Smutna radość
W Polsce uważa się, że kobieta-matka powinna być szczęśliwa. I koniec. Matki dotknięte depresją okołoporodową raczej nie mogą liczyć na zrozumienie. Ani na fachową pomoc.

 

Elżbieta: obojętność

 

Co jakiś czas Elżbieta staje naga przed lustrem. Patrzy na swój rosnący brzuch, dotyka i mówi do brzucha: kocham cię. Bardzo stara się to poczuć i nawet trochę się udaje. Ostatnio widziała dziecko na USG, chyba chłopiec. Uśmiechnęła się, poczuła spokój, przez chwilę było normalnie. Ale obojętność wraca, brzuch jest jakby pusty, nie sposób nawiązać z nim kontaktu, jakby nikogo tam w środku nie było, a przecież ten ktoś zaczął się już nawet ruszać. A ona czuje się jak kawałek betonu. Albo jak wariatka, która nie potrafi pokochać własnego dziecka, przerażona tym, co się z nią dzieje. Bierze relanium na sen, ale i tak nie może zasnąć. Wstaje, choć najchętniej zostałaby w łóżku przez cały dzień. Je, bo musi, właściwie na nic nie ma apetytu. Idzie do sklepu po zakupy, bierze z półki wszystko jedno co. Dziś zaczęła gotować zupę, włożyła mięso do wody, stało tak do wieczora. Miała iść na badania, ale może jutro.

Ostatnio, gdy udało się zasnąć, śniło jej się dziecko; było fajnie, w tym śnie miała normalne życie, rozmawiała z koleżanką, która też jest w ciąży i do której boi się zadzwonić, żeby nie spytała: co u ciebie. Bo przecież miało być fajnie, przecież ciąża jest fajna i dzidziuś jest fajny. Przecież to planowali. Ale kiedy dotarło do niej, że to się dzieje naprawdę, przeraziło ją; że nie czuje się gotowa ani odpowiedzialna, że to już na zawsze, że dziecko zbliża człowieka do śmierci. Początek ciąży znosiła bardzo źle, wymiotowała, mdlała, miała zawroty głowy. Siedziała w domu i co kwadrans wydzwaniała do męża, żeby przyszedł. Gdy nie odbierał, wpadała w histerię. A potem z lęku zapadła się w obojętność. To się stało z chwili na chwilę i tak trwa. W lepszych chwilach Elżbieta powtarza sobie, że wszystko będzie dobrze i przed lustrem stara się obudzić instynkt.

Depresja okołoporodowa postrzegana jest często jako choroba cywilizacyjna, ale to nieprawda. Ciąża i poród to przełom, który od zawsze uaktywniał lęki i niepokoje u kobiet. Depresja okołoporodowa też była od zawsze, tylko inaczej ją nazywano: smutkiem, melancholią. Jej opisy odnaleźć można już u Hipokratesa i Galena, którzy przypisywali winę za nią zaburzeniom humoralnym i oparom czarnej żółci docierającym do mózgu. W późniejszych wiekach jako przyczyny wskazywano czynniki zakaźne albo odkładanie się mleka w postaci złogów w mózgu. Przełom przyniósł XIX w., gdy uznano, że źródłem zaburzeń psychicznych może być po prostu urazowa sytuacja porodu. Depresję okołoporodową sklasyfikowano jako specyficzny przypadek schizofrenii lub psychozy maniakalno-depresyjnej. Kolejnym przełomem było odkrycie hormonów w XX w.

To właśnie one odpowiedzialne są za zjawisko nazwane baby blues. W piątym dniu po porodzie spada poziom progesteronu, estrogenu i kortyzolu, na to nakłada się stres związany z bólem i wysiłkiem, powodując wahania nastroju, płaczliwość, przygnębienie. Baby blues dotyka 80 proc. kobiet, jest zjawiskiem na tyle powszechnym, że traktowanym jako coś naturalnego. Mija sam, gdy po kilku dniach poziom hormonów się stabilizuje, a kobieta uczy się nowego rytmu życia. Ale nie u wszystkich mija. Według danych europejskich, u blisko połowy kobiet przekształca się w lekką, a u około 10 proc. silną depresję okołoporodową. W naszej kulturze niemal wszystko jej sprzyja.

W społecznościach pierwotnych z ciążą, porodem i połogiem związane były rytuały przejścia. Do dziś w niemal wszystkich kulturach pozaeuropejskich istnieją tradycje i obrzędy  związane z tymi stanami. Rodząca trafia pod opiekę grupy doświadczonych kobiet i uczy się roli matki. Przez wieki funkcję taką pełniła wielopokoleniowa rodzina, w której kobiety dawały sobie wsparcie, poczucie bezpieczeństwa. Współczesne macierzyństwo jest samotne. „Poród nie jest już wyjątkowym doświadczeniem kobiety, ale raczej technicznym procesem prowadzonym i kontrolowanym przez zespół medyczny, składający się przeważnie z mężczyzn" - pisze Monika Wasilewska-Pordes w książce „Depresja porodowa".

- Atomizacja społeczeństwa i migracje sprawiły, że ciąg pokoleniowy został zerwany. Nie można liczyć na pomoc matek, babek czy ciotek, bo często mieszkają setki kilometrów dalej. Do tego koncepcje pielęgnacji i wychowania dziecka zmieniają się co pokolenie, potęgując niepewność młodych matek - mówi dr Joanna Krzyżanowska z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, od 10 lat zajmująca się leczeniem depresji okołoporodowej.

 Po porodzie kobieta trafia z nowo narodzonym dzieckiem do pustego domu, z którego mąż wychodzi rano, a wraca wieczorem, bo zarabia i robi karierę. A gdy jest to wielkomiejska kobieta, która do tej pory była aktywna zawodowo, może mieć poczucie, że nagle wszystko się urwało, ktoś schwytał ją w pułapkę i pozbawił osobowości, całkowicie zredukował do roli matki. „Zmieniłam się z kompetentnego prawnika w nową, niepewną matkę, nieporadną i bardzo smutną. Zbyt przerażoną aby przytulić swoje dziecko, płaczącą więcej niż ono"; „Postrzegają mnie jako matkę, nie jako mnie, tylko matkę. Jako osobę, która może mówić tylko o swoim dziecku, pieluszkach, jedzeniu, spaniu, tak jakbym przez całe życie nie była nikim innym, tylko matką" - opisują kobiety.

 

Joanna: lęk

 

Zosia nie była dzieckiem chcianym. Była dzieckiem wymarzonym i wymodlonym, po wielu miesiącach leczenia bezpłodności. Jeszcze nic nie było widać, a Joanna już nosiła ciążowe sukienki i wypinała brzuch. Test ciążowy z pozytywnym wynikiem, oprawiony w ramki, zawisł na honorowym miejscu. Przed porodem zrobiła manicure i pedicure, żeby wszystko było idealnie. Nie było. Poród zmienił się w 22-godzinną rzeźnię. A pierwszym uczuciem po powrocie z małą do domu był lęk. Najpierw lęk o dziecko; budziła się w nocy sprawdzać, czy żyje, chciała kupować urządzenia do monitorowania oddechu. Na spacery wychodziła tylko pod okna, najwyżej 50 m od domu, żeby móc w każdej chwili wrócić. Raz wyszła do dentysty, tylko skończył, rzuciła się biegiem do domu, jak w amoku; zapomniała płaszcza, zapomniała zapłacić. Potem po prostu lęk: paniczny, obezwładniający. Gdy mąż wychodził rano do pracy, oblewał ją zimny pot, spadało ciśnienie, trzęsły się ręce. Płakała, odliczając godziny: dziesiąta, dwunasta, czternasta. I atak paniki, gdy spóźniał się choć kwadrans.

Zaczęła marzyć o tym, żeby zachorować i trafić do szpitala. Nikt by jej wtedy nie powiedział, że jest złą matką. Byłaby biedna, niewinna i usprawiedliwiona. Potworne myśli, bo przecież chodziło o to, żeby uciec przed własnym dzieckiem. W końcu mąż, coraz bardziej przerażony jej stanem, poprosił, żeby poszła do psychiatry. Poszła, ale nie bardzo chciała rozmawiać. Nie potrzebuję pomocy, nie jestem zmęczona - powtarzała - skoro jestem chora, proszę wypisać mi leki, tylko takie, żebym mogła karmić, bo idealne matki karmią piersią. Psychiatra drążyła dalej, wypytywała o życie przed ciążą. No więc studia za granicą, potem w Polsce praca i kolejne zaoczne, po drodze jeszcze dwa języki obce, ostatnio praca PR-managera w dużej firmie. W końcu lekarka powiedziała: dam pani leki, ale moja recepta to proszę jak najszybciej wrócić do pracy. Sama nigdy by tak nie pomyślała. Przecież tylko wyrodne matki mogą chcieć czegoś takiego, nigdy te idealne. Poszła, ale na początku miała straszne wyrzuty sumienia. Z czasem poczuła, że tak jest lepiej dla nich obu. Zamiast siedzieć z małą w domu cały dzień i płakać, wychodzi na kilka godzin do pracy i wraca z radością.

Koszmar, wypełniony niekontrolowanymi atakami lęku i poczuciem winy, to najkrótszy opis depresji poporodowej. Szczególne okrucieństwo tej choroby polega na tym, że przychodzi w momencie, który miał być dla kobiety najpiękniejszy w życiu. Dlatego też tak trudno się do niej przyznać. Mit szczęśliwego macierzyństwa, obowiązujący w naszej kulturze, przytłacza. Dzieci z reklam uśmiechają się, śpią jak anioły, nie płaczą, jedzą regularnie. Te prawdziwe albo chcą jeść bez przerwy, albo wcale, ryczą całe noce, mają kolki. Miało być jak na ikonie: niemowlę spokojnie ssące pierś i łagodnie pochylona nad nim matka. Jest nawał mleczny i popękane, krwawiące sutki. Według danych amerykańskich, ponad 90 proc. kobiet przyznaje, że przeżywa macierzyństwo inaczej niż się spodziewało. „W przypadku kobiet, które zaczynają funkcjonować w roli matki i są przekonane, że dobra matka i żona dba o dom, dziecko i męża, jest zawsze uśmiechnięta i zadbana, i na wszystko ma czas, w chwili, gdy skonfrontuje te przekonania z rzeczywistością, która drastycznie od nich odbiega, aktywizuje przyjęte wcześniej negatywne schematy. Staje się nadmiernie krytyczna wobec tego, co robi, i dostrzega wszystko, łącznie z własną osobą, poprzez czarny filtr. (...) Depresyjne błędne koło zatacza coraz szersze kręgi" - opisuje Monika Wasilewska-Pordes.

Anna Otffinowska, prezes fundacji Rodzić po Ludzku: - Kiedy w latach 90. zaczęliśmy mówić o depresji okołoporodowej i zorganizowaliśmy kampanię pod hasłem: „Macierzyństwo bywa trudne", odbieraliśmy anonimowe telefony, że namawiamy ­kobiety do aborcji. Fot. Grzegorz Press  

  

Mit głosi, że dziecko kocha się od razu, że to przychodzi natychmiast po porodzie, w pierwszej chwili, w której się je zobaczy. I tak bywa. Ale bywa też inaczej. Niektóre kobiety czują w stosunku do noworodka obcość, a miłości muszą się uczyć. A do tego nie sposób się przyznać nawet przed samą sobą. Jeszcze trudniej przyznać się do tego, że płaczące dziecko budzi agresję, czasem furię, że ma się ochotę krzyczeć, potrząsnąć nim. Kobieta zaczyna myśleć, że jest potworem i że coś takiego przytrafiło się jej jednej na świecie.

- Czasem wystarczy powiedzieć, że dziecko wkurza, ale kobiety się tego wstydzą, więc tłumią, skrywają te agresywne impulsy. One wracają w postaci coraz bardziej natrętnych myśli, budząc przerażenie - tłumaczy dr Joanna Krzyżanowska.

Kobiety wycofują się wtedy w siebie, zapadają w samotność, z poczuciem, że nikt ich nie rozumie, z nikim nie można podzielić się tym koszmarem. Obsesyjne myśli, że są złymi matkami, nie dają spać, wykańczają psychicznie. I najgorsze, co można wtedy zrobić, to powtarzać: weź się w garść, przecież wszystkie kobiety jakoś sobie z tym radzą, masz piękne, zdrowe dziecko, powinnaś się cieszyć. Depresja to choroba, a przecież nikomu choremu na grypę czy koklusz nie mówi się: weź się w garść.

 

Agnieszka: zmęczenie

 

Któregoś dnia Agnieszka poczuła, że jeśli nie spakuje się i nie wyjdzie, to się udusi. Ale jak wyjść z domu, w którym płacze dwoje dzieci. Usiadła, zaczęła płakać razem z nimi. Karolina była dzieckiem planowanym, ale gdy miała pół roku, Agnieszka znowu zaszła w ciążę. Jej mąż był po poważnym wypadku. Wiedziała, że nie może na niego liczyć. Życie tąpnęło. Zrozumiała, że teraz to już naprawdę koniec wolności. Próbowała się sprężyć, poradzić sobie. Zapisała się nawet na studia zaoczne, żeby choć w weekend na kilka godzin wyrwać się z domu. Ale czuła, że się załamuje; coraz bardziej zmęczona, niewyspana, rozdrażniona. Do szału doprowadzały ją rzeczy, na które wcześniej nie zwracała uwagi: ciasnota, walające się po mieszkaniu graty i to, że ciągle, bezustannie ktoś od niej coś chce. Co rano budziła się zła, co wieczór kończyła dzień bezsilnym płaczem. Najgorsze było to, że w ogóle nie potrafiła cieszyć się dziećmi; wkurzały ją coraz bardziej. Krzyczała, a potem przeżywała potworne poczucie winy, że jest złą matką.

Nie rozumiała, co się z nią dzieje, straciła kontrolę. I nikt nie potrafił jej pomóc. Rodzice i siostra za granicą, mąż zajęty własną chorobą, a teściowie uznali, że skoro ona jest zdrowa i dzieci są zdrowe, to widocznie ma jakieś fanaberie. Nigdy w życiu nie czuła się tak samotna, mimo że w domu było pełno ludzi. Poszła do psychologa. Wiele nie pomógł, ale przynajmniej wysłuchał i nie osądzał. Jako źródło problemów wskazał konflikt z mężem, ale miała wrażenie, że to nie to. Chodziło jej po głowie słowo depresja. Zaczęła szukać w Internecie. Kiedy trafiła na informacje o depresji okołoporodowej, poczuła, jakby przeczytała książkę o sobie. I żal, dlaczego nikt jej wcześniej nie powiedział, że coś takiego może się zdarzyć.

Trudno przewidzieć, którą kobietę to trafi. Wiadomo, że depresji okołoporodowej i ciążowej sprzyjają trudności materialne, porzucenie przez partnera, wcześniejsze skłonności depresyjne. Ale już co do tego, czy bardziej narażone są kobiety w pierwszej czy kolejnej ciąży, starsze czy młodsze, lepiej czy gorzej wykształcone, nie ma zgody wśród psychologów i socjologów. Z badań przeprowadzonych ostatnio przez Monikę Wasilewską-Pordes wynika, że bardziej narażone są kobiety starsze i lepiej wykształcone. Być może dlatego, że są wrażliwsze i bardziej wymagające w stosunku do siebie i otoczenia, dostrzegają więcej problemów, lepiej rozumieją ewentualne zagrożenia.

Trudno powiedzieć, jaka jest skala problemu w Polsce. Nikt nie prowadzi żadnych statystyk. Ta choroba to u nas ciągle tabu. Macierzyństwo otoczone jest szczególnym nimbem, co w połączeniu ze stereotypem Matki Polki, która wszystkiemu sprosta, sprawia, że słabość i niedoskonałość nie są społecznie akceptowane.

- Kiedy w latach 90. zaczęliśmy mówić o depresji okołoporodowej i zorganizowaliśmy kampanię pod hasłem: Macierzyństwo bywa trudne, odbieraliśmy anonimowe telefony, że namawiamy kobiety do aborcji - wspomina Anna Otffinowska, prezeska fundacji Rodzić po Ludzku. - Do dziś mam poczucie, że niby o temacie się mówi, ale nie funkcjonuje jako coś, co się może naprawdę przydarzyć kobiecie. To są ciche, domowe dramaty, przytłoczone aurą świętego, radosnego macierzyństwa.

W latach 90. Fundacja założyła poradnię Początek, do której mogły się zgłaszać młode matki z problemami. Dyżurowali tu specjaliści, działały grupy wsparcia. Za rządów SLD poradnia była współfinansowana przez Urząd Miasta Warszawy. Prawicowe rządy nie były zainteresowane tym wymiarem macierzyństwa i dotację wycofano. Kilka lat temu poradnię zamknięto. Pozostał tylko telefon zaufania, ale działa nieregularnie, w zależności od tego, czy uda się pozyskać fundusze.

- Dzwonią kobiety z całej Polski. Czasem dzwonią przerażeni, bezradni mężowie, bo w pewnej fazie depresji człowiek nie jest w stanie sam nawet podnieść słuchawki - opowiada Anna Otffinowska. - Ale i tak mam wrażenie, że to wierzchołek góry lodowej, bo do nas trafiają ludzie, którzy znają termin depresja okołoporodowa i zdają sobie sprawę z problemu. Ile kobiet na wsiach i małych miasteczkach zmaga się samotnie nie tylko z depresją, ale i odium złej matki?

Silna depresja okołoporodowa bywa wskazaniem do hospitalizacji, bo może się skończyć samobójstwem, samobójstwem rozszerzonym czy dzieciobójstwem. W Europie Zachodniej szpitale mają specjalne oddziały, gdzie matki w tym stanie trafiają razem z dziećmi, pracuje się tam nie tylko nad depresją, ale także nad relacją z dzieckiem. W Polsce kobieta, oddzielona od dziecka, trafia na zwykły oddział psychiatryczny. Po powrocie do domu jest jej jeszcze trudniej pokonać obcość. Nieregularnie działający telefon zaufania to za mało. Na prywatne wizyty u psychologa stać tylko bogatsze kobiety. Mimo że tyle się w Polsce mówi o świętości życia, wspieraniu rodziny, spadku demograficznym i szczególnej wartości macierzyństwa, nie ma ani jednego miejsca, gdzie kobiety w depresji okołoporodowej mogłyby uzyskać bezpłatną pomoc.

 

PS: Imiona dwóch bohaterek zostały zmienione. Agnieszka zainspirowała portal kafeteria do stworzenia strony na temat depresji okołoporodowej, by po swoich doświadczeniach pomóc innym kobietom.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj