Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kraj

Jak wygrać wybory z PiS? Dwa listy z przyszłości

Jarosław Kaczyński po wyborach parlamentarnych w 2019 r. Jarosław Kaczyński po wyborach parlamentarnych w 2019 r. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Czy jesienią przyszłego roku w powyborczy poniedziałek obudzimy się z perspektywą trzeciej kadencji rządów PiS (być może tym razem z Konfederacją)? Czy szanse na przejęcie władzy wykorzysta opozycja? Prezentujemy dwie alternatywne wersje przyszłości.

Powrót do przyszłości, czyli wybory 2023

Wybory parlamentarne 2023 za nami. Pora na pierwsze podsumowania. Jak to się stało, że PiS ponownie wygrał i – zbrojny we wsparcie prezydenta – zmierza ku rządom kolejnej kadencji, tym razem ze swoim nowym koalicjantem: Konfederacją? I co rządy takie oznaczają dla polskiej demokracji i dla pozycji Polski w Unii Europejskiej?

Warszawa, 13 listopada 2023, godz. 3:45

Późną zimą ubiegłego roku PiS targany był wewnętrznymi sporami, a katastrofalnie amatorski Polski Ład premiera Mateusza Morawieckiego, uderzając w dochody dużej części Polaków, zdawał się gwarantować wyborczą porażkę przy najbliższej okazji. Potem jednak przyszła wojna w Ukrainie, która polską politykę przedefiniowała. Dzisiaj wszystko wskazuje na to, że zamiast wielkiego powrotu premiera Donalda Tuska na stanowisko szefa rządu wróci triumfalnie Beata Szydło. Jak to się stało?

Borowski: D’Hondt, czyli jak się ułożyć, by pokonać PiS

Zdawkowa i niekonkretna deklaracja opozycji

Pomimo doświadczenia klęski zjednoczonej opozycji na Węgrzech w marcu 2022 r. liderzy opozycji dali się ostatecznie nakłonić do stworzenia wspólnej listy, ale dla wyborców nie było jasne, co dokładnie koalicja zamierza robić w wypadku wygranej. Proste, a przede wszystkim defensywne hasło walki z PiS i jego wizją Polski nie porwało większości elektoratu. Owszem, ogłoszono pewne pomysły na prawną i instytucjonalną odbudowę państwa po destrukcji czasu rządów Zjednoczonej Prawicy. Ale program karkołomnych prawniczych kombinacji powyborczych nie trafił do wyobraźni Polek i Polaków.

Z kolei brak jednego centrum decyzyjnego opozycji, a w jeszcze większym stopniu tradycyjne rozleniwienie starych elit PO zamieniły kampanię wyborczą Polskiej Koalicji Obywatelskiej w serię nieskoordynowanych działań i medialnych wpadek. Wszystko to skutecznie zniechęciło wyborców młodszych oraz dotąd niezdecydowanych, którzy w sporej części na wybory nie poszli, deklarując wprost brak odpowiednich dla siebie kandydatów.

Zresztą trudno było zapomnieć, że bardzo zdawkową i niekonkretną deklarację założycielską Polskiej Koalicji Obywatelskiej podpisano niemal ukradkiem, a jej lider, w swoim stylu, jeszcze tego samego wieczora zaczął na Twitterze ironizować na temat kwaśnych przy tej okazji min sojuszników. I tak już zostało. Zamiast pokazowego, wspólnego wyborczego entuzjazmu – nowy sojusz ugrzązł w codziennych wzajemnych uszczypliwościach.

Jażdżewski: Czym się skończy serial „jednoczenie opozycji”

Cztery przyczyny klęski opozycji

Po pierwsze, wydaje się, że koalicja opozycyjna przegrała z kretesem na polskiej wsi, odwracając tym samym tendencję najniebezpieczniejszą dla partii rządzącej, która od pewnego czasu traciła rolniczy elektorat. PSL nie odbudował jednak poparcia, bo idąc w sojuszu z „liberałami” z Platformy, nie był wiarygodny dla swoich tradycyjnych wyborców. Tym samym wynik Polskiej Koalicji Obywatelskiej na wsi okazał się gorszy niż przedwyborcze notowania samego PSL. A wyraźna dominacja opozycji w dużych miastach, podobnie jak na Węgrzech, nie wystarczyła, by „przeskoczyć” rezultat Zjednoczonej Prawicy.

Po drugie, trwająca wojna na Wschodzie przynajmniej częściowo zmobilizowała konserwatywny elektorat, głównie wiejski i małomiasteczkowy, jednocząc go wokół pobrzękującego szabelką rządu. Realna słabość polskiej armii i nieudolność PiS w jej reformowaniu nie miały większego znaczenia wobec zmasowanej kampanii propagandowej sugerującej konieczność zjednoczenia pod sztandarami PiS. Wojna pozwoliła partii rządzącej ukryć rozmiary klęski partackiej i partyjniackiej polityki zagranicznej, a widok coraz liczniejszych amerykańskich mundurów na straży polskich granic odesłał w niepamięć kłótnie z partnerami zagranicznymi i sojusznikami Polski. Opozycja z patriotycznych względów nie mogła skupić się na tym w kampanii. Wymagające narodowej jedności napięcie międzynarodowe uczyniło też drugorzędnym potencjalnie najważniejszy temat opozycyjnej krytyki rządu, czyli stan naszych relacji z Unią Europejską.

Po trzecie wreszcie, na mocy obowiązującego w Polsce systemu wyborczego zwycięski PiS zgarnął „premię” za klęskę Lewicy, która, targana personalnymi sporami i wciąż miotająca się w poszukiwaniu własnej tożsamości, nie weszła do parlamentu. 2 czy 3 proc. przewagi Zjednoczonej Prawicy nad Polską Koalicją Obywatelską, jeżeli wierzyć wstępnym sondażom, okazały się wystarczające wobec dobrego wyniku Konfederacji, z którą pomimo licznych napięć PiS udało się utrzymać swoisty pakt o nieagresji. Jak pamiętamy, było to możliwe w dużej mierze dzięki udziałowi w kampanii byłej premier Beaty Szydło. Powierzenie właśnie jej roli głównej okazało się pomysłem błyskotliwym. Nie tylko w odpowiednim momencie dyskretnie obsadzono premiera Morawieckiego w roli ukrytego agenta „liberałów”, ale też skutecznie zneutralizowano rozłamową frakcję ministra Ziobry, jasno przy tym sygnalizując drobniejszym, radykalnym elektoratom prawicowym możliwe powyborcze porozumienia.

Po czwarte i może najważniejsze, pomimo wszystkich skandali i afer partii rządzącej opozycji ani trochę nie udało się przejąć wyborców PiS. Skala przepływu głosów Zjednoczonej Prawicy do obozu Polskiej Koalicji Obywatelskiej mieści się w granicach błędu statystycznego. Co w pełni zrozumiałe, biorąc pod uwagę wiodące znaczenie PO, wrogiej wszystkiemu, co wyborca PiS sobą reprezentuje. Na długo przed kampanią wieszczono, że powrót do polskiej polityki znienawidzonego na prawicy Donalda Tuska skonsoliduje ten elektorat. Że ma on dzisiaj bardzo nisko zawieszony wyborczy „szklany sufit”, przez który trzeba się przebić, żeby wygrać wybory, przechwytując choćby kilka procent elektoratu przeciwnika. Poniewczasie można się zastanawiać, czy samodzielny start PSL wraz z jakimiś symbolicznymi postaciami, które od Zjednoczonej Prawicy po drodze odpadły, mógłby oderwać od PiS choćby ułamek jego konserwatywnego wsparcia.

Czytaj też: Jedna lista, dwie, cztery? Platforma zaprasza, chętnych brak

Jednostki politycznie pobudzone

O ile PiS, dzięki nadzwyczajnym okolicznościom historycznym, potrafił zmobilizować i utrzymać twarde jądro swojego elektoratu, o tyle chwilowo zjednoczona opozycja padła ofiarą logiki wyborczej nowych czasów. Zamiast zbiorowej decyzji na zasadzie „mniejszego zła” dziś głosują jednostki. I to jednostki politycznie pobudzone, które, wystawione na działanie mediów elektronicznych i społecznościowych, oczekują, by kandydat czy kandydatka reprezentowali ich w pełni, a więc odpowiadali w jak najdoskonalszy sposób ich osobistym sympatiom czy interesom.

Ta atomizacja sympatii i wyostrzenie politycznych emocji sprzyja, owszem, politykom i siłom radykalnym, ale przede wszystkim nie sprzyja „koalicjom rozsądku”, które przecież, jak sypiąca się właśnie po wyborach Polska Koalicja Obywatelska, zbudowane być muszą na kompromisie pomiędzy programami i ideałami swoich uczestników. W takim świecie „tożsamościowy” (straszne słowo!) wyborca musi paść ofiarą czarnej propagandy, której celem nie będzie przeciągnięcie wyborców na drugą stronę, ale zniechęcenie ich do głosowania.

Co dalej? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Koalicja PiS z Konfederacją na pewno będzie politycznie trudniejsza niż kończące się samodzielne rządy Zjednoczonej Prawicy. Może się ona rozpaść na każdym ostrym zakręcie, choćby przez spory dotyczące relacji Polski z Unią czy Rosją. I w tych potencjalnych napięciach cała nadzieja opozycji. Ale na dziś nadzieja to słaba, bo głód państwowych posad i publicznych pieniędzy ze strony polityków Konfederacji i ich rodzin zapewni PiS dłuższy okres stabilizacji władzy. Pytanie, jak ten czas wykorzysta słabnący prezes i jak szybko bratobójczą walkę podejmą jego możliwi następcy.

Czytaj też: Co słychać w sondażach? Wraca system dwóch (i pół) partii

Czas to był wojenny, czyli wybory 2023

Wybory parlamentarne 2023 za nami. Czas na pierwsze podsumowania. Jak to się stało, że – ku zaskoczeniu większości politycznych komentatorów – wybory w Polsce wygrała opozycja, a PiS, pomimo fali patriotycznych nastrojów w teorii mu sprzyjających, minimalnie przegrał? I czy w ogóle uda się teraz stworzyć stabilną rządową koalicję?

Warszawa, 13 listopada 2023, godz. 3:45

W pierwszych dniach i tygodniach brutalnej rosyjskiej agresji na Ukrainę wydawało się, że wojna u polskich granic zapewni PiS kolejną kadencję. Notowania prezydenta, głęboko zaangażowanego w międzynarodową pomoc Ukraińcom, szybowały do góry, a plany znaczącej militaryzacji państwa zdawały się dawać rządzącym swobodę w działaniach gospodarczych i obiecywały zjednoczenie Polaków pod sztandarami Partii. W dodatku opozycji nie udało się zawiązać koalicji i cztery jej najważniejsze partie poszły do wyborów osobno. Na fali euforii politycy PiS przebąkiwali nawet o wyborach przyspieszonych, by sytuację tę wykorzystać. Co więc się stało w tzw. międzyczasie?

Dudek: Entliczek, pentliczek. Ile będzie bloków na opozycji

Zaskoczył prezydent

Najpierw obserwatorów sceny politycznej zaskoczył prezydent – umocniony rozwojem wypadków, zaczął po raz kolejny wybijać się na niezależność. Utrzymując twardy kurs w sprawach wymiaru sprawiedliwości, stawił on opór pomysłom przyspieszenia wyborów parlamentarnych w sytuacji wojennej. Weto było zrozumiałe dla każdego, ale doprowadziło do nieskrywanej furii prezesa PiS. Dla wszystkich stało się jasne, że prezydent, uskrzydlony popularnością oraz nagłą sympatią dla Polski w Europie i na świecie, na koniec swojej drugiej kadencji zaczyna mierzyć w wysokie stanowiska międzynarodowe. Zadawniona rywalizacja polityków PiS z Donaldem Tuskiem znalazła w ten sposób swoje paradoksalne ukoronowanie.

Drugim czynnikiem politycznym, nie mniej paradoksalnym przynajmniej dla części komentatorów, było rozdrobnienie opozycji. Ponieważ jednak wojna na Wschodzie wiele bieżących problemów wewnętrznych i międzynarodowych unieważniła, a przynajmniej na pewien czas zamroziła, a wszystkie niemal siły polityczne prezentowały w wielu sprawach jednolity front wobec nowych wyzwań, prezesowi PiS trudno było znaleźć czytelną oś konfliktu i na nowo zdefiniować podział na „my” i „oni”. W tej sytuacji po raz pierwszy od dawna wybory w Polsce nabrały bardziej tradycyjnego, a może bardziej „europejskiego” charakteru.

Wyborcy zagłosowali zgodnie z dość naturalnymi, a nie wykreowanymi przez PiS liniami podziałów. W konsekwencji sama opozycja – stopniowo i nieformalnie, ale w sposób nieunikniony – zaczęła konsolidować się wokół dwu biegunów: liberalno-lewicowego i konserwatywnego. Przy czym wyznacznikiem tego podziału stały się nie zagadnienia ekonomiczne (bo tu, wobec wojny u polskich granic, programowe pole manewru było bardzo ograniczone), ale sprawy światopoglądowe. I oba te bieguny, bojąc się nieuchronnego, jak się zdawało, sukcesu partii władzy, zdołały przez całą kampanię utrzymać niepisany pakt o wzajemnej nieagresji.

W konsekwencji politycy Koalicji Obywatelskiej i Lewicy oraz ruchu Szymona Hołowni i PSL (ci ostatni razem z garstką wyrazistych wygnańców z obozu Zjednoczonej Prawicy) uzyskali wszyscy dość przyzwoite wyniki, a ponieważ żadna z tych formacji nie znalazła się pod progiem wyborczym, zwycięski ostatecznie PiS nie dostał „premii” wynikającej z obowiązującej ordynacji wyborczej.

Czytaj też: Dwaj panowie T. Ten spór przesądzi o wyniku wyborów

Samobójczy konflikt z Zachodem

Nowa sytuacja zewnętrzna przyniosła też kilka bardzo niedobrych konsekwencji dla samej partii władzy. Po pierwsze, PiS przyzwyczaił swój twardy elektorat do pewnych linii propagandowego konfliktu, wśród których niechęć do podobno nieskutecznej i dla Polski nieopłacalnej Unii Europejskiej zajmowała miejsce czołowe wraz z tradycyjnie antyniemiecką i „antylewacką” retoryką polityków Zjednoczonej Prawicy. Wobec szybkiej i solidarnej reakcji Europy i świata na rosyjską agresję, a potem dość znaczącej pomocy materialnej i wojskowej dla Polski, dla wyborców stało się jasne, że kreowany przez PiS od dawna spór z Zachodem to kierunek samobójczy.

Tym samym partia Kaczyńskiego straciła jeden z najważniejszych tematów swojej potencjalnej kampanii. A ponieważ pomimo głębokich zmian politycznych w Europie i tlącej się wciąż wojny instytucje europejskie działały nadal w zakresie swoich kompetencji, m.in. konflikt o wymiar sprawiedliwości w Polsce nie ustał. I w sporze tym PiS zaczął wyglądać niepoważnie nawet w oczach tradycyjnego elektoratu. W dodatku czołowi politycy tej formacji, a zwłaszcza premier, nie potrafili zmienić swoich głębokich nawyków i co rusz detonowali kolejne, najczęściej dość przypadkowe awantury z europejskimi oraz amerykańskimi partnerami i sojusznikami. Ale teraz coraz większa część wyborców zyskała świadomość, jak niebezpieczna jest to zabawa.

Ponadto pomimo zrozumiałego patriotycznego wzmożenia zjednoczenie pod sztandarem PiS okazało się krótkotrwałe. Zadziałały tu coraz trudniejsza sytuacja gospodarcza, drożyzna, rosnące napięcia społeczne wynikające z nagłego pojawienia się w Polsce ponad 4 mln uchodźców z Ukrainy, ale także typowa dla działaczy tej partii pazerność i nieudolność. Fatalnie przygotowane kontrakty wojskowe, chaos organizacyjny i lawinowo rosnące kumoterstwo – wszystko to, co w normalnych warunkach uszłoby na sucho, w sytuacji niemal wojennej skutecznie zniechęcało kolejne kręgi wyborców.

Czytaj też: Alians z PiS w wersji light? Opozycja kopie sobie polityczny grób

Klęska Konfederacji

Trzecim i może najważniejszym czynnikiem okazały się wcześniejsze polityczne inwestycje Zjednoczonej Prawicy – i to zarówno w polityce europejskiej, jak i na gruncie polskim. Z jednej strony tradycyjni sojusznicy PiS, jak francuski Front Narodowy czy Fidesz Viktora Orbána, jako wierni dotąd poputczycy Putina znaleźli się na zupełnym marginesie polityki europejskiej. Jeszcze ważniejsze były podobne procesy w kraju. Niektórzy komentatorzy od dawna przewidywali, że po najbliższych wyborach PiS rządził będzie w koalicji z radykalną, antyeuropejską i przynajmniej w części prorosyjską Konfederacją. Atak Putina na Ukrainę spolaryzował zarówno polityków tej partii, jak i jej elektorat. Wewnętrzne spory o stosunek do Rosji i do Ukraińców doprowadziły do odejścia z niej kilku ważnych postaci, podzieliły też jej wyborców. W rezultacie Konfederacja okazała się największym przegranym wyborów 2023. Weszła wprawdzie do parlamentu, ale z tak małą liczbą posłów, że stała się dla Kaczyńskiego bezużyteczna.

I właśnie to, w połączeniu z minimalnym zaledwie zwycięstwem wyborczym Zjednoczonej Prawicy, sprawiło, że mało prawdopodobne wydaje się dziś powierzenie jej misji formowania rządu. Można się też spodziewać, że zadawniona niechęć prezydenta do Donalda Tuska nie pozwoli na przekazanie funkcji premiera właśnie jemu. Pierwszym wyborem okaże się zapewne jeden z liderów konserwatywnego skrzydła dotychczasowej opozycji. I to dla niej będzie prawdziwy test. Czy uda się wyciszyć ambicjonalne spory i stworzyć trwałą, w miarę partnerską koalicję rządową, czy też czekają nas szybko nowe wybory parlamentarne w warunkach pogłębiającego się kryzysu i narastającej podskórnie fali populizmu? Wszystko w rękach… przewodniczącego PO.

Czytaj też: PiS majstruje przy dacie wyborów samorządowych

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną