Kraj

Żółty rower

Podziwialiśmy Janka wszyscy. I wszyscyśmy go kochali.

Człowiek bardzo wysoki na twarzy i pociągłego wzrostu – mawiał o swoim studencie rektor PWST prof. Aleksander Zelwerowicz. Kobusz do tego stopnia uszanował te słowa, że przy swoim wyglądzie postanowił pozostać przez całe życie. I tylko jego talent okazywał się coraz potężniejszy. Nie do zatrzymania.

Poznaliśmy się w czasach naszej zawodowej młodości prawie 60 lat temu – przy pracach nad „Wielokropkiem”, pierwszym telewizyjnym programie „satyrycznym”. Cudzysłów stąd, że taki on był satyryczny jak z Gomułki liberalny demokrata. Dyżurnymi obiektami kpiarskich ataków stawali się więc dozorcy, którzy nie pozamiatali ulicy, nieuprzejme ekspedientki czy kelnerzy. Popularna też była wtedy zagadka: Co to jest – białe, brudne i jak zawołać, to ucieka? Odpowiedź: Kelner. Dobrze to znam, bo sam do „Wielokropka” pisałem. Taką piosneczkę na przykład na melodię krakowiaka: „Wczoraj w autobusie, możecie nam wierzyć/Pewien pan konduktor w złości zęby szczerzył./Chybaby większego nie popełnił grzechu/Gdyby zęby szczerzył, miast w złości – w uśmiechu”.

Tę namiastkę satyry w programie wynagradzało, i to z czubem, aktorstwo dwóch Janów – Kobuszewskiego i Kociniaka. Wybitni majstrowie umieli bez słów wyrazić to, co skreśliła im cenzura.

Pamiętam jeden z wyjazdów z kabaretem Dudek do USA w latach 70. Siedzieliśmy sobie z Kobuszem w barze hotelu Edison w Nowym Jorku. I oczywiście rozmawialiśmy o Polsce. Nagle powiedział: Wyobrażasz nas sobie jako dyrektorów fabryki łożysk tocznych imienia Dzierżyńskiego? Jakie to szczęście, że obaj całe życie robimy w komedii. Przypomniała mi się wtedy moja rozmowa z Antonim Słonimskim. Jest pan bardzo do mnie podobny – powiedział pan Antoni – obaj jesteśmy niecierpliwi. Dlatego obaj piszemy komedie, żeby natychmiast mieć reakcję widzów – śmiech sali czy brawa za żart. Czekać trzy dni na recenzję w gazecie to dla mnie byłaby tortura.

Krótko mówiąc, jesteśmy w dobrym towarzystwie – podsumował Janek. I jeszcze trzeba mieć twoje poczucie humoru – dodałem – oraz tak zwaną aktorską iskrę bożą. Rozłożył ręce z miną starego zgrywusa: Sam widzisz, co ja na to poradzę?

Uuuch, miał tych iskier cały piecyk. W moich „Rozmowach przy wycinaniu lasu” w Teatrze Kwadrat (prapremiera 1975) Kobusz zagrał rolę Siekierowego. Dziesięć lat później, gdy byłem dyrektorem Teatru Dramatycznego w Elblągu, sprowadziłem to przedstawienie na gościnne występy. Sala była nabita. Spektakl graliśmy przez trzy wieczory. Ostatniego dnia po południu przyszedł do teatru starszy pan, którego nie znałem. Przedstawił się, powiedział, że z zawodu jest ślusarzem i że wczoraj po raz pierwszy w życiu był w teatrze, bo chciał zobaczyć na żywo Jana Kobuszewskiego. Mówił pojedynczymi słowami, najwyraźniej zdenerwowany tym, co zobaczył na scenie. To było przepiękne – powiedział. I tylko mam do pana dyrektora prośbę. Jaką? – zapytałem. Bo to bardzo było mi tak przykro – odparł ślusarz – że pan Kobuszewski jeździł po lesie takim rozklekotanym, zardzewiałym rowerem. Błotnik mu odpadł, koło siadło. Na mój gust to nie wypada, żeby pan Kobuszewski jeździł takim rzęchem. Dlatego ja przez noc i dzień zmontowałem – specjalnie dla takiego długiego jak on… Niech pan dyrektor wyjrzy przez okno.

Wyjrzałem. Na podwórku pod drzewem stał błyszczący, z nowiutką żółtą ramą, rower turystyczny. Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Stałem jak gamoń. A on wtedy: Proszę przekazać w prezencie ode mnie mojemu najwspanialszemu aktorowi. Ukłonił się i wyszedł.

Podziwialiśmy Janka wszyscy. I wszyscyśmy go kochali.

Polityka 40.2019 (3230) z dnia 01.10.2019; Felietony; s. 97
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną