Polska odpada z siatkarskich ME

Równaj w dół
Porażka polskich siatkarzy na mistrzostwach Europy jest tak samo logiczna, jak wcześniejsze sukcesy.

Ta porażka boli nie mniej, niż klęska na ubiegłorocznych igrzyskach w Londynie. Wtedy jednak widoczne gołym okiem problemy zostały przez siatkarskich prominentów oraz większość komentatorów zbagatelizowane, a zamiast rzetelnej analizy, zaczęto dorabiać ideologię do faktów. W skrócie: że polscy siatkarze podlegają ruchom sinusoidalnym, a więc po każdym sukcesie następuje klęska, więc nie ma cię przesadnie przejmować, bo po roku chudym na pewno przyjdzie tłusty.

Tymczasem nie przyszedł. Porażki stały się smutną codziennością, spadliśmy do drugiej ligi, są uzasadnione obawy, czy po przyszłorocznych mistrzostwach świata (po raz pierwszy w historii organizowanych na polskiej ziemi) kibice znów nie utoną we łzach. Za ostatnie porażki prawie na pewno zapłaci trener Andrea Anastasi, który ma swoje grzechy, przede wszystkim uparte stawianie na ulubieńców.

Sprowadzanie problemu polskiej reprezentacji do osoby trenera to uproszczenie, poniekąd naturalne w atmosferze klęski, gdy kozioł ofiarny jest usilnie poszukiwany. Być może Anastasi jest nadmiernie pewny siebie oraz ufny w genialną prostotę własnych pomysłów, ale trudno uciec od pytania: czy to normalne, że w siatkarskiej krainie obfitości, którą ponoć jesteśmy, jest taka posucha na kluczowych pozycjach – rozegraniu i ataku?  

Niestety, potencjał stworzony przez srebro mistrzostw świata sprzed siedmiu lat, został roztrwoniony. Szybko zapomniano, że tamten sukces był całkiem logiczny, bo srebrna drużyna Raula Lozano opierała się na juniorskich mistrzach świata z 1997 i 2003 roku. Zamiast dalej budować od podstaw, siatkarscy działacze skupili się na propagandzie sukcesu, stwarzając wrażenie, że siatkówka to u nas samograj.

Ostatni ciąg porażek też jest logiczny: kluby ligowe nie widzą interesu w szkoleniu młodych siatkarzy, wolą kupować gotowych obcokrajowców. Działacze nie są w stanie wyprodukować przepisów zachęcających kluby do stawiania na młodych zdolnych, z których korzyści może mieć reprezentacja. Ekipa prezesa Mirosława Przedpełskiego od lat marnotrawi pieniądze, jednak te praktyki są skutecznie zamiatane pod dywan. Skoro tak źle dzieje się za kulisami, nie dziwmy się, że i na głównej scenie też klapa. 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną