Kraj

Lewica skazana na mniejszość

Dlaczego mamy w Polsce tak marną lewicę?

Miller i Palikot, obaj mają niewielką zdolność do kooperacji. Miller i Palikot, obaj mają niewielką zdolność do kooperacji. Witold Rozbicki / Reporter
Czy lewica jest w stanie zastąpić Platformę Obywatelską, gdyby ta się już do reszty zmęczyła władzą i trzymaniem od niej z dala PiS? Jednak ten mityczny lewicowy elektorat lewicy jakoś nie chce się mocno odezwać.
Impuls peerelowskiej nostalgii został w znacznej części przejęty przez Jarosława Kaczyńskiego.Krystian Maj/Forum Impuls peerelowskiej nostalgii został w znacznej części przejęty przez Jarosława Kaczyńskiego.
Cezary Michalski – publicysta, eseista, prozaik. W latach 90. XX w. członek środowiska młodych konserwatystów skupionych wokół prezesa TVP Wiesława Walendziaka, zwanych pampersami.Jarosław Wojtalewicz/EAST NEWS Cezary Michalski – publicysta, eseista, prozaik. W latach 90. XX w. członek środowiska młodych konserwatystów skupionych wokół prezesa TVP Wiesława Walendziaka, zwanych pampersami.

Polska jest dziś w Unii Europejskiej krajem największych bodaj społecznych rozwarstwień i najsłabszego zorganizowania pracowników (w tym jednego z najniższych w starej i nowej Europie wskaźnika uzwiązkowienia). Jesteśmy państwem, który istotnie „przetrwał kryzys”, ale te ewidentne sukcesy są osiągane w formule gospodarki peryferyjnej, dostarczającej produktów nisko przetworzonych, której największą konkurencyjną przewagą nie jest innowacyjność, ale niskie koszty pracy (czym z zaskakującą szczerością chwalą się zarówno polskie elity biznesowe, jak też nasi rządzący). Rezerwy takiego modelu transformacji są na wyczerpaniu, o czym przekonują nas nie tylko prawicowi populiści, ale także bardziej wyważone diagnozy Jerzego Hausnera.

Napięcia społeczne generowane przez taki model transformacji powinny sprzyjać lewicy. Sprzyjają jednak populistycznej prawicy, budują prawicową hegemonię, do której dopasowywać się muszą nie tylko Jarosław Gowin, ale nawet Leszek Miller (przynajmniej, kiedy chce rządzić) czy Janusz Palikot, gdy dowiaduje się ze swoich badań, że jego antyklerykalny i obyczajowo postępowy elektorat mieszczański nie chce jednocześnie płacić podatków na „socjalnych darmozjadów” i nie wiąże żadnych nadziei z „państwowym molochem”.

Każdy sobie

Elektorat lewicowo-liberalny w Polsce zawsze był mniejszy, niż 41 proc. zdobyte w 2001 r. przez SLD. Nawet wówczas analitycy Sojuszu liczyli go na 17 proc., co sprawiało, że Leszek Miller potrzebujący większości wyciszał konflikt swojej formacji z Kościołem i obniżał podatki. Jego polityczna skuteczność – przynajmniej do wybuchu afery Rywina – była skutecznością konserwatywnego państwowca, którą głośno zachwycają się dzisiaj nawet Ludwik Dorn i Jan Rokita, a prywatnie także Jarosław Kaczyński i Donald Tusk.

Dziś o ten elektorat konkurują jednak dwaj bardzo ambitni politycy, Miller i Palikot. Obaj mający niewielką zdolność do kooperacji. Miller pamięta, jak pod hasłami poszerzenia, otwarcia, wielonurtowości lewicy politycznie zlikwidowano zarówno jego osobiście, jak też zdemolowano siłę jego partii. Ma też prawdziwą obsesję LiD (koalicji Sojuszu z politykami dawnej Unii Wolności), który rzeczywiście okazał się katastrofą, bowiem nawet lista wyborcza złożona z najsympatyczniejszych celebrytów, o najsympatyczniejszych poglądach i wizerunkach, nie zastąpi partii z silnym przywództwem, aparatem i zakorzenieniem społecznym.

Palikot jest z kolei klasycznym politycznym bonapartystą, który nie budzi zaufania jako potencjalny partner do długofalowej współpracy. Napoleon był przez krótki czas członkiem Dyrektoriatu, ale przecież wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę marzy o zostaniu cesarzem. Palikot sam wiedzący najlepiej, że jako symbol „koalicyjności w polityce” nie jest wiarygodny, postanowił wykorzystać dźwignię Kwaśniewskiego. Tyle że były prezydent jako odległy patron będzie nieskuteczny, a jako realny polityczny lider wrócić wciąż się obawia. Zatem dzisiejszemu centrolewowi pozostają Miller i Palikot mogący się wzajemnie blokować jeszcze przez 10 lat. A zamiast budowania synergii pomiędzy nimi (Miller mógłby walczyć o elektorat socjalny z Kaczyńskim, a Palikot o młode liberalne mieszczaństwo z Tuskiem i Gowinem), mamy kanibalizm osób, idei i struktur. Osłabiający całą liberalno-lewicową część polskiej sceny politycznej. Sprawiający, że prawicowa hegemonia staje się jeszcze bardziej uciążliwa i niebezpieczna – dla naszej polityki europejskiej, dla praw mniejszości, dla praw kobiet. Dla całej zapadnickiej agendy, jaką realizowaliśmy w polityce wewnętrznej i zagranicznej po 1989 r.

Mieszczaństwo kontra wykluczeni

Personalny konflikt przesłania jednak kłopot poważniejszy. Tym, co naprawdę paraliżuje polską lewicę, jest trwałe rozdzielenie skłonnego do populizmu elektoratu lewicy plebejskiej i postępowo-liberalnego elektoratu lewicy mieszczańskiej. To nie jest problem wyłącznie polski. We Francji całe okręgi przechodziły kiedyś spod rządów socjalistów i komunistów pod rządy Frontu Narodowego, kiedy strach przed emigrantami „kradnącymi nam pracę” zderzył się z postępowymi postulatami tolerancji, multikulturalizmu – i z nimi wygrał. Dziś populistyczna prawica antysystemowa odnosi analogiczne sukcesy w całej Europie, także w oparciu o lęki plebejskiego elektoratu wydzieranego mainstreamowej, mieszczańskiej lewicy.

 

Ale problem polskiej lewicy jest też bardziej lokalny. Można go nazwać skrajnym brakiem wrażliwości społecznej znacznej części nowego polskiego mieszczaństwa, które po raz pierwszy od 60 lub nawet 150 lat może zacząć dziś wreszcie zaspokajać swój głód dóbr materialnych. W tej sytuacji przekonanie tej warstwy społecznej do podzielenia się z „wykluczonymi” jest na razie poza granicami politycznego realizmu. Typowy nowy polski mieszczanin (mówię tu o przypadku bardzo konkretnym, a jednocześnie absolutnie symptomatycznym), jeśli uda mu się rozkręcić – zresztą dzięki własnemu realnemu talentowi i ciężkiej pracy – swój pierwszy biznes, z pierwszego zysku szybciej kupi sobie lexusa, niż przeniesie swojego pierwszego pracownika z umowy śmieciowej na etat.

Nowe polskie mieszczaństwo jest zbyt wygłodniałe, aby pozwolić sobie na solidarność społeczną. Z kolei „wykluczeni” polskiej transformacji widzą, że nowe polskie mieszczaństwo zbyt jawnie nimi pogardza.

Przegrana z kontrreformacją

Istnieją też kulturowe przyczyny, głęboko zakorzenione w polskiej historii, dla których potencjalny społeczny elektorat lewicy jest trwale związany przez nielewicowe języki i partie. Zacznijmy od historii dalszej.

W Polsce katolicka kontrreformacja ostatecznie i nieodwracalnie zwyciężyła w momencie, kiedy kończył się nasz Złoty Wiek, a rozpoczynał głęboki kryzys polskiego państwa i wspólnoty politycznej. Kontrreformacyjny Kościół skorzystał z tego kryzysu. Im bardziej świecka Polska słabła, tym bardziej kontrreformacyjny polski Kościół stawał się silniejszy, pocieszając Polaków po klęskach, wchłaniając i przekształcając, odpolityczniając i „umaryjniając” postulaty społeczne, polityczne, świeckie. Kontrreformacyjny Kościół jest skutecznym wrogiem każdej świeckiej ideologii, z lewicową na czele.

Nigdzie tam, gdzie był silny, takich brewerii nie było. Chyba że nagle się pojawiały, ale wtedy władza kontrreformacyjnego Kościoła była obalana, nieraz bardzo brutalnie. Polska to dzisiaj najwierniejsza w Europie córa kontrreformacji. Inne dawne kontrreformacyjne mocarstwa, jak Hiszpania, Włochy czy Austria, przeszły proces sekularyzacji, pod jego wpływem trwale się podzieliły. Wyodrębniły silną lewicę i nurty liberalne. Polska pozostaje jednak krajem, gdzie kontrreformacyjny Kościół nadal wychwytuje wszystkie słabości świeckiego społeczeństwa i buduje z nich własną świecką siłę. A rzadko robi to choćby na sposób wczesnego Wojtyły, zwykle robi to na sposób abp. Michalika, abp. Głódzia, o. Rydzyka czy ks. Oko.

Paradoksalnie także nostalgia za PRL – mimo że PRL było także okresem społecznego awansu niemającego w polskiej historii żadnego odpowiednika pod względem skali – dzisiejszej polskiej lewicy raczej szkodzi. Utrudnia jej odbudowę w formule nowoczesnej socjaldemokracji pogodzonej z pluralistycznym liberalnym ładem. Nostalgia za Gierkiem czy wręcz za Gomułką to dziś raczej jeden z nurtów zachowawczych, pełen resentymentów wobec liberalnych przemian, wynikających z nich nowych zjawisk i tożsamości – nie mniej żarliwych niż te, jakie wyraża polski kontrreformacyjny katolicyzm.

Może właśnie dlatego ten potencjalnie „lewicowy” (wykorzystywany ze zmiennym szczęściem przez Leszka Millera, choć raczej pragmatycznie niż z wiarą) impuls peerelowskiej nostalgii został w znacznej części przejęty przez Jarosława Kaczyńskiego. Jego „antykomunizm” zawsze celował nie w komunistów czy nawet postkomunistów, ale w Wałęsę, w ludzi dawnej Unii Wolności, ostatnio w polityków PO.

Przynosi mu to zresztą sympatię wielu peerelowskich nostalgików, dla których Wałęsa, Michnik czy Niesiołowski to wciąż wielcy psuje, którzy zniszczyli dawny poukładany świat. Także okazywana przez Kaczyńskiego, szczególnie w kampaniach wyborczych, sympatia dla „gierkowskiej mocarstwowości”, konsekwentne korzystanie z gomułkowskich tropów „naturalnej antyniemieckości”, „obrony Ziem Odzyskanych”, niechęci do „wyobcowanych elit” – wszystko to sprawia, że Jarosław Kaczyński jest szczerym wyrazicielem nostalgii wielu naszych rodziców i dziadków za PRL – uporządkowaną, purytańską, pozbawioną zbyt jaskrawych różnic społecznych, estetycznych, ideowych.

 

Przyjaciele ludu

Kontrreformacyjna zachowawczość polskiego społeczeństwa sprawia, że napięcia i postulaty społeczne – sprawiedliwości, równości szans, obrony słabszych – są łatwo przekładalne na język kulturowego prawicowego tradycjonalizmu. Co także blokuje możliwość rozwoju lewicy. Łatwiej w dzisiejszej Polsce o neokonserwatywne przeformułowanie i polityczne przechwycenie teoretycznie lewicowych roszczeń społecznych.

To zjawisko znane z USA. Neokonserwatywni miliarderzy, lobbyści kongresowi i gwiazdy konserwatywnych mediów mobilizują bezrobotnych albo pracujących za pensję minimalną rednecków (karki) ze Środkowego Zachodu czy Południa USA przeciwko „liberałom pragnącym podnosić podatki, promować gejów i niszczyć religię”. Mimo że to miliarderzy, konserwatywne gwiazdy medialne i kongresowi lobbyści mają dochody, które od podnoszenia podatków mogłyby ucierpieć, a amerykańskie „karki” są zazwyczaj beneficjentami redystrybucji, nawet jeśli o tym nie wiedzą albo sami przed sobą nie chcą się do tego przyznać.

Polska wersja tego zjawiska to Bronisław Wildstein, Rafał Ziemkiewicz, Jan Pospieszalski czy Wojciech Cejrowski, montujący pod hasłami niższych podatków i szacunku dla wiary „koalicje społecznego gniewu” z szeregowymi związkowcami z NSZZ Solidarność czy obrońcami Telewizji Trwam. Mimo że dochody szeregowych związkowców czy emerytów broniących o. Rydzyka nigdy nie weszłyby w jakąkolwiek wyższą stawkę podatkową, z jaką Cejrowski, Ziemkiewicz, Wildstein czy Pospieszalski musieli się wielokrotnie borykać. Kontrreformacyjna zachowawczość, obawa przed „nihilizmem idącym z Zachodu”, wrogość do świeckiego liberalnego ładu odcina wychowywany w taki sposób lud od lewicy. Niezależnie od tego, czy Palikot będzie używał Ikonowicza czy Gibały, i niezależnie od tego, czy Leszek Miller będzie obniżał CIT czy opowiadał się za przywróceniem wyższego progu podatkowego w PIT.

Dorasta już co prawda pokolenie, które nie rozumie specyficznej roli Kościoła w polskiej tradycji oraz życiu społecznym i politycznym. Nie oglądało żadnego polskiego powstania (aż po zdławienie Solidarności w latach 80. włącznie), po którego klęsce na pobojowisku zawsze pojawiali się katoliccy kapłani, niosąc pocieszenie. Nie zna diagnoz Brzozowskiego i Dmowskiego (które obaj formułowali zresztą jako ludzie niewierzący), że polska kultura i cywilizacja są katolickie, bo żadnej świeckiej formuły cywilizacyjnej w swojej historii Polacy stworzyć nie umieli.

To nowe pokolenie ogląda już na co dzień Europę Zachodnią, czyli miejsce, gdzie istnieją zarówno silne tradycje religijne, jak też silne i równoprawne tradycje świeckie. To pokolenie nie rozumie zatem głębszych przyczyn obecnej klerykalizacji polskiego życia społecznego i politycznego. Dopóki jednak w polskiej polityce i w życiu społecznym dominują pokolenia wcześniejsze, rozumiejące i wybaczające zarówno wszystkie świeckie patologie polskiego Kościoła, jak też klerykalny oportunizm znacznej części polskiej klasy politycznej, dopóty lewica, liberalizm, a właściwie każda świecka propozycja polityczna – są w Polsce skazane na mniejszość.

 

Cezary Michalski – publicysta, eseista, prozaik. W latach 90. XX w. członek środowiska młodych konserwatystów skupionych wokół prezesa TVP Wiesława Walendziaka, zwanych pampersami. W latach 2006–08 zastępca redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”. W 2007 r. w gronie dziennikarzy apelujących o lustrację mediów. Od 2010 r. komentator „Krytyki Politycznej”.

Polityka 3.2014 (2941) z dnia 14.01.2014; Polityka; s. 25
Oryginalny tytuł tekstu: "Lewica skazana na mniejszość"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Dlaczego Donald Trump nie zatańczy na TikToku?

Gdy jedni prezydenci pokazują się na TikToku, inni próbują go zbanować. Popularna wśród młodzieży – i nie tylko – aplikacja już została usunięta z Indii. Następne będą USA?

Michał R. Wiśniewski
12.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną