Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kraj

Dzieci prawdziwie resortowe

Dlaczego więc w ogóle na to dzieło reagujemy? Najprościej: bo zostały przekroczone kolejne granice łajdactwa. Dlaczego więc w ogóle na to dzieło reagujemy? Najprościej: bo zostały przekroczone kolejne granice łajdactwa. Mirosław Gryń / Polityka
Wraz z kolejnym prawicowym wzmożeniem, podkręcanym nadziejami na objęcie władzy przez PiS, wraca jeden z tematów tej formacji – lustracja, tym razem w wersji zupełnie groteskowo-absurdalnej.
Ktokolwiek zagląda do tzw. niepokornej prasy i jej portali internetowych, nie znajdzie w tej publikacji wiele nowego.Mirosław Gryń/Polityka Ktokolwiek zagląda do tzw. niepokornej prasy i jej portali internetowych, nie znajdzie w tej publikacji wiele nowego.
materiały prasowe

Od paru tygodni jest w sprzedaży książka pt. „Resortowe dzieci. Media”, napisana przez autorów „Gazety Polskiej” – Dorotę Kanię, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza. Na okładce grupka postaci w czerwonych krawatach: Monika Olejnik, Adam Michnik, Zygmunt Solorz, Jacek Żakowski, Tomasz Lis, Janina Paradowska, Jerzy Baczyński, Robert Kwiatkowski, ale indeks nazwisk obejmuje z półtora tysiąca pozycji. Teza wyłożona we wstępie: właściwie wszyscy szefowie i „luminarze” najbardziej opiniotwórczych i niepisowskich mediów – TVN, Polsatu, TVP, POLITYKI, „Gazety Wyborczej”, radiowej Trójki – „wywodzą się z tego samego komunistycznego środowiska”. Dowody przedstawione w książce to wybór rozmaitych materiałów peerelowskich służb specjalnych z kilkudziesięciu lat, udostępnionych autorom przez IPN.

Książka ma spore powodzenie w kręgach czytelników prawicowej prasy, bo dokładnie odpowiada lansowanej tam wizji III RP jako spisku komunistycznych elit wraz z pseudoopozycją o komunistycznych i na ogół żydowskich korzeniach, symbolizowana przez Adama Michnika. Książka może też być atrakcyjna dla jakiejś części tabloidowej, „pudelkowej” publiczności, bo autorzy przywalają medialnym celebrytom, ujawniając ich „prawdziwe” nazwiska, obnażając powiązania i niezasłużone kariery.

Dorota Kania, pytana w „Rzeczpospolitej” przez Roberta Mazurka o to, dlaczego wśród resortowych dzieci pominięto wielu zasłużonych dziennikarzy prawicowych (w tym także współautora książki Jerzego Targalskiego), choć oni sami lub ich rodzice byli w PZPR lub w tzw. służbach, rozbrajająco odpowiada: „kryterium było proste, zachowanie dziennikarzy w III RP i ich stosunek do najważniejszych spraw: lustracji, dekomunizacji, likwidacji WSI oraz do katastrofy smoleńskiej”. „Kłania się zasada Göringa – ironizował Mazurek – »To ja decyduję, kto jest Żydem«. Wy decydujecie, kto jest resortowym dzieckiem”. (Bardzo dostało się Mazurkowi za te złośliwości na prawicowych forach).

Ktokolwiek zagląda do tzw. niepokornej prasy i jej portali internetowych, nie znajdzie tu wiele nowego, prawie wszystkie informacje i insynuacje były już publikowane. Dotychczas niewiele opisywanych osób zdecydowało się na wytoczenie autorom procesów sądowych, wychodząc zapewne z założenia, że byłoby poniżające jakiekolwiek tłumaczenie się z własnych życiorysów przed Kanią i Targalskim. Tym razem tak pewnie nie będzie – na początek pozew złożył Jacek Żakowski (uprzedzając wyrok, wydawnictwo w dodrukowanych egzemplarzach już zasłoniło znakiem zapytania portret Żakowskiego); także Piotr Pytlakowski z naszej redakcji zdecydował się na drogę sądową; pojawiają się informacje o zamiarach złożenia pozwów przez inne osoby wymienione w książce.

Właściwie trudno powiedzieć, co lepsze: ignorować, bo wytknięcie wszystkich popełnionych w książce nadużyć wymagałoby setek stron sprostowań i komentarzy, co technicznie jest niewykonalne i moralnie absurdalne, czy jednak spotykać się przez lata w sądach z autorskim tercetem (sprawa przeciwko Dorocie Kani o wymuszanie 270 tys. zł łapówek na rodzinie aresztowanego Marka Dochnala ciągnie się już z 5 lat). Co można uzyskać w takim procesie? Przeprosiny? Jaką one mają wartość? Wymuszone przyznanie się do manipulowania materiałami? Cóż, uchwalona przez polskie państwo ustawa o IPN daje osobom podającym się za dziennikarzy prawo wglądu we wszystkie akta dowolnie wybranych osób i robienia z nich dowolnego użytku. A że inni dziennikarze, poza grupką „niepokornych”, z tego nie korzystają, to ich sprawa. Na tym od lat polega lustracja po polsku. I żaden z zawodowych historyków zatrudnianych przez IPN nawet nie pokusi się o recenzję warsztatowych i moralnych harców, wyczynianych z osobistych, biznesowych i politycznych pobudek.

Dlaczego więc w ogóle na to dzieło reagujemy? Najprościej: bo zostały przekroczone kolejne granice łajdactwa. Jeśli nie ma atrakcyjnego materiału na „luminarza”, szuka się haków w życiorysach rodziców (na ogół już nieżyjących), wśród rodzeństwa, powinowatych, znajomych, małżonków. Tu nikt nie ma prawa do obrony, do prywatności, do ochrony czci, nawet spokoju swoich zmarłych. To druga lustracyjna fala, jeszcze gorsza, jeszcze mniej przyzwoita od pierwszej (gdzie, przynajmniej w teorii, chodziło o bezpieczeństwo państwa), bo zakładająca jakąś genetycznie dziedziczoną zdradę, istnienie całych rodzinnych klanów, środowisk, grup, które przez dekady knuły, jak zaszkodzić Polsce. To swoista zapowiedź tego, co z jeszcze większą siłą może uderzyć, gdyby PiS miało powrócić do władzy.

„Czy to nie jest obrzydliwe – pytają sami siebie autorzy – wyciągać życiorysy ojców i matek? Przecież dzieci nie miały żadnego wpływu na ich działalność”. I sami odpowiadają: „Chodziło nam o ukazanie środowisk, w których wychowywali się medialni decydenci. W ich domach nie śpiewało się kolęd, nie chodziło na pasterkę, nie wywieszało flagi na 11 listopada, a dziadek nie opowiadał o swoim udziale w wojnie przeciwko bolszewikom (chyba że po przeciwnej stronie)”. Okazuje się, że setki, a może i tysiące takich ludzi pracuje dzisiaj w głównych polskich mediach.

Autorzy zresztą zapowiadają więcej tego samego. Po tomie o mediach przyjdzie kolej na biznes, naukę, polityków. Według tej samej metody. Ponieważ już trochę odwykliśmy od „publicystyki lustracyjnej”, warto na przykładzie „Resortowych dzieci” wskazać na parę cech szczególnych tego przedsięwzięcia.

Wszyscy „bohaterowie” książki trojga autorów przedstawiani są niemal wyłącznie przez pryzmat szczątkowych i celowo dobranych dokumentów SB. Nie istnieje w ich życiu nic, co nie zostało zapisane przez peerelowskie służby. Żadna publiczna działalność, żadne własne dokonania, dorobek, publikacje – liczą się tylko, choćby jednorazowe, kontakty z SB, biurem paszportowym, pracownikami wywiadu, kontrwywiadu, milicją czy urzędnikami partyjnymi. Każde podanie do władz PRL jest kompromitujące. Każdy podpis pod rutynowym (i na ogół nierespektowanym) oświadczeniem o zachowaniu w dyskrecji kontaktów ze służbami PRL jest równoznaczny z podjęciem współpracy.

 

Najczęściej powtarzanym zarzutem jest, że ktoś „został zarejestrowany jako…”, przy czym bez znaczenia jest, czy obiekt w ogóle był świadomy tego faktu (służby na ogół nie informowały o swoich procedurach) ani czy została podjęta jakakolwiek tajna i świadoma współpraca – takich przykładów, zwłaszcza gdy zarejestrowany mógł szkodzić jakimś innym osobom, jest zresztą w książce niewiele i zwykle dotyczą osób dawno zmarłych. Nie ma też znaczenia, czy obiekt zainteresowania służb był rejestrowany jako tajny współpracownik TW czy bierny kontakt operacyjny KO, osobowe źródło informacji, kontakt służbowy czy też zwyczajnie był inwigilowany i podsłuchiwany (lub jak Piotr Pytlakowski jedynie pracował w szpitalu MSW jako sanitariusz) – jest w archiwach IPN/SB, znaczy jest winien. A ujawnienie tajnego dotychczas dokumentu ma przecież siłę odkrywania Prawdy. (Zresztą „Resortowe dzieci” na tylnej okładce mają dziwaczną adnotację: „Książka została zatwierdzona przez Ministerstwo Prawdy”, fakt – określenie z Orwella bardzo do tej publikacji pasuje).

Nie chodzi o to, że w środowisku medialnym PRL nie było agentury SB, bo była; że niektórzy czynni do dziś dziennikarze nie współpracowali z władzami PRL, bo czynili to z różnych, małych i dużych pobudek, również i tak oczywistych, że uznawali tamto państwo za swoje, próbowali w nim i z nim żyć, robić jakieś kariery. To dopiero logika lustracyjna wcieliła zasadę, że prawo działa wstecz i coś, co było wtedy systemem państwa, dziś jest nielegalne.

Trudno zaprzeczyć, że miliony ludzi żyjących w tamtych czasach nie prowadziły i nie miały zamiaru prowadzić żadnej działalności opozycyjnej (co dla duetu Kania-Targalski jest ewidentnie niedopuszczalne). Ale – mówiąc poważniej, choć to nie jest dobra okazja do jakiejkolwiek poważniejszej dyskusji – historia PRL to jednocześnie dość budująca opowieść o poszerzaniu, w niezliczonych utarczkach z systemem, pola osobistej i środowiskowej wolności, także wolności słowa i publicznej debaty, czego ówczesna POLITYKA jest jednym z przykładów. Ja sam należę do pokolenia Solidarności, które wobec PRL nie miało już złudzeń ani nadziei, ale wiem, jak wielu porządnych ludzi takie nadzieje na różnych etapach historii żywiło, i nie śmiałbym ich życia lustrować według jakichś dzisiejszych kryteriów politycznej czystości. (Ale cóż, zapewne nigdy nie osiągnę standardów moralnych i patriotycznych Doroty Kani).

Żeby się nie dać zwariować, przy poprzedniej fali lustracyjnej, za rządów PiS, przyjęliśmy w POLITYCE zasadę, że każdy z naszego środowiska, na kogo wyrzucono „kwity”, ma prawo złożenia wyjaśnień, a surowi będziemy jedynie wobec tych pracowników redakcji, którzy intencjonalnie szkodzili kolegom. Dotychczas nie znaleźliśmy ani jednego takiego przypadku. I nie znajdujemy ich na dziesiątkach stron poświęconych POLITYCE w dziele Kani-Targalskiego-Marosza.

Pisowska metoda lustracyjna polega na tym, że żaden z „ujawnionych” dokumentów nie ma glosy, nie jest konfrontowany z samym opisywanym, ze świadkami, z rzeczywistością, z faktami, z innymi zapisami. Nie ma tam żadnej prawdziwej opowieści, czym był PRL, jakie dylematy mieli zwłaszcza ci, którzy byli aktywni, utalentowani i ambitni (pokazuje to dobrze książka Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim). Nikt z żyjących w PRL, jeśli dziś nie popiera PiS, nie miał prawa do naiwności i braku doświadczenia, nie mógł zmienić poglądów, popierać, a potem kontestować system, odcinać się od rodziców czy środowiska (jak w przypadku wielu najbardziej potem prześladowanych działaczy opozycji), podejmować własne gry z systemem, nawet oszukiwać bezpiekę. Dowolnie dobrany i zacytowany dokument z IPN pozostaje jedyną, ostateczną i nieodwołalną prawdą. Tu nie istnieje żaden dalszy ciąg. To świat papierowy i paranoiczny, oglądany oczami służb opresyjnego państwa, według ich kryteriów i ocen, gdzie żywi ludzie są zredukowani do numerów, notatek i raportów. Życie oglądane z perspektywy latryny. Mamy do czynienia z karykaturą historii, parodią ludzkich biografii, jednoźródłowym przekazem tworzonym przez SB, a po latach linijka po linijce przepisanym przez nieodrodne „resortowe dzieci” – Kanię, Targalskiego i Marosza.

Według tych autorów żadna z głównych niepisowskich organizacji medialnych w Polsce nie ma własnej tradycji, poglądów, dorobku, ambicji, także błędów i wahań, nie konkuruje z innymi, nie ma publicznej misji, poczucia patriotyzmu czy odpowiedzialności – jest tylko esbeckim projektem, realizowanym przez byłych agentów, „genetycznych komunistów” i środowiska kryptożydowskie.

Wciąż nie wiem, czy warto z autorami tych tez spotykać się w sądzie. Paradoks naszych czasów polega na tym, że na tych ludzi i na to, co czynią, nie ma dziś, poza ludzkim osądem, ani prawa, ani sprawiedliwości.

PS

Jako jeden z okładkowych bohaterów „Resortowych dzieci” chciałbym jeszcze dodać parę słów na swój temat. Otóż już przed 6 laty pani Dorota Kania na łamach tygodnika „Wprost”, kierowanego wtedy przez Marka Króla, przeprowadziła moją lustrację. Ciekawe, że wówczas, choć intencje autorki były oczywiste, nie posunęła się aż do takich manipulacji jak w książce. Widać nowy etap walki wymaga udoskonalonych metod.

Nieco przymuszony okolicznościami zamieściłem wtedy w POLITYCE swoją odpowiedź. Fakty (potwierdzone zresztą opublikowanymi wtedy przez prof. Andrzeja Friszke dokumentami SB) były takie, że służby PRL traktowały mnie jak szkodnika, skarżąc się zresztą po latach (nr arch J-9453 z 28.04.1985), że „stanowczo odmówił nawiązania z nami współpracy”.

Seweryn Blumsztajn, mój niegdyś szef z Komitetu Koordynacyjnego Solidarności w Paryżu, napisał w „Gazecie Wyborczej” o artykule Doroty Kani na mój temat: „Jakże trzeba być nikczemnym i bezwstydnym, żeby pisać i publikować takie teksty”. To był styczeń 2008 r. Teraz zostałem „resortowym dzieckiem”. I znowu zaczynamy. Żeby już nie dręczyć siebie i Państwa i nie zamulać gazety sprostowaniami we własnej sprawie (a co mają zrobić inni koledzy?), odsyłam do działu kraj, gdzie otworzyłem zakładkę pt. Odnośniki i przypisy. To dla tych, którzy mają cierpliwość, ciekawość i wolę, aby „sprawdzać, jak było. Wciąż jestem zażenowany, ale na tym też polega draństwo tej książki, że nie wiadomo, co z nią robić. Odpowiadać? – Źle. Zostawić? – Jeszcze gorzej.

Polityka 3.2014 (2941) z dnia 14.01.2014; Temat tygodnia; s. 16
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną