Wiesław Władyka ocenia pierwszą turę

Zwycięzcy i przegrani
Są zwycięzcy i są przegrani, w niektórych wypadkach to są te same osoby. Choćby Bronisław Komorowski, który utrzymał swoje przodownictwo w wyścigu, choć nie brakowało proroctw, że przeżyje wielką klęskę.

Nie przeżył, wręcz przeciwnie, ale jednak będzie musiał walczyć dalej. Chyba w sumie minusy przeważają nad plusami, co było widać, słychać i czuć na pierwszej konferencji powyborczej.

Jarosław Kaczyński utrzymał drugą, pewną pozycję i co najważniejsze wszedł do drugiej rundy, ale w ostatniej fazie kampanii – jak się okazało – nie zwiększył swojego elektoratu. W sumie jednak plusy przeważają nad minusami, zwłaszcza że sam kandydat jak i jego sztab wprost dyszą energią.

Trzeci na liście, czyli Grzegorz Napieralski, nazbierał chyba tylko same plusy. Wynik, jaki osiągnął, daleko przekracza oczekiwania, ale też jego waga już w pierwszych minutach po zakończeniu ciszy wyborczej zaowocowała umizgami dwóch kandydatów, którzy pozostali na placu boju. Po pierwsze z powodu takiego, że gdzieś te głosy oddane na lidera SLD powędrują w drugiej rundzie. Po drugie dlatego, że lewica nieoczekiwanie wróciła do wielkiej gry i będzie w przyszłości, jak się zdaje, głównym partnerem politycznym, ewentualnie koalicjantem dla każdego układu władzy.

Tę zdolność traci zwolna PSL, co w sposób wręcz upokarzający odnotował Waldemar Pawlak, na końcu stawki, tuż przed Andrzejem Lepperem. Satysfakcje i porażki można bowiem ważyć poprzez porównanie z innymi, z tymi konkurentami, którzy wręcz modelowo, kanonicznie zostali ustawieni naprzeciw. Tak jak choćby Lepper naprzeciw Pawlaka. Gdzieś tam Marek Jurek naprzeciw wszystkich, których atakował z prawej strony, czyli wszystkich doprawdy. Andrzej Olechowski politycznie naprzeciw Bronisława Komorowskiego, a ontologicznie naprzeciw Jarosława Kaczyńskiego.

Jakie by to nie były satysfakcje i radości w sumie ta pula kandydatów, pozostająca poza pierwszą trójką, łącznie zdobyła mniej niż połowę głosów oddanych na lidera SLD.

Poza przypadkiem Napieralskiego tak naprawdę wyniki pierwszej rundy niczym nas nie zaskoczyły. Potwierdziły tendencję rozpoznaną już przez sondaże, że Polacy nadal wybierają między – w uproszczeniu - Czwartą RP i Trzecią RP, że nadal w tę grę, jak i w poprzednich wyborach, chce się bawić mniej więcej połowa elektoratu. Druga runda będzie zatem dogrywką prowadzoną wedle tej samej zasady, a nawet jeszcze bardziej, bo już nie ma w niej nikogo, kto by zaproponował jakieś nowe treści czy fronty walki.

Niemniej awans Napieralskiego, który w trakcie kampanii kilkukrotnie powiększył swój wyjściowy elektorat pokazuje, że polityczny konflikt, którym żyje większość obywateli jest też odrzucany przez coraz większą część elektoratu. Albo inaczej mówiąc, nawet jeśli nie odrzucany to na pewno dalece, jak się zdaje, nie oddaje on w sobie wielu innych, a podstawowych dla współczesności i dla przyszłości problemów, wyzwań i kłopotów. I konfliktów także. Napieralski bowiem, jako jedyny po prawdzie, choć deklarował się jako zagorzały wróg Czwartej RP, mówił o przyszłości, nie wracał do przeszłości, świecił swoją metryką, zajmował się młodymi. I w sposób dokuczliwy wytykał swoim głównym konkurentom ich wiek, ich stare walki, ich obyczajowość… Naftalinę i kropiwnicę. Jak widać to trafiało.

Sondaże pokazują, że przeszło 60 proc. wyborców Napieralskiego jest gotowa oddać swój głos w drugiej turze na Komorowskiego. I zapewne to oni zadecydują o jej wynikach. I okazuje się, że nie da się wygrać wyborów na prawicy bez głosów lewicy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj