Kraj

Obrączki czekają na wyrok

Koniec Systemu Dozoru Elektronicznego?

Dozór jest tańszy. Odpadają koszty społeczne, czyli całe zło związane z rozpadem rodziny. Dozór jest tańszy. Odpadają koszty społeczne, czyli całe zło związane z rozpadem rodziny. BEW
Politycy mają niebawem zdecydować, czy dalej finansować system odbywania kar więzienia w domu.
Nie ma ryzyka, że skazany z obrączką zostanie pobity w więzieniu albo nawiąże tam trudne znajomości.Alina Zienowicz/Wikipedia Nie ma ryzyka, że skazany z obrączką zostanie pobity w więzieniu albo nawiąże tam trudne znajomości.

Artykuł w wersji audio

Rozporządzenie ministra sprawiedliwości mówi, żeby obrączkę zakładać na lewą nogę. W przypadku jej braku na prawą. Obrączka drogą radiową łączy się z ustawioną w mieszkaniu skazanego centralą. A ta z głównym komputerem, który kontroluje, czy skazany przebywa w domu w godzinach wyznaczonych mu przez sąd. W sumie to takie zwykłe radio połączone z inteligentnym systemem komputerowym. Jest taniej. I to na wielu płaszczyznach. Odpadają koszty społeczne, czyli całe zło związane z rozpadem rodziny. No i warunki odbywania kary są humanitarne. Nie ma ryzyka, że skazany zostanie pobity w więzieniu albo nawiąże tam trudne znajomości. Jednak w warunkach polskich system ujawnił niespodziewane słabości. Na przykład kwestia toalet. Dozorowani dysponujący ubikacją poza domem nie mogli mieć założonej obrączki, bo każde wyjście do toalety traktowane byłoby przez system jako ucieczka. Ostatecznie kłopot rozwiązały wiadra ocynkowane.

Pięć lolków, pięć latek

Ci, którzy dostali szansę odbycia kary we własnym domu, namawiają polityków, by z systemu nie rezygnować. Nawet jeśli zaraz dodają, że ta kara niekoniecznie jest tak komfortowa, jakby się wydawało.

Jak Marcin, którego więzienie mieści się w nowo wybudowanym apartamentowcu i składa z sypialni, salonu połączonego z kuchnią i sporej łazienki. Paru rzeczy jeszcze brakuje, ale plazma jest całkiem spora. Lodówka jeszcze większa, taka z niebieskim podświetleniem, żeby w nocy łatwiej było znaleźć uchwyt do otwierania drzwi. Drzwi do łazienki w ogóle nie trzeba szukać; mają przyjechać w przyszłym tygodniu. Marcin modli się, żeby wytrzymać w tej celi jeszcze te parę tygodni, które mu zostały do skończenia wyroku. Ale czasem boi się, że nie da rady. – W prawdziwym więzieniu łatwiej było – mówi. – Po prostu cię zamykają i siedzisz. A tu sam co wieczór musisz się zamknąć i jeszcze pilnować, żebyś nie uciekł.

Marcin wytrzyma, bo w prawdziwym więzieniu dzieciaka miał na zdjęciu, a teraz ma go cały czas ze sobą. Tylko ze spacerami jest kicha, bo rano od razu leci do pracy. A jak wraca, to zaraz znowu zaczyna odsiadkę. Z dziewczyną też kicha, bo ona jest młoda i chciałaby poszaleć, a on od ośmiu miesięcy nawet do kina nie może jej zaprosić. W poniedziałek kupił jej kwiatek. Ale nie wie, czy to coś pomoże.

Wyrok ma za lolki, czyli blanty. To znaczy skręty z marihuaną. Pięć lolków, pięć lat. Łapali go kilka razy i mu się uskładało. Sąd uznał, że da mu ostatnią szansę, tym bardziej że spędzony w areszcie miesiąc ciężko zniósł. W aktach zapisano, że płakał i miał myśli samobójcze.

Choć raz pomogło mu też trudne dzieciństwo. Ojciec odszedł, gdy Marcin miał dwa lata, a matka zmarła, gdy miał 10. Teraz ma 25, ale ciągle korzysta z pomocy psychologa. Psycholog badający go na potrzeby sądu miał trudne zadanie ustalenia, na ile kłopoty z Marcinem wynikają z jego demoralizacji, a na ile z życiowego pecha, i wyszło, że jakoś tak po połowie.

Sędzia wystawił go na ciężką próbę: dostał rok dozoru elektronicznego. W niektórych krajach zastanawiano się, czy w ogóle jest sens wydawania takich długich wyroków. Badania pokazywały, że mało kto był w stanie tak długo poddawać się ścisłej samokontroli. – Słyszałem już o takich przypadkach, że skazany wręcz poprosił nas o zamianę dozoru na więzienie – mówi Piotr Hejduk, przewodniczący wydziału penitencjarnego w Sądzie Okręgowym w Poznaniu.

Marcin się trzyma, bo wie, ile ma do stracenia. Ile osób by zawiódł, gdyby nie dał rady. Na przykład szefa, który wie, że chłopak ma dozór, ale go kryje przed właścicielem firmy i mu ufa. Albo babcię, która wypruwa sobie żyły, żeby pomóc spłacać kredyt i wychować dzieciaka. A jak już ma całkiem dosyć, to przypomina sobie chłopaków ze swojej dzielnicy. Paru siedzi, kilku się wyrwało, ale większość sępi na piwo pod klatką. Wie, że jak zawiedzie, to prędzej czy później będzie sępił razem z nimi.

Obroża czy bransoletka

System Dozoru Elektronicznego (SDE), bardziej znany jako elektroniczne bransoletki, rodził się w bólach. Nawet uchwalony został rzutem na taśmę. 7 września 2007 r. przeszedł do historii jako dzień samorozwiązania Sejmu. Posłowie tego dnia zachowywali się wyjątkowo rozsądnie. Nim się sami pozbawili pracy, zdążyli jeszcze uchwalić Ustawę o wykonywaniu kary pozbawienia wolności poza zakładem karnym w systemie dozoru elektronicznego. Pomysł, który forsował minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, realizował jego następca – minister Zbigniew Ćwiąkalski. Wstęgę przeciął minister Andrzej Czuma.

Już 1 września 2009 r., w pierwszym dniu funkcjonowania systemu, wiadomo było, że 31 sierpnia 2014 r. SDE przestanie działać. Pięcioletni okres finansowania programu zapisano w ustawie jako rodzaj bezpiecznika. System był eksperymentem i nie wiadomo było, czy się sprawdzi. Anglicy, którzy jako pierwszy europejski kraj wprowadzali elektroniczny dozór na szeroką skalę, za pierwszym razem ponieśli porażkę. Dopiero drugie podejście skończyło się sukcesem. Zresztą na tyle zachęcającym, że techniczne oprzyrządowanie zostało przeniesione do Polski właśnie z Anglii.

Niestety, za rozwiązaniami technicznymi nie poszły rozwiązania prawne. Ustawa, na mocy której funkcjonował system, była tak zachowawcza, że trudno było znaleźć osoby, które kwalifikowałyby się do programu. O założenie bransoletek nie mogli ubiegać się recydywiści. A w polskich realiach pierwszą niską karę pozbawienia wolności z reguły zasądzano w zawieszeniu. Odwieszano ją, kiedy ktoś popełnił kolejne przestępstwo, ale wtedy, jako recydywista, nie miał szans na SDE. Kłopotliwa była również procedura, która zakładała, że o założenie bransoletek może ubiegać się jedynie osoba już skazana oraz osadzona. Więźniowie kalkulowali, że bardziej im się opłaca ubiegać o przedterminowe zwolnienie, niż pakować w to SDE, gdzie co najmniej 12 godzin w ciągu doby musieliby spędzić w domu. Do tego dochodził im nadzór kuratorski. I silna presja na podjęcie pracy.

Pierwszą bransoletkę założono 18 września 2009 r. O skazanym wiadomo tylko tyle, że miał 35 lat, mieszkał w Warszawie i ani razu nie złamał zasad odbywania kary. Zarówno prywatna firma, która tworzyła i obsługiwała system, jak i Ministerstwo Sprawiedliwości zabiegały, żeby jego dane nie przedostały się do mediów. W Ang­lii pierwszy zaobrączkowany skazany szybko stał się celebrytą. Z czasem na tyle kłopotliwym, że dla sławy uciekł wraz z obrączką. Media miały bal, a policja mnóstwo pracy. Jego polski odpowiednik pozostał nie tylko anonimowy, ale na dodatek wręcz osamotniony. Obawy ekspertów się sprawdziły i nie bardzo było kogo wsadzać do systemu. Nikt z autorów pierwszego projektu ustawy nie chciał się przyznać do autorstwa wyliczeń, według których w SDE mogłoby się znaleźć nawet 50 tys. skazanych. W pierwszych miesiącach, gdy system miał techniczne możliwości nadzorowania jednocześnie 500 osób, było ich najwyżej ponad 50.

Zresztą sami skazani nie do końca rozumieli, na co się godzą. Pierwsza kobieta, której miano założyć elektroniczną bransoletkę (za jazdę pod wpływem alkoholu), przyjęła patrol pijana. Ona skończyła w więzieniu, a sędziowie z rosnącym przeświadczeniem, że naród chyba jeszcze nie dojrzał.

Sytuacja była na tyle alarmująca, że zaledwie dziewięć miesięcy po starcie systemu trzeba było przeprowadzić dużą nowelizację przepisów, na podstawie których funkcjonował. Wydłużono kary możliwe do odbycia w obrączkach – z pół roku do roku. Ale przede wszystkim włączono do systemu recydywistów. Pojawiło się więcej chętnych. Ale też więcej problemów. Na przykład: najwięcej wniosków składali pijani rowerzyści z małych miejscowości. Ustawowo zapisanym warunkiem skorzystania z dobrodziejstwa systemu były techniczne możliwości odbywania kary, to znaczy: trzeba było mieć dom, prąd i toaletę. Byli tacy, którzy nie spełniali żadnego z tych kryteriów.

A już najwięcej problemów było właśnie z toaletami. Stacja pilnująca kwalifikowała każde wyjście za próg domu jak złamanie warunków umowy, nawet jeśli toaleta była poza domem. Ostatecznie zaczęto zawierać dżentelmeńską umowę, że skazani będą zaopatrywać się w toalety przenośne, co udowodnią stosownymi rachunkami. W praktyce, z konieczności, nadzorujący system zaczęli honorować również rachunki za wiadra ocynkowane.

Człowiek pęknięty

Alek. Lat 25. Wykształcenie zawodowe niepełne. Ostatnie miejsca zatrudnienia: zakład pogrzebowy, sortownia śmieci, firma budowlana. Większość prac bez umowy. Ale inteligencji mu nie brakuje. Jak go pytasz, za co dostał dozór, to odpowiada pytaniem, czy masz tyle czasu, żeby tego wszystkiego wysłuchać. Ogólnie to spraw naliczył sześć. Głównie napaści na policjanta. Ale jest też rozbój i zniszczenia mienia. Ma taką koncepcję, że problemy się zaczynają, kiedy jest Alek plus alkohol plus policjant. Ostatnio wyłączył z równania alkohol i od kilku miesięcy jest spokój.

Ojciec mówi o nim z filozoficznym dystansem: – Chłopak do łatwych nie należy, ale nie można go skreślać. Zna temat, bo sam musiał trochę posiedzieć, żeby tego filozoficznego dystansu nabrać. Teraz ma pięciu synów, spokojne życie i zatarty wyrok. Ale tylko w papierach, bo w głowie tak łatwo się nie zaciera. – Ludzie mówią, że co to za kara. Siedzi w domu i telewizję ogląda. W więzieniach też siedzą i oglądają telewizję. Roboty im nie dają, na łóżku cały dzień siedzą, to jaka różnica, czy w domu odsiedzi, czy w więzieniu? – pyta. Alek siedział w areszcie 4,5 miesiąca. Później miał bransoletkę. Teraz znów mu założyli, bo odwiesili mu kolejny wyrok. W marcu miał ślub. Ale tuż przed porodem zmarło im dziecko, a w grudniu odeszła od niego żona, bo kompletnie sobie po tej śmierci nie mogli ułożyć życia.

Sąd go docisnął. W tygodniu ma aż 20 godzin dziennie dozoru, czyli obowiązku przebywania w pobliżu centrali. W weekend – 22 godziny. Czasu wystarcza tylko na przygotowanie opału pod domem, wyskoczenie do sklepu. No i ewentualnie jakieś spotkanie w sprawie pracy – ale takich z obrączkami to nikt nie chce. Co go boli. Bo – jak mówi – gdy człowiek jest taki pęknięty, to sam z własnymi myślami wolniej się goi. Ojciec widzi to optymistyczniej: na zakręcie jest, ale jeszcze z niego nie wypadł.

Za miesiąc odsiadki w obrączkach podatnik płaci 564 zł 25 gr. Czyli prawie 2 tys. mniej, niż gdyby skazany siedział w prawdziwym więzieniu. Jeśli pracuje, płaci podatki i sam utrzymuje własną rodzinę. W sumie same plusy. – Wbrew obawom procent osób, które łamią zasady odbywania kary w SDE, też nie jest duży – dodaje sędzia Piotr Hejduk. – W okręgu poznańskim to ok. 15 proc. To zdecydowanie mniej niż procent osób, które wychodzą na warunkowe zwolnienie i popełniają w okresie próby kolejne przestępstwo lub nie stosują się do nałożonych obowiązków. I w efekcie ponownie trafią do więzienia.

Wielkim zwolennikiem SDE jest również były minister sprawiedliwości, a obecny szef nadzwyczajnej sejmowej komisji do spraw zmian w kodyfikacjach Krzysztof Kwiatkowski. Jego zdaniem system się sprawdził: – Ma bardzo dobre oddziaływanie społeczne i resocjalizacyjne. Pozwala w godnych warunkach odbywać karę tym, których stopień demoralizacji jest niski, ale z różnych, często życiowych przyczyn weszli w konflikt z prawem.

Sceptycznie nastawiony do SDE ekspert mówi, że trudno jednoznacznie powiedzieć, że system się sprawdził, skoro nie zrobiono żadnego niezależnego audytu ani badania socjologicznego na próbce osób skazanych na SDE. Ale pod nazwiskiem nie chce tego powiedzieć.

W Sejmie jest już projekt ustawy, która na stałe wpisuje SDE do polskiego porządku prawnego. Mówi się nawet, że z czasem mogłaby być to kara wymierzana już w pierwszej instancji. Poparcie dla pomysłu deklarują niemal wszystkie opcje. Zresztą politycy nie bardzo mają wyjście. Ostatnie nowe więzienie wybudowano 5 lat temu. Polskie zakłady karne mają współczynnik zaludnienia na poziomie 99,6 proc. A w 2017 r. czeka nas fala Polaków osadzonych w innych krajach, którzy po zmianie unijnego prawa będą musieli odbywać karę w Polsce. W SDE jest obecnie 5050 skazanych. W sumie przez system przewinęło się 16 377 osób. Gdyby nie elektroniczny monitoring, system więziennictwa już dawno by się zapchał. A ludzie miesiącami czekaliby na odbycie kary.

Kołderka pod nogi

Na kontynuowanie eksperymentu namawia też mama Pawła. Choć bardzo się martwiła, jak to będzie z tym więzieniem w domu. Niby wiadomo, że siedzieć w domu to zawsze lepiej niż w prawdziwym więzieniu. Ale straszyli, że będą w nocy kontrolować, czy bransoletki sobie nie zdjął. Albo jak tu zaprosić do domu koleżanki, jak się ma więzienie?

Stacji pilnującej od razu nie polubiła. A jak pierwszy raz ta maszyna zapiszczała, że skazany zbytnio się oddala, mama Pawła chciała brać walerianę. Ale nie musiała, bo Paweł na łóżku kazał się jej położyć, ręcznik zwinął i pod nogi podłożył. Dwie godziny tak przeleżała i wszystko sobie w głowie ułożyła. Policzyła nawet dokładnie, że ostatni raz tak się nią zajął jakieś trzy lata temu. A później to już różnie bywało.

Znowu jej się słabo zrobiło, jak sobie przypomniała przeszukanie w domu. Ale wzięła się w garść, bo już plan miała jasny. Okulary wyczyściła. Worek z motkami znalazła, dwa dni później serweta była gotowa. Taka z dużą dziurką, żeby było jak antenkę przewlec. Pawełkowi kazała przykryć serwetą stację pilnującą, bo sama do tego diabelstwa bała się podchodzić. Serweta na wymiar była robiona, więc zakryła całe urządzenie i jeszcze zwisała po bokach. Mama Pawła znowu się poczuła jak we własnym domu. Po koleżanki zadzwoniła. Na południe umówiła się, jak Pawełek jest w pracy, żeby pytań nie zadawały mu trudnych.

Pięć miesięcy, dwa tygodnie i trzy dni już tak razem siedzą. To znaczy ona nie musi siedzieć. Ale złapała się na tym, że jak jemu zaczyna się kara, to i ona nigdzie nie wychodzi, żeby mu się przykro nie robiło. Seriali nie chce z nią oglądać, ale śniadania, kolacje – wszystko razem, jak za dawnych czasów. Teraz mama Pawła bardziej się martwi, jak to będzie, gdy mu już tę bransoletkę z nogi zdejmą. Czy zniknie także ten odmieniony Pawełek?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Dinary, solidy i euro

Euro nie jest pierwszym wspólnym pieniądzem w Europie. Jaka lekcja płynie z historii jego protoplastów?

Krzysztof Iszkowski
14.03.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną