Klasyki Polityki

To nie gwiezdne wojny, to Kazimierz Dolny

Wypoczynek na rynku Wypoczynek na rynku Grzegorz Press / Polityka
Szosa wlotowa do Kazimierza Dolnego znów całkowicie zatkała się samochodami długoweekendowych turystów. Zupełnie jakby w miejscu ich zamieszkania ktoś wystrzelił ze startowego pistoletu popędzającego do wypoczynku w mieście kogutów z lakierowanej bułki.

Rejestracje aut zdradzały: jesteśmy z Warszawy, Lublina, Wrocławia, Radomia, Gdyni, Niemiec, Izraela. Rodzaj płynącej z otwartych okien muzyki, wyraz twarzy, sposób ubrania i uczesania pasażerów oraz częstotliwość używania klaksonu mówiły: będziemy tu wypoczywać! W tym samym czasie, kiedy nadwiślański bulwar tonął w autach, Wacław, rodowity kazimierzanin, z zawodu stolarz, z zamiłowania przedstawiciel grupy mężczyzn oddających się stale kultowi wina pod arkadami w rynku, zakreślał nogami elipsy na bruku i uspokajał napotkanych wierszykiem: – To nie gwiezdne wojny, to Kazimierz Dolny.

Gdy tylko samochody długoweekendowych zostały oddane pod płatną opiekę stróżów niestrzeżonych parkingów, a właściciele kolejnych maszyn nadjeżdżających od strony Puław porzucali nadzieję na trzy metry kwadratowe wolnej przestrzeni, rynek został zadeptany i rozpoczęła się wojna o kwatery. Oczywiście walczyli jedynie ci, którzy do Kazimierza zbłądzili pierwszy raz w życiu. Bo bywalcy, świadomi ogromu zjawiska pod nazwą majówka, zaklepali pokoje kilka miesięcy wcześniej.

Rozmowa długoweekendowego z recepcjonistkami kazimierskich kwater na kilka dni przed apogeum wyglądała tak: – Proszę wybaczyć, że zadam śmieszne pytanie, czy są miejsca?

Nie szkodzi – brzmiała odpowiedź. Cała odpowiedź.

Inny typ wojny o kwatery: podjazdowa. Jadący w kierunku miasta zmotoryzowani, w przekonaniu o własnej chytrości, skłonni byli rezygnować z dojazdu autem jak najbliżej rynku i szukali noclegów na przedmieściach i w okolicy. Chytrusów było jednak więcej niż miejsc, więc auta prześcigały się bez pardonu na wąskiej i krętej drodze, zatrzymywały w tumanach kurzu przed domami, gdzie na płotach wisiała magiczna tabliczka „pokoje gościnne”. Następnie kierowcy wypychali swoje partnerki na łowy, bo sami czekali w pogotowiu z rozgrzanym silnikiem. Bywało, że kilka partnerek ścigało się do jednego budynku oferującego kwatery, a gospodyni czekała rozparta na werandzie i lekkim ruchem głowy bądź wzruszeniem ramion przerywała biegi rozszalałych długoweekendowych w zakurzonych butach.

Wieczorem wprawne oko rynkowego obserwatora mogło łatwo odróżnić ludzi, którzy gdzieś mieszkają, od reszty. Jeśli ktoś wyglądał schludnie i miał czyste buty, znaczyło, że przytulił się w najgorszym wypadku w jakimś agroturystycznym pokoiku. Taki gość pewną stopą wkraczał do jednego z trzech restauracyjnych ogródków przy rynku i wyczekiwał na wolny stolik w tłumie długoweekendowych takich jak on, szczęśliwych i schludnych, bo zakwaterowanych. Z ogródka, znad lampki wina, odgrodzony płotkiem od pozostałej części rynku, z ciekawością obserwował punkowców, którzy szykowali się do spędzenia nocy na łonie natury.

Szosa wlotowa do Kazimierza Dolnego znów całkowicie zatkała się samochodami długoweekendowych turystów.Grzegorz Press/PolitykaSzosa wlotowa do Kazimierza Dolnego znów całkowicie zatkała się samochodami długoweekendowych turystów.

Jest wiele możliwości

Następny dzień to była niedziela i siostry ze wspaniałej kazimierskiej fary miały sporo roboty z wypraszaniem ze świątyni nieprzystojnie ubranych długoweekendowych. Siostry były cierpliwe.

Oprócz zwiedzania fary w Kazimierzu Dolnym jest wiele innych możliwości spędzenia wolnego czasu: można pójść na rynek, na zamek, nad Wisłę albo do baru, a następnie powtarzać te czynności aż do osiągnięcia stanu znudzenia. Decydując się na wypoczynek aktywny można też jeździć rowerem po okolicach. Przytłaczająca większość długoweekendowych wybrała jednak rynek.

Stonka – powiedział Wacław.

Siedział z kolegami-miłośnikami wina na ławce w okolicach arkad, przy barze rybnym oferującym morszczuka z grubą panierką. Odkąd miasteczko wzięli we władanie długoweekendowi, klub Dionizosa właściwie się z ławki nie ruszał, tylko zbierał od stonki drobne monety. Członkowie klubu przyglądali toczącemu się przed oczami obcemu życiu, jak reportażowi z Paryża, bo w czasie majówki w Kazimierzu wypielęgnowane panie prowadzą na smyczach pieski bardzo drogich ras i nie mogą za nimi nadążyć dlatego, że wysokie obcasy grzęzną im między kostkami bruku. Eleganccy panowie w lnianych spodniach toczą zapachy od Diora, noszą kolczyki w uszach i kluczyki od samochodów zatknięte na palcu wskazującym, tak od niechcenia. I rozmawiają o pracy, sztuce, firmach, filmach, reklamach, umowach barterowych albo zupełnie o niczym.

– Wiedziałaś, że stąd do Berlina jest 650 kilometrów? – zapytała z przejęciem starsza pani swoją koleżankę, okazało się, że koleżanka nie wiedziała i dalej rozmowa potoczyła się już łatwo. Berlin jest piękny.

Podczas długiego weekendu zawsze wygląda na to, że prawdziwi kazimierzanie gdzieś się pochowali, sprawują tylko dyżurne funkcje obsługując przyjezdnych – są kelnerami, parkingowymi, sklepowymi, gospodarzami kwater, właścicielami restauracji albo trunkowcami. I nikt się temu nie dziwi, bo tak właśnie wygląda miasto wynajęte przez długoweekendowych na kilka dni.

Którędy na statek?

W tym roku miało być nad Wisłą atrakcyjnie, bo obok starych statków wycieczkowych pojawiła się w Kazimierzu łódź Wikingów. Wiking miał zagrozić flocie rzecznej, ale kapitan statku Marzanna mówił, że już nie zagrozi, bo tylko raz przewiózł wycieczkę dzieci i pękła mu rura. Trzeba Wikinga nareperować. A Marzanna pływała jak co roku od 1961 r. i długoweekendowi bili się o wejście na pokład, o mały włos nie pospychali się z trapu do wody.

Wypoczynek nad rzekąGrzegorz Press/PolitykaWypoczynek nad rzeką

Nabrzeżem biegł człowiek, przez ramię przewiesił skórzaną teczkę, nad głową trzymał wielki rozwinięty czarny parasol. Za parasolem nadążała grupa poważnych ludzi z aparatami fotograficznymi. Ten pierwszy dopadł trapu, kiedy tylko Marzanna przybiła do brzegu, a nawet nieco wcześniej, rozepchnął kolejkę czekających na rejs, przebiegł kilka kroków i niebezpiecznie zakołysał się na deskach.

– Kochanieńki, weźmie pan poza kolejką grupę z PTTK? – krzyczał teatralnym szeptem do kapitana. Twarz miał spoconą od biegu i taszczenia tego czarnego parasola, widać było, że jest oddany zajęciu przewodnika turystyczno-krajoznawczego.

– Zaraz, co jest? – zawołał jakiś indywidualny turysta, kiedy grupa z PTTK pracując rękami przeciskała się na statek. – Dwie godziny czekam!

Jednak dramatyzm położenia szybko wyleczył go z urazy i nastroił do walki, oto bowiem remontowanym nabrzeżem, którego miasto nie zdołało naprawić na długi weekend, akurat ścieżką wyraźnie oznaczoną „przejścia nie ma”, w kierunku Marzanny ścigały się kolejne grupy spragnionych rejsu po Wiśle.

Na pokładzie statku na długoweekendowych czekały następujące atrakcje: widok Kazimierza z rzeki, spojrzenie na niedaleką wieś Mięćmierz, o której wiadomo, że ma tu dom pewien sławny aktor, widok ogólny zamku w Janowcu, kamieniołomy i młyn.

Można było także zobaczyć, jak na brzegach wypoczywają bliźni: szczupła dziewczyna pozowała chłopakowi do zdjęcia, zagubieni w krzakach panowie łowili ryby, w Mięćmierzu rozproszona na trawie młodzież w spokoju malowała akwarelkami landszafty, a wzdłuż nabrzeży leżały całe rodziny rozebrane do bielizny – jednodniowi napływowi. Pewien ojciec przedostał się na zacumowany przy brzegu nieczynny statek rejsowy, wydobył skądś narzędzie podobne do korby i przyjął pozę, aby dobrze wypaść na zdjęciu. Potem wciągnął na pokład całą rodzinę. Stali w śmiesznym wygięciu, nad głową powiewała im biało-czerwona bandera, a z nieba lał się żar.

Eugeniusz z 7B

Wokalista Eugeniusz i jego zespół pod nazwą 7B – tradycyjnych bluesmanów ubranych w spodnie-sztany i zamszowe kapelusze – zaistnieli na rynku pod studnią w niedzielę wieczorem i tak już miało pozostać. Wcześniej w tym samym miejscu grała kapela jazzu tradycyjnego, której kontrabasista w przerwach między występami obnosił na rękach swojego synka oseska. Przekaz grupy Eugeniusza był jednak silniej odbierany przez słuchaczy niż jazz, bo 7B grali standardy angloamerykańskie, przypominające starszym turystom młode lata, a młodszych utrzymujące w przekonaniu, że są wspaniali, bo tacy młodzi.

– Come together, right now, over me! – darł się Eugeniusz swoim wielkim głosem wzbudzając furorę zarówno wśród melomanów zasiadających na gołym bruku, jak wśród tych w lnianych spodniach i na wysokich obcasach, zajmujących miejsca w ogródku dwa metry dalej. Wysyłali dzieci, aby wrzucały monety do wystawionej przez zespół miski.

Byłoby wspaniale, gdyby nie dwóch pijanych, którzy domagali się od zespołu 7B utworów polskich, bo w angielskim byli słabi. Pijani się naparli, więc doprowadzony do ostateczności wokalista pociągnął szczerze: – Mimozami jesień się zaczyna – z lekkim zaciąganiem, zupełnie jak w oryginale. Po koncercie perkusista wyjawił, że grupa pochodzi z miasta Grodno, niegdyś Polska, obecnie Białoruś, gdzie rodzice obudzili się znienacka pewnego dnia w ZSRR w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow.

Tymczasem kolega Wacława zatrudnił się po znajomości u artysty sprzedającego malowane widoki Kazimierza pod cukiernią, gdzie sprzedają cebularze tutejszy wynalazek, czyli drożdżówki z cebulą i pieczarkami. Kolega siedział w pracy sztywno, na głowie miał za małą czapkę i pilnował opartych o samochód Nysa arcydzieł.

Dajcie złotóweczkę na bułeczkę – prosił długoweekendowych inny miłośnik wina, bardzo przygarbiony staruszek, który idąc wyglądał jakby siedział, a kiedy wyciągał rękę po pieniążek, oblewał się trzymanym w ukryciu, za plecami, winem w otwartej butelce.

Dawali mu złotówkę i ci kontestujący każdą rzeczywistość, śpiący na trawie punkowcy, i ci, których w porze obiadowej dało się spotkać czekających w kolejkach na wolny stół w restauracjach, gdzie serwowano rybną zupę jerozolimską na słodko z migdałami i sos miętowo-czosnkowy albo pod herbaciarnią z ponad stoma gatunkami herbaty, gdzie wnętrze jest filigranowe i ściany tak obwieszone bibelotami artystycznymi, że ludzie zachowują się nobliwie, rozmawiają ściszonymi głosami, a filiżanki chwytają elegancko w dwa palce. Dawali złotówkę też ci, którzy spieszyli się do samochodów, żeby zdążyć wyjechać z miasta przed korkiem, bo przyjechali do Kazimierza tylko na jeden dzień, a jutro mieli już być zupełnie gdzie indziej.

Już nie ma dzikich plaż

I tak zdarzało się co dnia, jak w rozkładzie jazdy, korek poranny napływowy i wieczorny pożegnalny. A na rynku i na zamku, i nad Wisłą wzdłuż deptaka „przejścia nie ma” wciąż te same twarze, zmęczone już tym odpoczynkiem w tłumie. Codziennie rano wychodzili na ulice miasteczka wymuskanego niczym makieta kolejki elektrycznej w dawnej Składnicy Harcerskiej w Warszawie, tylko że bez pociągu, i tak się przechadzali. Jak bohaterowie Hemingwaya – od restauracji do restauracji, od baru do baru, podtrzymując dobry nastrój drinkami z dobrego alkoholu i dyskusją intelektualną, z braku byków obserwując z ogródków pijane tańce punkowców i słuchając muzyki grupy Eugeniusza z Grodna.

Wiking (w tle), któremu pękła ruraGrzegorz Press/PolitykaWiking (w tle), któremu pękła rura

Tu chodzi o nudę, często mi się to nie zdarza – tłumaczył jeden długoweekendowy istotę wypoczynku. Roweru nie wypożyczał, w pięknych wąwozach nie był, statkiem nie płynął, bo już to wszystko zna. Teraz tylko drink w Domu Architekta albo Dziennikarza i na rynek, jak Ernest H., z braku byków byczyć się. Albo z mamą przybraną w wielki, młodopolski, słomiany kapelusz ze wstążką na mięćmierskie górki, gdzie ludzi jest mniej, jacyś bardziej stonowani, leżący na leżakach pod starymi chałupami. Nie ma tu sklepu, a każdy samochód ma rejestrację warszawską.

Chciałbym może zobaczyć dom Olbrychskiego – zadeklarował zbyt głośno pewien skromnie ubrany długoweekendowy i od razu wydało mu się, że przy sąsiednich stolikach umilkły rozmowy, a ludzie spojrzeli na niego z dezaprobatą, jak na krewnego z prowincji, który nosi białe skarpetki, chociaż nie gra w tenisa.

W majowy weekend 2000 r. jednym z przedstawicieli wielkiego świata towarzyskiego był w Kazimierzu syn najlepszego polskiego komentatora sportowego, dżentelmena pierwszej wody. Promował na rynku swoją książkę o swoim życiu oraz płytę kompaktową z nagraniem piosenki jego autorstwa wykonywanej dawno temu przez Irenę Santor – „Już nie ma dzikich plaż”. – Państwo jeszcze nie macie mojego autografu – promował wśród długoweekendowych. – Ostatnia okazja, bo wyjeżdżam.

Życie jest nowelą

Rano pani kierowniczka domu wypoczynkowego przeprosiła długoweekendowych za zachowanie lokatorów trzech domków należących do ośrodka, a położonych w dolinie, bo dolina tworzy doskonałe warunki akustyczne i dlatego przez pół nocy słychać było podochocone wypitym przy ognisku alkoholem wołania. Toczyła się też na głos rozmowa reporterów radiowych na urlopie, jeden z nich osądził trzeciego reportera, nieobecnego, że jest głupi i nic nie umie, bo nie ma radia we krwi. Jeszcze w okolicach południa dnia następnego z kabiny natryskowej wytoczył się kompletnie pijany gość ośrodka, w ubraniu i bez ręcznika. Każdy bawi się na swój sposób.

W cukierni kolejka, panie ekspedientki spociły się. – Kilka dni można wytrzymać, bo poza tym pusto w Kazimierzu, że tylko psy po rynku biegają – mówiły. – Przyzwyczailiśmy się do tłoku, bo to dla nas też pieniądze. Przyjeżdżają i znów ich nie ma – jak w serialu telewizyjnym.

Jeszcze kilka lat temu nie było w Kazimierzu takiej bazy noclegowej, głównie przyjeżdżały jednodniowe wycieczki uczniów dając zarobek przewodnikom PTTK, a kiedy ktoś się w mieście zakochał, to za zgodą właściciela rozbijał namiot przy barze z zielonej dykty nad Wisłą albo rozmieszczał się w schronisku młodzieżowym. A i ci co przyjeżdżali, bardziej się garnęli do łażenia po wąwozach, niż do siedzenia na rynku. Kazimierzanie z czasem nauczyli się zarabiać pieniądze na stonce turystycznej. Dowodem niech będzie pani, która wzięła w ajencję kazimierską Górę Trzech Krzyży, sprawuje funkcję „opiekuna góry” i pobiera opłaty w wysokości 60 groszy od dzieci i złotówkę od dorosłych za wejście.

Tymczasem grupa Eugeniusza przegoniła z rynku głównego punkowców z tam-tamami, więc przenieśli się na mały rynek, gdzie natychmiast stworzyli doraźną kulturę alternatywną, leżeli na trawie, pili prosto z butelek, dawali dziadkowi „złotóweczkę na bułeczkę” i bębnili, bębnili. Dziewczyna w koralikach, która kilka dni temu, na początku laby, szukała sklepu monopolowego, najwyraźniej się stamtąd nie ruszyła, bo trzeciego dnia prezencji nie miała już żadnej i zataczała nogami elipsy jak Wacław po kilku winach. Jeden punkowiec prowadzał po mieście dobermana, a w przypiętym do paska kagańcu nosił butelkę. Inny zastanawiał się nad pytaniem jednego z długoweekendowych – dlaczego nosi koszulkę z napisem protestującym przeciwko obozom koncentracyjnym, a na nią zarzuca wojskową bluzę z niemieckimi flagami na ramionach?

Sweet home Alabama – frazował z dużego rynku Eugeniusz z grupy 7B.

Mały rynek wyraźnie odróżniał się od dużego, ale w obrębie tego drugiego też wyostrzyły się podziały, bo zaparkowali tam swoje motory długowłosi, którzy wcześniej wpadli na moment do baru z zielonej dykty nad Wisłą, gdzie jest tanie piwo, a potem zjechali na rynek pochwalić się swoimi japońskimi cudami, jak to motocykliści w Kazimierzu mają w zwyczaju. Długoweekendowcy od niechcenia zainteresowali się ich maszynami, ale wkrótce podeszli cztery kroki dalej, bo przyjechała elita – kilka prawdziwych Harleyów, których właściciele nie marnowali kasy na tanie piwo, ale od razu poszukali miejsca w drogich ogródkach. Następnie popisywali się strzelając z gaźników i zupełnie przyćmiewając urok biedniejszych motocyklistów z drugiej strony rynku, którzy odjechali po cichu.

To już nie to, co kiedyś – oceniał Wacław, który pamięta, jak pijani ludzie przez pół nocy tańczyli na rynku tango albo walca. A kolega Wacława, Antek – też miłośnik wina, ten, który wymyślał młodym poetom tytuły do wierszy i lubił dobre zapalniczki, a teraz leży chory – pamięta, jak w środku nocy grupa mężczyzn niosących kobietę przez rynek zatrzymała prywatny samochód, umieściła tę kobietę, kompletnie zalaną znaną aktorkę, na tylnym siedzeniu i kazała wieźć na kwaterę w imię miłości dla sztuki.

Kiedy Wacław nie pije, bywa refleksyjny, bo kocha swoje miasto.

Polityka 20.2000 (2245) z dnia 13.05.2000; Na własne oczy; s. 108
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną