Kraj

Słowniczek społeczno-obyczajowy

Nowe modne pojęcia

Wielu katolików deklaruje, że gotowi są przejechać pół miasta, by we własnej parafii uniknąć agitacji politycznych czy zaściankowych wątków obyczajowych. Wielu katolików deklaruje, że gotowi są przejechać pół miasta, by we własnej parafii uniknąć agitacji politycznych czy zaściankowych wątków obyczajowych. Piotr Socha / Polityka
W najbliższym czasie czeka nas wiele interesujących zjawisk społecznych. Wraz z nimi do języka potocznego wejdą słowa, które staną się wygodnymi skrótami myślowymi. Oto słowniczek przydatnych terminów; część z nich to autorskie propozycje POLITYKI.
Z tolerastami sympatyzuje sporo inteligencji, często w nobliwym wieku i nobliwych zawodów.Piotr Socha/Polityka Z tolerastami sympatyzuje sporo inteligencji, często w nobliwym wieku i nobliwych zawodów.
Niespodzianką w Nowym Roku może być fakt, że gdy statystyczna polska rodzina będzie zmieniała miejsce zamieszkania, to częściej będzie to wyprowadzka z miasta na wieś niż odwrotnie.Piotr Socha/Polityka Niespodzianką w Nowym Roku może być fakt, że gdy statystyczna polska rodzina będzie zmieniała miejsce zamieszkania, to częściej będzie to wyprowadzka z miasta na wieś niż odwrotnie.

Churching

Coś dla jeszcze wierzących. Słowo utworzone na wzór clubbingu, czyli peregrynacji po klubach w celu odnalezienia najlepszej imprezy. Churching to szukanie najlepszego nabożeństwa poza własną parafią. Dla jednych będzie to nabożeństwo krótkie, dla innych ważne jest zabytkowe wnętrze kościoła, ale głównym motywem wydaje się poszukiwanie inteligentnego kazania. Wielu katolików deklaruje, że gotowi są przejechać pół miasta, by we własnej parafii uniknąć kazania dla moherowych beretów, nachalnych agitacji politycznych czy zaściankowych wątków obyczajowych.

Jednym z popularyzatorów churchingu w Polsce był Szymon Hołownia, publicysta katolicki, który przyznaje, że sam wędrował od kościoła do kościoła, aż znalazł taki, „w którym nie gryzą”. Celem churcherów często są msze prowadzone przez jezuitów, franciszkanów, salezjan czy najpopularniejszych chyba dominikanów. Churching ma już swoje gwiazdy, które co niedziela gromadzą tłumy. W Warszawie jest to o. Jacek Salij, w Krakowie o. Andrzej Kłoczowski, we Wrocławiu o. Jan Góra. Potrafią unikać sztucznego, archaicznego języka, uwodzą inteligencją i prostotą, która trafia do młodych ludzi.

Churching budzi różne reakcje wśród duchowieństwa. Jedni widzą w nim klęskę soborowej idei związania wiernych z parafią, nadużycie prawa wyboru, modę, która z istotą mszy świętej nie powinna mieć nic wspólnego. Dla innych zastosowanie reguł konkurencji także w tej dziedzinie nie jest niczym złym. Księża, którzy nie potrafią dotrzeć do wiernych, muszą się liczyć z odpływem parafian, a to może działać mobilizująco.

Trudno ocenić skalę churchingu. Z badań ks. Sławomira Zaręby z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego wynika, że zjawisko to jest najpopularniejsze wśród ludzi młodych i wykształconych. Ci, dla których autentyczne przeżycia duchowe są ważniejsze od ideologicznej wojny, będą szukać swojej niszy. (podg)

Grantoza

Jest z nią jak z paradontozą: nim się człowiek spostrzeże – uzębienia brak. Grantoza to choroba tocząca relacje polsko-unijne. Dotacje z Unii poszły i wciąż idą często nie tam, gdzie trzeba, i nie na to, co trzeba. Ten rok pokaże tę chorobę z całą jaskrawością. Deformuje ona organizacje pozarządowe, powoduje, że ubywa tych najbardziej sensownych. Że znika zapał ludzi, którzy wiedzą, jak można by zmienić świat wokół siebie na lepsze.

Źródłem grantozy jest biurokracja. Na przykład: w rozwlekłych kwestionariuszach, jakie wypełniają aspirujący o eurozasilanie, należy wpisać zero. Ktoś stawia kreskę. Jego projekt bez zer przepada więc już na wstępie. Bez możliwości odwołania. Kolejnym objawem grantozy jest upośledzenie myślenia. W konkursach najlepiej wypadają projekty sztampowe. W efekcie na ogromnych pieniądzach unijnych – dotąd prawie 112 mld zł – rosną głównie prywatne firmy, wyspecjalizowane w profesjonalnym wypełnianiu wniosków. Nierzadko – żyjące z procentów od pieniędzy wyciągniętych przez zgłaszające się do nich organizacje.

Typowym powikłaniem grantozy jest też krótkotrwałość projektów. Program się kończy i zamyka się instytucję. Najlepszy przykład to przedszkola. Nawet co piąte z ponad 3 tys. otwartych za pieniądze unijne zostało zamkniętych tuż po otrzymaniu ostatniej transzy dotacji. Zwykle dlatego, że wójta przerosła Karta Nauczyciela i zapisane w niej ogromne obciążenia finansowe oraz to, że przedszkolaki nie są dotowane z budżetu państwa.

Począwszy od 2012 r. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego porwało się na eksperyment: placówka dofinansowana przez UE musi istnieć jeszcze przez tyle lat, przez ile pobierano dofinansowanie do projektu, pod rygorem zwrotu środków. Niestety, już można się spodziewać dalszych powikłań – samorządowych bankrutów. Zadłużonych w Unii po uszy i niewypłacalnych. Bo państwo nie przekazało samorządom pieniędzy na przedszkola. (bund)

Pomarańczowa galareta i  aksamitne kajdany

Do Polski dotarło – na razie raczej słabiutkim echem – zjawisko nazwane ruchem Oburzonych. Jednak w nadchodzącym roku najbardziej oburzeni wcale nie będą ci, których w minionym o oburzenie podejrzewaliśmy, np. młodzież, która ma szansę wyłącznie na śmieciowe umowy o pracę. Polscy Oburzeni, czy raczej Wkurzeni, rekrutować się będą głównie z młodej klasy średniej. Ugrzęźli w pomarańczowej galarecie – tak socjolog prof. Tomasz Szlendak opisuje ich rzeczywistość; pomarańczowa – od ulubionego aktualnie koloru korporacji, galareta – od tężejących relacji między pracownikami a pracodawcami: – Kryzys, który po części sami sobie ściągamy, ciągle się na niego przygotowując, nie będzie gwałtownym zderzeniem ze ścianą. Będziemy obserwować owo uwięzienie w galarecie: jednym będzie trudno przepłynąć do etatu, drudzy ugrzęzną w tym miejscu, w którym już są.

Wygląda na to, że – zdaniem rządzących – to młodzi-średni są grupą predestynowaną do zapłacenia rachunku za kryzys. – W polskim społeczeństwie są tylko dwie strefy pełnej wolności. To osoby skrajnie bogate i skrajnie biedne – tłumaczy prof. Wojciech Łukowski, socjolog. – Od nich państwo nic nie wyciągnie.

To dodatkowo wkurzy średniaków, którzy i tak już są wkurzeni faktem, że nie mają szans na oszczędności. Ci nieco starsi, którzy zdołali zarobić tyle, żeby lokować i oszczędzać, przed laty rzucili się na narzędzia finansowe: akcje, obligacje, inwestycje, lokaty. Stracili, a przynajmniej nie zarobili. Są wkurzeni, zastanawiając się, kto dobrze bawi się za ich pieniądze.

Wkurzona jest część młodsza, która dołączyła do kolejki po dostatek zbyt późno i zaczęła zbyt ambitnie. Jak mieszkanie, to duże i drogie, jak samochód, to nowy. Teraz banki powiedziały: sprawdzam. Ci wysoko aspirujący dali się zakuć w coś, co prof. Szlendak nazywa aksamitnymi kajdanami. Kupowało się miło, ale rachunek spłaca się coraz większą liczbą godzin spędzanych w coraz gorzej opłacanej pracy.

Jednak niewielkie są szanse, aby średniacy wyszli na ulice manifestować oburzenie. Tym bardziej że rząd szykuje dla nich wariant powolnego upuszczania krwi, a nie wykrwawienie. – Ich powszechne rozczarowanie nie przerodzi się w żaden ruch, rewolucję. Emocje przeżywać będą w samotności – mówi prof. Janusz Czapiński. Jednym będzie wstyd przyznać się do życiowego zawodu. Inni nie będą mieli na to czasu, bo tak ciężko będą musieli pracować na utrzymanie statusu.

Emocje wkurzonych być może zaczęłyby się kanalizować, gdyby na rynku idei pojawiło się coś atrakcyjnego. – Nie ma przeciw komu wystąpić – mówi prof. Czapiński. – Nie ma adresata złości. Niewidzialną rękę rynku trudno złapać. Można buntować się przeciw pracodawcy. Ale tu przeszkadzają aksamitne kajdany.

Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, dodaje, że prawdziwe uliczne oburzenie zobaczylibyśmy, gdyby masowo przestała działać strategia wysokowysiłkowa (dużo pracuję, dużo oczekuję). – Ludzie wyznający tę strategię są kołem napędowym systemu. Kiedy nie będą dostawali rekompensaty za swój ekstrawysiłek, mogą zacząć się buntować.

Natomiast na bunt niskowysiłkowców liczyć raczej nie należy, bo akurat oni nigdy nie polizali tego lepszego świata. A „niskie środki” rząd zawsze znajdzie. (jull)

Różowe kołnierzyki

To określenie stworzono na podobieństwo niebieskich i białych kołnierzyków. W krajach anglosaskich określa się w ten sposób robotników (blue) i pracowników umysłowych (white collars). Różowymi (pink) kołnierzykami zaś Amerykanie nazywają osoby wykonujące zawody, które nie wymagają wysiłku fizycznego, ale też nie dają szansy na oszałamiającą karierę – tzw. profesje kobiece: pielęgniarki, asystentki, ekspedientki.

W latach 80. socjologowie z USA stworzyli też termin różowe getto (pink ghetto). Odnosi się do sytuacji kobiet, które – nawet jeśli relatywnie dobrze zarabiają – nie awansują na najwyższe stanowiska. Odpowiada za to niepisana zasada, że kobiety pracują przede wszystkim w takich działach, jak obsługa klienta, administracja, gdzie osiągnięcia dają nadzieję może na wejście do zarządu firmy, ale nie na prezesurę.

W Polsce coraz częściej usłyszeć można o buncie różowych kołnierzyków. Aleksandra Szałek z serwisu pracujflexi.pl zauważa, że coraz więcej kobiet po urlopach macierzyńskich zamiast wracać na etaty, próbuje rozkręcać własny biznes, często związany z dziećmi. Otwierają np. miniżłobki czy sklepy internetowe. Z badań psychologów wynika, że przedsiębiorczynie bardzo dobrze sobie radzą, zwłaszcza prowadząc małe i średnie firmy. Mają większą możliwość podejmowania samodzielnych decyzji (bez rad nadzorczych), chętniej koncentrują się na rzeczywistym zaspokajaniu potrzeb klientów niż na rywalizacji z konkurencją. I osiągają dobre rezultaty.

O sytuacji pań w biznesie będą w tym roku dużo mówić działaczki Kongresu Kobiet. Zgłosiły już postulat 40-proc. udziału kobiet w zarządach i radach nadzorczych spółek publicznych. (Na razie panie zajmują 12 proc. miejsc w zarządach i 16 proc. w radach nadzorczych). Bardzo możliwe, że przedsiębiorczość kobiet i ich sytuacja na rynku pracy będzie też tematem planowanego na wrzesień 2012 r. kolejnego Kongresu Kobiet. (cieś)

Standaryzacja

Standaryzacja rządzi już polską oświatą, a jej kulminacją w 2012 r. będzie kwietniowy egzamin gimnazjalny: wszystkie dzieci będą jednocześnie pisać identyczne testy z identycznych przedmiotów. Zamiast do trzech egzaminów, jak dotychczas, większość uczniów podejdzie w tym roku do sześciu – rozłożonych na trzy dni. W pierwszym dniu rozwiążą zadania z polskiego, a następnie z historii i wiedzy o społeczeństwie, w drugim – z matematyki, a następnie z przedmiotów przyrodniczych, zaś w trzecim – z języka obcego, najpierw na poziomie podstawowym, a następnie – rozszerzonym. Do testu na poziomie rozszerzonym będzie jednak musiał podejść każdy, kto naukę języka zaczął nie w gimnazjum, ale w podstawówce.

Wszyscy na razie niezwykle boją się tego maratonu testowego, tymczasem formę egzaminu gimnazjalnego zmieniono pod hasłem dopasowywania jej do nowych, zwykle mocno odchudzonych podstaw programowych (firmowane przez byłą minister Katarzynę Hall zostały już wprowadzone do szkół wszystkich szczebli). Przedstawiciele MEN podkreślają, że międzynarodowe badania w ostatnich latach pokazały, iż polscy uczniowie wypadają dobrze na tle rówieśników z innych krajów pod względem zasobu informacji, ich słabością są jednak takie umiejętności, jak krytyczne myślenie, argumentacja – są zbyt standardowi intelektualnie. Postanowiono więc odchudzić materiał, jaki muszą opanować, by nauczyciel mógł położyć nacisk na rozwój samodzielności umysłowej. Sęk w tym, że w takich sprawach nie działają proste zależności. (cieś)

Toleraści i prawole

Pojęcie toleraści (tolerancja plus pederaści) wymyślili prawole na określenie działaczy na rzecz praw gejów i lesbijek, kobiet, mniejszości narodowych, zwierząt itd. A także na określenie wszystkich innych, którzy głośno protestują przeciw Wielkiej Białej Polsce. Prawoli wymyślili zapewne toleraści (łącząc słowa: prawica i kibole). Tolerastom określenie „toleraści” bardzo się spodobało, więc zrobiło ono karierę po obu stronach barykady. Prawolom to, jak ich zaczęto nazywać, spodobało się mniej.

Można spodziewać się, że wkrótce przybędzie jednych i drugich. Liczba tolerastów rosnąć musi choćby dlatego, że – jak zwraca uwagę prof. Jan Hartmann – jako społeczeństwo wchodzimy w okres dojrzewania do kultury liberalnej. Czego pierwszym symptomem jest zawsze zaostrzanie języka. Po stronie tolerastów powoli wyrasta ruch oporu społecznego. W 2011 r.na zebraniach i dyskusjach w ich warszawskich lokalach bywało w porywach około stu osób. Poza sezonem życie przenosi się na Facebooka. Sympatyzuje z tolerastami sporo inteligencji, często w nobliwym wieku i nobliwych zawodów. Jednocześnie jednak toleraści grzęzną w dyskusjach o zasadach dyskutowania – jak nie tworzyć struktur hierarchicznych, czyli z gruntu złych. Co wielu potencjalnych tolerastów zmęczy na tyle, że odpadną z ruchu.

Z prawolami idą agresywni kibice piłkarscy, awansowani przez PiS na prawdziwych patriotów. Ale PiS coraz mniej im się podoba. Bo sami mają zakusy na politykę. Działacze Obozu Narodowo-Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej planowali ogłosić powstanie nowej partii prawicowej 11 listopada 2011 r.; pewnie projekt ponowią. Jedno jest pewne: okazji do kolejnych starć między tolerastami a prawolami w nadchodzącym roku nie zabraknie. (bund)

Transi

W najbliższym czasie opinia publiczna zapewne zapozna się bliżej z problemem transseksualizmu. Co roku kilkaset osób, których tożsamość płciowa nie pokrywa się z ich płcią fizyczną, podejmuje decyzję o farmakologicznej i chirurgicznej zmianie płci.

Jedną ze specialité de la maison Ruchu Palikota miała być pilotowana przez posłankę Annę Grodzką, osobę transseksualną, ustawa o określaniu płci. Regulować ma sytuację prawną osób w trakcie zmiany płci i po niej, a także osób interseksualnych – czyli takich, które rodzą się z męskimi i kobiecymi narządami płciowymi. Obecnie takie dzieci, często w wyniku arbitralnych decyzji rodziców, są poddawane operacjom usunięcia męskich lub żeńskich narządów. Niekiedy kończy się to tragedią, dopiero bowiem w wieku pokwitania rodzi się u człowieka ostatecznie psychiczne odczucie własnej płci.

Pomysł Ruchu Palikota może jednak przechwycić Platforma Obywatelska. Wiceminister sprawiedliwości Zbigniew Wrona zapowiedział powołanie międzyresortowego zespołu, który opracuje projekt ustawy regulującej zmianę płci. Posłanka Grodzka sceptycznie podchodzi do tych planów: – Podobno do naszej fundacji Trans-Fuzja wysłano list z zaproszeniem do konsultacji, ale, niestety, nie dotarł. Chciałaby, aby jej projekt był gotowy w najbliższych tygodniach. Nad regulacjami pracują ludzie działający od lat na rzecz osób transseksualnych. Jest też ekspertka prawniczka. Jak przekazuje posłanka Grodzka – chodzi o znaną osobę, która jednak nie chce ujawniać swojego zaangażowania, ponieważ obawia się szykan na uczelni, w której pracuje. (cieś)

Vitro-wrzenie

Temat zapłodnienia pozaustrojowego wrócił, choć tak naprawdę od kilkunastu lat jest on przedmiotem nieustających starć politycznych. Obecnie trzy partie – SLD, PO i Ruch Palikota – wyszarpują sobie jeden wspólny projekt, napisany społecznie przez ekspertów i traktujący in vitro jak każdą inną procedurę medyczną.

Sprawa jest zasadnicza, regulacje – pilnie potrzebne. Bo choć w Polsce istnieje kilkanaście klinik świadczących usługi na europejskim poziomie, to jednocześnie, z braku przepisów regulujących postępowanie z zapłodnionymi komórkami ludzkimi, zdarzały się – to była głośna sprawa – paczki pocztowe pełne zarodków. Wędrujące po Polsce, przez nikogo niechciane. Nadane przez jedną z likwidujących się klinik. Dotychczas wszystkie próby stworzenia regulacji prawnych, dotyczących obchodzenia się z zapłodnionymi komórkami, kończyły się ofensywą środowisk katolickich, przekonujących, że zapłodnienie poza małżeńską sypialnią uderza w godność powstałego tak człowieka.

Ustawa, o którą toczy się spór, została napisana społecznie, przez największe nazwiska w dziedzinie genetyki i prawa – prof. Eleonorę Zielińską, prof. Ewę Bartnik, prof. Piotra Stępnia i innych. Jak na warunki europejskie jest dość rewolucyjna. Uczeni temat połączyli z ustawą transplantacyjną. Zapisano w niej, że in vitro służyć może nie tylko do leczenia bezpłodności, ale też do uniknięcia wad genetycznych. Nie przewidziano zakazu mrożenia zarodków. Komórki rozrodcze człowieka potraktowano w niej tak jak inne narządy przeznaczone do transplantacji.

Jednakże nawet fakt, że projekt taki podoba się aż trzem partiom, wcale nie znaczy, że zostanie uchwalony. W samej PO mniej więcej połowa posłów skłania się ku wzięciu w tej kwestii pod uwagę stanowiska Kościoła, który jest przeciwny zapłodnieniu in vitro. Co więcej, nawet gdyby projekt przeszedł przez głosowanie, to jeszcze wcale nie zakończy starć. W projekcie eksperckim nie ma bowiem słowa o finansowaniu in vitro z budżetu państwa, ale jedynie o zasadach obchodzenia się z zarodkami. Finansowanie musiałoby zostać zapisane w innym dokumencie. Vitro-wrzeniu nie będzie więc pewnie końca. (bund)

Wioszczanie

O statystycznym Polaku, czyli kimś, kto – jak wynika z prawideł statystyki – raczej nie istnieje, dużo usłyszymy już w styczniu, gdy Główny Urząd Statystyczny ogłosi wreszcie całkowite wyniki spisu powszechnego. Organizowany co 10 lat – ma renomę najbardziej wiarygodnego źródła wiedzy o Polakach. Czy i tym razem będzie tak samo? Część socjologów ma pewne wątpliwości, zważywszy na sposób jego przeprowadzenia. Inaczej niż przez dekady, zrezygnowano z wysłania rachmistrzów do wszystkich domów. Ponad 80 proc. z nas spisano na podstawie 28 różnych rejestrów administracyjnych, bo tak miało być taniej i sprawniej.

Jeszcze taniej oraz sprawniej parę rzeczy o statystycznym Polaku możemy napisać już dziś. Np. będzie żył dłużej niż przodkowie. Na początku lat 80. 65-letni mężczyzna miał przed sobą jeszcze 12,5 r. życia; dziś pożyje 2,5 roku dłużej; kobieta ponad 3 lata dłużej. Statystycznie – będzie to życie zdrowsze, skoro w ciągu ostatnich 7 lat aż 2 proc. Polaków rzuciło palenie, a spożycie wódki spadło o połowę, bo zastąpiło ją piwo i wino.

Nie zmieni się lista największych polskich zabójców. Połowę Polaków, którzy umrą w 2012 r., zabiją choroby układu krążenia. Drugi w rankingu morderców będzie rak, który odpowie za 25 proc. wszystkich zgonów.

Narodzinom też towarzyszą pewne stałe trendy, na czele z tym spadkowym. Za to dzieci urosną wyższe. Statystyczny 20-latek ma dziś 180 cm. Jego statystyczny ojciec był o 5 cm niższy, a dziadek o 10 cm. Niestety, jeszcze szybciej rośniemy wszerz. Tylko w ciągu ostatnich pięciu lat przybyło 9 proc. mężczyzn z nadwagą bądź otyłością.

Statystyczny Polak ma też pewną statystyczną mentalność. Z badań prof. Janusza Czapińskiego wynika, że przyszły rok będzie należał do rodziny: – W czasach kryzysu, kiedy otaczający nas świat jest coraz większą niewiadomą, skupienie się na rodzinie jest jedną z wypróbowanych strategii. Już wiadomo, że nierzadko wcale nie będzie to rodzina ludzi związanych ślubem. 20 proc. dzieci rodzi się dziś poza małżeństwami (w 1990 r. 6 proc.). Niespodzianką może być fakt, że gdy statystyczna polska rodzina będzie zmieniała miejsce zamieszkania, to częściej będzie to wyprowadzka z miasta na wieś niż odwrotnie. Co, oczywiście, nie znaczy, że przybędzie rolników. Przybędzie ludzi, którzy połączą miastowe zawody z wiejskim komfortem życia. Mieszczanie kolonizatorzy. Wioszczanie? (jull)

Przygotowali: Joanna Podgórska, Martyna Bunda, Juliusz Ćwieluch, Joanna Cieśla

Polityka 01.2012 (2840) z dnia 03.01.2012; Polska; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Słowniczek społeczno-obyczajowy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Skąd się biorą pioruny? Odpowiedź może zaskoczyć

Piorun pojawia się nagle, znika błyskawicznie i nie pozwala się łatwo zbadać. Skąd to budzące zachwyt i grozę zjawisko bierze energię oraz jak ją uwalnia? Odpowiedź może zaskoczyć.

Andrzej Hołdys
07.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną