Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

MON na ludowo po epoce Błaszczaka i Macierewicza. „Nie ufają pisowskiej buchalterii”

Lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz ma być wicepremierem i ministrem obrony narodowej w rządzie Donalda Tuska. Lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz ma być wicepremierem i ministrem obrony narodowej w rządzie Donalda Tuska. Konrad Kozłowski / Agencja Wyborcza.pl
Obrona pozostanie kluczowym obszarem polityki, co nie znaczy, że politykom nadal wszędzie będą asystować żołnierze. Władysław Kosiniak-Kamysz w sprawach wojska jest dość zielony, ale patrząc na historię resortu, trudno z tego czynić zarzut. Czy cokolwiek zmieni się w zbrojeniach?

Że będzie inaczej niż za Mariusza Błaszczaka i Antoniego Macierewicza – wiadomo. Wyborcy dali jasny sygnał, że chcą zmiany. Ale akurat w obszarze bezpieczeństwa, obronności, wojska i zbrojeń sytuacja jest szczególna, bo poparcie dla polityki PiS w tych dziedzinach znacznie przewyższało poparcie dla partii Kaczyńskiego, a w wykonywanych przed wyborami i potem badaniach Polacy opowiadają się w znaczącej większości za kontynuacją.

Rząd Donalda Tuska z deklaracjami czeka, aż odchodząca władza, do spółki z prezydentem Andrzejem Dudą, pozwolą mu się stworzyć, ale już wyłania się skład i potencjalne kierunki działania. Można powoli „łączyć kropki” z wypowiedzi polityków, elementów programowych i kontekstu. Kuszący to, ale i ryzykowny punkt wyjścia do analiz. Zaryzykujmy jednak opisanie MON pod rządami pierwszego od ponad ćwierć wieku polityka PSL: Władysława Kosiniaka-Kamysza. To może być ciekawa wycieczka.

PSL poczuł siłę

Już to, że Platforma Obywatelska, wiodący podmiot nowej koalicji, gotowa jest oddać jeden z uchodzących za kluczowy resortów „mniejszemu partnerowi”, jest pod wieloma względami znaczące. Świadczyć może o znaczeniu PSL w koalicyjnych konstelacjach. – Bez nas nie ma tego rządu – mówi mi jeden z czołowych ludowców. Po zaskakująco dobrym wyniku Trzeciej Drogi PSL i Kosiniak-Kamysz poczuli siłę. Ale ta decyzja ma też inny wymiar. Dla Tuska to może być wygodny sposób odejścia od przeszłości, która na nowo została wyostrzona w kampanii. W obliczu dwóch kolejnych wyborów: samorządowych i europejskich, posłanie do MON kogoś niekojarzonego z cięciami, wolniejszą modernizacją czy zmanipulowaną przez PiS „obroną na linii Wisły” stanowi zwinne zejście z linii strzału.

Czytaj też: Mamy bitwę na górze, Błaszczak kłóci się z generałami

Sam kandydat na wicepremiera i ministra w sprawach wojska jest dość zielony, nie tylko z racji barw swojego ugrupowania. Trudno z tego czynić zarzut, bo w historii politycznej ostatnich dekad nominaci z jako takim doświadczeniem obronnym przeplatali się ze „spadochroniarzami”, którzy resortu musieli się szybko uczyć. Kosiniak-Kamysz (rocznik 1981) jest doświadczonym politykiem. Gdy jako 30-latek, młody lekarz i działacz z Krakowa obejmował ministerstwo pracy i polityki społecznej, też się na tej działce nie znał. Tamten okres jest dziś pamiętany głównie ze źle przyjętej, a później cofniętej przez PiS zmiany wieku emerytalnego, ale kryzysów i reform było po drodze więcej.

Dziś jest on w zupełnie innym miejscu. Silna pozycja u boku „kierownika” Tuska (tak ją przynajmniej widzą współpracownicy Kosiniaka) ma pozwolić na utrzymanie głównych kierunków dotychczasowej polityki obronnej i uchronić MON przed cięciami budżetowymi (gdyby ktoś je rozważał). Jeśli rozpatrywać to z perspektywy szerszego „planu Tuska”, na który przecież musiał się zgodzić, to też wygodne wyjście. Rozliczenia i piętnowanie PiS pójdą ścieżką sejmowych komisji śledczych, a kontynuować to, co należy, będzie koalicjant.

Kosiniak-Kamysz był pierwszym liderem opozycji, który powiedział publicznie – i powtarzał w kampanii – że utrzyma podpisane przez PiS kontrakty zbrojeniowe. Robił to, gdy z opozycyjnego obozu jeszcze płynęły, później wyciszone, głosy o megalomanii i chaosie zakupów Błaszczaka. Na wstępie więc lider PSL jest gwarantem kontynuacji. Pytanie, co będzie, jeśli usłyszy od ministra finansów, że „pieniędzy nie ma”. Sprawa oprze się wtedy o Tuska, który – jak słyszymy – doskonale rozumie zagrożenie ze Wschodu i chce utrzymać wizerunek Polski jako lidera obrony Europy.

Czytaj też: Błaszczak to ma pecha. Po zgubionej rakiecie zgubiony zapalnik

Zwarcia z prezydentem

Kosiniak-Kamysz będzie też kluczowy w kohabitacji nowego rządu z prezydentem-zwierzchnikiem sił zbrojnych. Dla Andrzeja Dudy, który już określił się jako dziedzic i strażnik dokonań PiS, lider ludowców jest bodaj najmniej kontrowersyjnym politykiem nowej koalicji. Konstytucja i ustawy obronne wymagają współpracy w trójkącie Rada Ministrów–prezydent–minister obrony, z udziałem sztabu generalnego. Wydawanie dokumentów strategicznych, opracowywanie planów obronnych, zmiany ustawowe, nominacje na najwyższe stanowiska w armii – bez podpisu prezydenta nic się nie uda. Dobry kontakt Kosiniaka z Dudą sprzyja przynajmniej nieeskalowaniu politycznego sporu. Za dobry sygnał należy uznać nieoficjalne rozmowy, jakie kandydat na szefa MON miał odbyć z szefem BBN, i wstępne uzgodnienie, że nowy rząd przystąpi wraz z urzędem prezydenta do Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego, wstępu do aktualizacji Strategii Bezpieczeństwa Narodowego i innych wytycznych strategicznych na czas W.

SBN 2020 pochodzi sprzed wojny w Ukrainie, i choć ma zaledwie trzy lata, domaga się aktualizacji. Wdrożenie wszystkich jej postulatów to zadanie dla całego państwa, a nie jednego resortu. Dlatego jednym z pytań, już nie do szefa MON, będzie to, czy nowy rząd utrzyma jako ciało koordynacyjne komitet ds. bezpieczeństwa, na którego czele stawał kiedyś Jarosław Kaczyński.

A sytuacja wcale nie będzie łatwiejsza. Ukraina jest dziś w najtrudniejszym położeniu od wielu miesięcy i już pojawiają się oceny, że zaczyna przegrywać wojnę – choćby w tym sensie, że nie osiągnęła własnych celów, jest bardziej wyczerpana niż Rosja, a zachodnia pomoc wyraźnie spowolniła (być może kruszeje). Polska musi z tego wyciągać wnioski. Mało tego, powinna być liderem ponownej mobilizacji Zachodu – i sama dać z siebie więcej. To będzie jedno z najtrudniejszych wyzwań dla Kosiniaka-Kamysza.

Nie będzie sam. Umowa koalicyjna przewiduje, że w kierownictwach resortów znaleźć się mają przedstawiciele wszystkich partii. Ekipa wiceministrów w MON została już najprawdopodobniej ustalona, choć nie ujawniona. Z przecieków słychać, że również tu będą powołani politycy niekojarzeni z MON w poprzednich rządach Platformy i PSL. Część z nich, podobnie jak Kosiniak-Kamysz, to ludzie wcześniej niezwiązani z obronnością. Nazwiska? Mówi się o Pawle Zalewskim od Hołowni (niegdyś w PiS i PO), Cezarym Tomczyku z PO czy Marcinie Kulasku z Lewicy. Ale skoro nazwisko gospodarza resortu okazało się niespodzianką, kto wie, jaki będzie ostateczny skład jego kierownictwa. Nie ma przy tym żadnej ustalonej liczby wiceministrów, jaka musi się znaleźć w resorcie obrony.

Zmiany personalne nie skończą się na szczycie. Dobór ludzi na kluczowe stanowiska będzie domeną ministra i zastępców, którym przypadną merytoryczne piony dużego resortu i jakaś swoboda w nominacjach. MON za Błaszczaka przeszedł dogłębną reorganizację i wszyscy dyrektorzy departamentów, instytucji centralnych i kluczowych komórek (jak np. Centrum Operacyjne) to jego zaufani, do których nowa władza może czuć uzasadnioną nieufność. Czy jednak będzie „zielony”, peeselowski desant?

Apetyt na posady należy do złej legendy tej partii. Ale w dziedzinie obronności ławka jest krótka. – To nie jest tak, że mamy swoich generałów – słychać z otoczenia prezesa PSL. Trudno też znaleźć w branży thinktankowych ekspertów kogoś ewidentnie kojarzonego z ludowcami. Może więc szukać należy nie po linii partyjnej, a krakowskiej? Można, ale Kraków w ostatnich latach zdominowały ośrodki myśli konserwatywnej, prawicowej. Co teoretycznie nie jest przeszkodą, bo PSL nie jest odległy od PiS w podejściu do wojska i pojmowaniu jego roli. Ludowy patriotyzm ma na sztandarach wraz z hasłem „żywią i bronią”. Z drugiej strony otaczanie się ludźmi powiązanymi z poprzednią władzą zostanie napiętnowane w mediach i może wywołać niesnaski koalicyjne.

Jakąś opcją jest więc powrót osób wyrzuconych przez odchodzącą władzę, niekoniecznie tylko z MON. Słychać o takich pomysłach nawet w odniesieniu do oficerów, którzy w ostatnich latach i miesiącach pozdejmowali mundury. Ale i tak w dużej mierze trzeba będzie liczyć na uczciwych profesjonalistów, którzy w resorcie oczywiście pracują, tyle że się nie wychylają. Superważne będzie nawiązanie dialogu z szefem sztabu generalnego gen. Wiesławem Kukułą. Najważniejszy wojskowy może nowemu ministrowi pamiętać ostrą krytykę WOT, z której Kosiniak-Kamysz się już dawno wycofał. Z drugiej strony Kukuła wiele by ryzykował, gdyby chciał „przejść do opozycji” wobec przyszłego ministra, który nie ma intencji, by wszczynać z nim wojnę.

Czytaj też: Czy PiS na pewno dobrze Polskę zbroi? Ten rachunek się nie spina

Powrót do normalności?

Co więc się zmieni, jeśli nie będzie rewolucji? Zapewne komunikacja – nawet jeśli Kosiniak-Kamysz nie ma temperamentu, pomysłowości i swady marszałka Szymona Hołowni. Reprezentuje zupełnie inną kulturę wypowiedzi, język i podejście niż Błaszczak. Możemy liczyć na powrót do normalności. Istotne, że Kosiniakowi-Kamyszowi od lat doradza jeden z byłych rzeczników MON, człowiek mediów, pamiętający czasy, gdy minister odpowiadał na pytania, które w ogóle mógł zadawać ktoś niebędący pod kontrolą rządu lub zależny od finansowania państwowych spółek.

Różnica może być widoczna szybciej, niż myślimy, bo wojsko zostanie zwolnione z obowiązku powielania komunikatów ministra i rzadziej będziemy je widzieć. – Nie ma mowy o wystąpieniach w jednostkach, na tle szpaleru – mówi polityk PSL.

Czy cokolwiek zmieni się w zbrojeniach? To pytanie od tygodni dręczy branżę, ale cierpienie w oczekiwaniu na odpowiedź jeszcze potrwa. Nowa władza nie ufa pisowskiej buchalterii. Szybkiemu połapaniu się w sytuacji nie sprzyja kalendarz: rząd wejdzie do gry w przeddzień dwóch kampanii. Donald Tusk byłby nieroztropnym ryzykantem, gdyby dał PiS paliwo do oskarżeń o rozbrajanie armii. Ryzykowałby coś więcej, gdyby zszedł z kursu na obronne wzmocnienie Polski. Tego Kosiniak-Kamysz zresztą ma strzec jako wicepremier i kluczowy składnik koalicji.

Co nie znaczy, że PSL nie ma swoich preferencji. W programie zapisał wymóg przeznaczania połowy wydatków zbrojeniowych na zakupy w kraju. To będzie trudne, może nawet nierealne – bo polski przemysł nie jest w stanie dostarczyć sprzętu za tyle dziesiątek miliardów ani nie dostarczy tego wszystkiego, co musimy kupić. Na szczęście jest furtka, bo mówi się też o inwestycjach zagranicznych dostawców w Polsce. A to otwiera nowy i interesujący rozdział, zaniedbany przez PiS. Tyle że raczej do trudnych, żmudnych i długotrwałych negocjacji niż błyskotliwych efektów.

Zanim jednak poznamy nowe kierunki polityki zbrojeniowej, minie kilka miesięcy. Czeka nas nieuchronnie pauza w kontraktach – bo wielu zapowiedzianych nie udało się podpisać Błaszczakowi.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną