedoceniany aspekt pierestrojki Gorbaczowa. Ten na pewno bardzo ważny epizod polityczny jest często oceniany jako odejście od doktryny Breżniewa. To oczywiste, że umożliwił tzw. jesień ludów w latach 1989–90. Pamiętając słowa Brzezińskiego, tempo zmian w tych dwóch latach było niespodziewane, w szczególności porażka komunistów w Polsce w czerwcu 1989 r. nie wskazywała, że proces rozpadu obozu radzieckiego będzie tak szybki, jak to faktycznie miało miejsce.

W kontekście międzynarodowym ważne było to, że śladem Polski poszły inne kraje demokracji ludowej, a szczególnie istotnym elementem stało się zjednoczenie Niemiec w 1990 r. Nie wiadomo, czy ZSRR był w stanie interweniować zbrojnie, aby zapobiec tym przemianom, nawet jeśli były takie projekty. Równolegle pojawiły się dążenia separacyjne i niepodległościowe w poszczególnych republikach radzieckich, najsilniejsze w krajach bałtyckich, Białorusi, Gruzji i Ukrainie. Litwa ogłosiła deklarację niepodległości w marcu 1990 r. „Moskiewscy” komandosi próbowali rzecz rozwiązać siłowo w styczniu 1991, ale akcja nie zakończyła się powodzeniem. Gorbaczow starał się zapobiec kryzysowi politycznemu poprzez reformy gospodarcze, ale i to nie wypaliło.

Pomijając rozmaite szczegóły (np. kolejne deklaracje niepodległości, pucz moskiewski z sierpnia 1991 mający restytuować dawny model radziecki), ostateczny rozpad ZSRR nastąpił w grudniu 1991 r. – w jego miejsce powstała Wspólnota Niepodległych Państw, niezbyt określony twór z Rosją (dokładnie Federacją Rosyjską), sam Gorbaczow ex post uznał rozpad ZSRR za zdarzenie niepomyślne w historii Rosji, a także pochwalił aneksję Krymu w 2014 r. Można zatem sądzić, że pierestrojka była przedsięwzięciem okazjonalnym, mającym doprowadzić do wzmocnienia imperium radzieckiego, a nie do jego dezintegracji. Mylą się ci, którzy uważają, że następcy Gorbaczowa, zwłaszcza Putin, zaakceptowali tzw. doktrynę Sinatry (od piosenki „My Way”), która przyznawała byłym krajom satelickim pójście „my way”, czyli własną drogą. Agresja Rosji wobec Ukrainy świadczy o tym, że doktryna Breżniewa „wiecznie żywa”, a nawet zradykalizowana, skoro Putin grozi „poważnymi” konsekwencjami Szwecji i Finlandii, gdyby i te wstąpiły do NATO.

Moskwa to trzeci i ostatni Rzym

Na początku XVI w. prawosławny mnich Filoteusz głosił, że Moskwa jest trzecim Rzymem, a czwartego już nie będzie. Miał na myśli to, że prawosławie jest właściwym chrześcijaństwem, ale później (do 1917) koncepcja „ostatniego Rzymu” była używana do usprawiedliwienia ekspansywnej polityki rosyjskiej. Czysto religijne treści nauki Filoteusza były kontynuowane przez ruch słowianofilski, powstały w XIX w. i głoszący ideę świętej Rusi, którą carska Rosja miała ucieleśniać. Słowianofilów inspirował romantyzm, opowiadali się za umiarkowanymi reformami demokratycznymi. Uważali, że narody słowiańskie mogą żyć w pokoju oraz że przywództwo rosyjskie jest w stanie to zagwarantować.

Równocześnie słowianofilstwo radykalnie występowało przeciw przeszczepianiu kultury zachodniej na teren świętej Rusi (w związku z tym krytykowali reformy Piotra I). To także nic nowego w historii Rosji. Ponoć Kutuzow, głównodowodzący wojskami rosyjskimi w wojnie z Napoleonem, prosił (a nawet błagał) Aleksandra I, aby batalię zakończyć po wyparciu Francuzów za Niemen (granicę na mocy pokoju w Tylży zawartego w 1807), gdyż świat zachodni jest obcy duchowi Rosji. Car, wiedziony interesem polegającym na restytucji granic swojego imperium po rozbiorach Polski, zdecydował inaczej.

W miarę upływu czasu ruch słowianofilski nabierał coraz wyraźniejszych cech politycznych m.in. z powodu polemiki z tzw. okcydentalizmem, reprezentowanym przez zapadników, tj. zwolenników zbliżenia Rosji do Zachodu. O ile okcydentaliści wiele uczynili w sferze kultury, o tyle ich program polityczny, tj. wprowadzenie w Rosji typowej demokracji liberalnej, nigdy nie został podjęty. Wprawdzie bywały mniej lub bardziej prozachodnie tendencje od Rosji carskiej poprzez ZSRR do czasów obecnej Federacji Rosyjskiej, ale tenor polityczny był zawsze bardziej „słowianofilski” niż „okcydentalistyczny”, niezależnie od tego, czy był uzasadniany religijnie, czy nie. W ostatnim zdaniu zastosowałem cudzysłowy, gdyż trudno mówić o przetrwaniu oryginalnego słowianofilstwa czy okcydentalizmu w szeroko rozumianej praktyce społeczno-politycznej Rosji po 1917 r.

Czytaj też: Święty PiS na wojnie, nie tykać

Zachód na Wschodzie, Wschód na Zachodzie

Aleksander Zinowiew, wybitny logik, dysydent w czasach ZSRR, napisał w jednej ze swoich prac politycznych, że Ibańsk (tak niezbyt elegancko nazywał ZSRR) jest okrążony przez Zachód ze wszystkich stron, także od Wschodu. Miało to m.in. znaczyć, że Rosja radziecka jest podejrzliwa wobec wszystkiego, co dzieje się poza jej granicami. Podobnie uważał Aleksander Sołżenicyn, a obaj z Zinowiewem zostali „wyproszeni” z ZSRR. Nie dziwi, że wrócili do Rosji po upadku imperium, które krytykowali, ale to, że głosili, jak niegdyś Dostojewski, coś podobnego do idei świętej Rusi, jest zaskakujące. Zinowiew publikował swoje książki naukowe w Holandii i Polsce, współpracował z logikami polskimi, Sołżenicyn stał się sławny, a jednak skłaniali się ku dość tradycyjnemu nacjonalizmowi rosyjskiemu.

Wielu komentatorów, również w Polsce, zdaje się sądzić, że Rosjanie, zwłaszcza intelektualiści, sprzeciwią się Putinowi, a nawet sprawią, że polityka rosyjska się zmieni. Wszelako badania socjologiczne i obserwacje potoczne przemawiają za tym, że duża część społeczeństwa ulega oficjalnej propagandzie i traktuje atak na Ukrainę nie jako agresję, ale obronę własnego kraju. W 2014 r. byłem na konferencji filozoficznej w Rzymie i rozmawiałem z kolegą z Moskwy. Gdy mu powiedziałem, że trudno zrozumieć aneksję Krymu, odparł, że „my” (tj. Rosjanie) nie rozumiemy, czego od nas świat chce, bo przecież Sewastopol i okolice zawsze były rosyjskie i nic tego nie zmieni. Przeciętny Rosjanin (sam to słyszałem) dziwił się w 1989 r., że Łotwa chce niepodległości, bo przecież „musimy jej bronić”. Oczywiście, można i trzeba mieć poprawne stosunki z Rosjanami, zawodowe czy prywatne (sam mam jedne i drugie z filozofami rosyjskimi), ale od dawna wiadomo, że czym innym jest ich państwo, a czym innym oni sami jako jednostki.

Stanisław Jerzy Lec zauważył kiedyś z przekąsem: „I na nas mówią Zachód na Wschodzie, i na nas mówią Wschód na Zachodzie”. Możemy utyskiwać na „przeklęte” położenie geopolityczne, ale to niczego nie zmieni. Nie wiadomo, jak daleko posunie się agresja Putina lub jakiegoś innego obrońcy „świętej Rusi”. Jakkolwiek będzie ze strony Rosji, nasza obecność w NATO i UE jest optymalnym gwarantem bezpieczeństwa. Wydaje się, że obecne polskie władze to zrozumiały i (na razie?) przestały nawijać à la Ziobro i Kowalski (Janusz). Niemniej przechwałki, że myśmy wszystko przewidzieli, a nasi sojusznicy i partnerzy dopiero teraz zrozumieli, co jest grane, i mówią naszym głosem, są nie na miejscu. Po pierwsze, mijają się z prawdą, a po drugie, skłaniają do powiedzeń w stylu zacytowanej nieuczesanej myśli Leca. Trzeba dbać o to, aby jej czesanie nie odbyło się zbyt ostrym grzebieniem doktryny Breżniewa-Putina. Sami tego nie zrobimy.

Fotoreportaż: Obrazy wojny

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną