Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Reżyser widzi co innego

Rozmowa z Pawłem Salą, laureatem Paszportów POLITYKI w dziedzinie filmu

Paweł Sala, dramaturg i reżyser. Paweł Sala, dramaturg i reżyser. Tadeusz Późniak / Polityka
Jestem minimalistą. W stosunku do świata i ludzi nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań. Nie żądam dowodów na istnienie absolutnego dobra - mówi Paweł Sala.
„Matka Teresa od kotów” jest jego debiutem fabularnym.Tadeusz Późniak/Polityka „Matka Teresa od kotów” jest jego debiutem fabularnym.

Janusz Wróblewski: – Przyniósł pan na spotkanie świeżo wydany dramat „Przejścia nie ma”, poświęcony Jerzemu Kosińskiemu. To polemika z „Good night, Dżerzi” Janusza Głowackiego?
Paweł Sala: – Napisałem tę sztukę kilka lat temu wespół z Czesławem Czaplińskim, znanym fotografem mieszkającym w Nowym Jorku, który przyjaźnił się z Kosińskim. Kilka lat temu dostałem od niego 10 płytek z nagraniami ich rozmów. Kosiński sprawiał wrażenie, jakby dopiero co opuścił mury Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie studiował socjologię pod kierunkiem prof. Chałasińskiego. Bardziej od duszy ludzkiej, w którą, zdaje się, raczej nie wierzył, interesowało go badanie granicznych zachowań, skrajności, dlaczego i w jakich okolicznościach normy przestają działać.

Głowacki przedstawia samobójstwo Kosińskiego jako akt kapitulacji zdemaskowanego hochsztaplera. Pański punkt widzenia jest inny?
Kosiński używał często pojęcia „autofikcja”, przez co rozumiał mieszanie wątków autobiograficznych z nieprawdą. Twierdził, że człowiek zastraszony i nadwrażliwy najgorsze, traumatyczne doświadczenia przeżyte we własnej wyobraźni jest w stanie uznać za realne, jakby faktycznie przydarzyły się one w jego życiu. Uważam, że miał do tego prawo. Jego kłamstwa nie były cyniczną grą, żeby zdobyć poklask. Jak sam mówił, czuł się jak „ochłap mięsa zgwałcony przez wojnę”. To jest klucz do zrozumienia jego psychiki. Ciągle uciekał przed koszmarem okupacji. W różne sfery: w wyuzdany seks, fotografię, bogactwo. Ameryka też miała być takim azylem, jego duchową terapią. Nieskuteczną, bo bywając w klubach sadomaso zobaczył w nich współczesną formę obozów koncentracyjnych, niewolnictwa.

I dlatego się zabił?
On jest dla mnie przykładem tragicznej postawy człowieka, który zdał sobie sprawę, że wszelkie próby reanimacji wartości po II wojnie kończą się tym samym, czyli chorobą i zejściem do piekła. Nie chciał żyć w świecie bez etyki, gdzie wszystko jest atrapą. Były też inne motywy. Stwierdzono u niego początki alzheimera, arytmię serca, wyczerpanie nerwowe.

Świat bez zasad, krach wartości, wielokrotnie opisywał pan w takich sztukach jak „Ciemno wszędzie”, „Trzecie przyjście” czy „Szwaczki”. W sztuce „Gang Bang albo syndrom sztokholmski” pretekstem jest bicie seksualnego rekordu świata.
Pomysł przyszedł mi do głowy, gdy zobaczyłem plakat zachęcający do wzięcia udziału w masowej imprezie, która swego czasu miała miejsce w jednej z warszawskich hal przy ulicy Bokserskiej. Poszedłem i nie wierzyłem własnym oczom. 650 facetów gwałciło na oczach tłumu trzy kobiety. Filmowały to kamery, na telebimach wszystko pokazywano z detalami, były nawet asystentki, które usłużnie pomagały „zawodnikom” osiągnąć wzwód. Show pełną gębą.

Dlaczego ludzie chcieli to oglądać?
Kiedy mnie pytają, kim jest artysta, odpowiadam, że człowiekiem, który patrząc na to samo, widzi co innego niż reszta. Mężczyźni biorący udział w tym wydarzeniu mieli ubaw. Kobietom wydawało się, że nic strasznego się nie dzieje. Zarobią pieniądze, wrócą do domu i będzie normalnie. Nie miały świadomości, że za miesiąc, dwa lub trzy ich życie się zmieni, że zostaną same, nie będą potrafiły opiekować się dziećmi, że wpadną w depresję i będą chciały popełnić samobójstwo. Reportażu czy dokumentu na ten temat nie dałoby się nakręcić, bo ci ludzie po prostu kłamią. Dlatego napisałem sztukę o bohaterce narodowej, prawie świętej. Po ustanowieniu rekordu jest obolała, ale szczęśliwa. A potem przychodzi otrzeźwienie. Wystawił to Krzysztof Jaworski w Starym Teatrze z Sandrą Korzeniak w roli głównej. Moi znajomi z Londynu, kiedy opowiedziałem im całe zdarzenie, stwierdzili, że coś takiego było możliwe tylko w katolickiej Polsce.

Bo nasza religijność jest płytka i na pokaz?
Bo uważamy się za katolików, a nie rozumiemy, czym jest etyka. Człowiek religijny może zabić zwierzę bez większych oporów, człowiek etyczny nigdy by tego nie zrobił. Niedawno brałem udział w programie telewizyjnym, gdzie analizowano „Matkę Teresę od kotów” (o matkobójcach) jako dzieło religijne. O Bogu można przecież dyskutować także przez zaprzeczanie, że go nie ma.

Jestem minimalistą. W stosunku do świata i ludzi nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań. Nie żądam dowodów na istnienie absolutnego dobra. Nie wierzę w kontakt z transcendencją. Wydaje mi się to po prostu niemożliwe. Frustracja i zgorzknienie, zrodzone na skutek desperackich prób dotknięcia świętości, sprawiają, że człowiek staje się fanatykiem, terrorystą, nawiedzonym lub wariatem. A brak oczekiwań nie musi oznaczać ściany i zamknięcia. Chcę przez to powiedzieć, że według mnie prawdopodobieństwo, iż Bóg istnieje, jest dużo mniejsze, niż że go nie ma. I o tym bez egzaltacji staram się opowiadać.

Skąd tyle pesymizmu?
Wychowałem się na Różewiczu. W domu odczuwałem niepokój. Mój ojciec jako dziecko w czasie wojny przeżył tragedię, w dramatycznych okolicznościach stracił ojca. Myślę, że pewne traumy się dziedziczy. Pokazując, że rzeczywistość jest piekłem, że żyjemy na gruzach wartości, że skazujemy się na kolejne obozy koncentracyjne, funduję terapię szokową. Może ktoś się ocknie. Natomiast co robić potem, nie wiem. A czy sztuka powinna pocieszać? W „Matce Teresie...” jakaś nadzieja jednak jest. Pojawia się w scenie w lesie, gdy coś jeszcze można było uratować w tej rodzinie. Oczywiście, dla bohaterów to już czas przeszły dokonany. Lecz dla widzów wcale nie. Oni mogą wybrać, postąpić inaczej. Ich życie nie musi potoczyć się w złym kierunku.

Żeby się nad tym zastanowili, muszą film zobaczyć. Tymczasem na „Matkę Teresę...” poszła garstka widzów.
Niska frekwencja mówi więcej o wadach systemu dystrybucji niż o nastawieniu polskiej publiczności. Przykładowo, na premierze „Matki Teresy...” sala świeciła pustkami dlatego, że dystrybutor z jakichś powodów „zapomniał” zaprosić aktorów i część ekipy. Promocja opierała się wyłącznie na recenzjach prasowych i wywiadach, które dziennikarze ze mną przeprowadzali. Nie było choćby plakatów na mieście, film szedł w kinach jakby w konspiracji. Wiem, że film miał potencjał, bo spotykałem się z publicznością przy różnych okazjach. Zawsze zjawiały się tłumy i długo rozmawialiśmy po pokazach. Ale dystrybutor w film nie wierzył.

 

Doskonałemu przyjęciu za granicą „Matki Teresy...” towarzyszyła opinia, że to mało polski film. Już sam sposób narracji, cofającej się w czasie, nielinearnej, budzi zdziwienie, bo nie ma odpowiednika w naszej kinematografii.
Bliżej mi do twórczości Gusa Van Santa, gdzie forma jest również treścią, do kina skandynawskiego, co wcale nie znaczy, że gardzę polskim. Nie przypadkiem tytuł nawiązuje do arcydzieła Kawalerowicza. Wystarczy głębiej spojrzeć, poszukać, a inspiracje się znajdą. W polskim kinie nie podoba mi się to, że poczynając od producentów i reżyserów, wszyscy coś kalkulują. Myślą nie o tym, co warto opowiedzieć, tylko co się lepiej sprzeda. Zarabianie pieniędzy na komercji jest na tyle silnym bodźcem, że tworzenie sztuki praktycznie przestało kogokolwiek obchodzić. Polscy producenci nie widzą sensu w oglądaniu kina artystycznego, w nawiązywaniu cennych kontaktów za granicą, poznawaniu ludzi. To dla nich tylko kłopot. Po co się męczyć na międzynarodowych konferencjach, ryzykować, skoro można zakontraktować serial w telewizji i żyć jak panisko?

Skończyłeś trzy fakultety (kulturoznawstwo, reżyserię filmową i radiową), ale robić filmy zacząłeś dopiero po czterdziestce.
Po studiach pracowałem w telewizji, reżyserując rozmaite programy o sztuce, subkulturach, książkach, kinie, m.in. z Maksem Cegielskim i Agnieszką Egeman. Wolałem to niż telenowele. Marzył mi się pełnometrażowy dokument o poszukiwaniu zaginionej powieści Brunona Schulza „Mesjasz” (z błogosławieństwem od Jerzego Ficowskiego). Nikt tego nie chciał sfinansować. Zgłaszałem projekty do Teatru Telewizji, a to Pintera, a to Strugackich. Po miesiącu jakimś dziwnym trafem zawsze się okazywało, że taki sam tekst już ktoś przede mną zgłosił. Więc zacząłem pisać własne sztuki. Zanosiłem je i wtedy też się okazywało, że nie ja mam je realizować. Wmawiano mi, że jestem zachłanny, że mam przerost ambicji. Przecież świetnie piszę, po co chcę jeszcze reżyserować? Byłem zdruzgotany. Dopiero jak przyszedł Paweł Konic, pozwolono mi zrobić „Od dziś będziemy dobrzy” – własną sztukę o młodocianym przestępcy, który spowiada się przed zakonnikami z zamordowania swojej dziewczyny. Mimo wysokiej oglądalności, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji w trzy miesiące po emisji była oburzona, że z ekranu padają brzydkie wyrazy. Odpowiedziałem im listownie, żeby policzyli także liczbę modlitw i rozważań na temat „co to znaczy być zbawionym?”. Nie odpowiedzieli. Dano mi do zrozumienia, że w TVP nie mam więcej czego szukać. „Matkę Teresę...” wychodziłem po ośmiu latach.

Jak pan sobie radził z piętnem odrzucenia?
Miałem momenty bardzo depresyjne. Pilnowałem tylko, żeby nie wpaść w paranoję, że to jakiś spisek, że działa układ. Szukałem winy w sobie. Brak siły przebicia, poczucia własnej wartości. Pycha, że zamiast zajmować się przyziemnymi sprawami, szukam jakiegoś uogólnienia, chcę wypowiadać się na tematy istotne. Przecież żeby to robić, trzeba sobie zasłużyć, mieć poważną pozycję. A kim ja jestem? Może brakuje mi kwalifikacji? Różne myśli przychodziły do głowy. Pisanie uratowało mi życie.

W dramacie „Ifigenia moja miłość” postawiłem się w sytuacji brata Sary Kane. Besztany, poniżany, zaszczuty czułem, że naprawdę zaczyna być ze mną źle. Gdybym był człowiekiem samotnym, pewnie dziś nie byłoby okazji, by się spotkać. Trzymała mnie odpowiedzialność za bliskich. Muzyka. I Charles Bukowski. Wystarczyło kilka jego wierszy albo opowiadań, aby się przekonać, że warto być. Mam teraz 52 lata. Jestem już człowiekiem dojrzałym i młodzieńcze rozterki Hamleta nie bardzo mnie dotyczą.

Kolejny film uda się panu nakręcić przed sześćdziesiątką?
Oby...! To będzie film o szczęściu. O wielkiej radości i ekstazie wywołanej narkotykami. Przeniosę na ekran „Heroinę” Tomasza Piątka, którą już wystawiałem w teatrze. Żaden tam polski odpowiednik „Trainspotting”. Tylko opowieść o uzależnieniu. O wchłanianiu i wciąganiu w siebie największego daru, swego jedynego słuchacza.

 

Paweł Sala, ur. w 1958 r. w Poznaniu. Dramaturg i reżyser. Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i Wydziału Radia i Telewizji na Uniwersytecie Śląskim. Za dramat „Ciemno wszędzie” dostał I nagrodę w konkursie dramaturgicznym „Dialogu” i Starego Teatru w Krakowie. W dorobku dramatopisarskim ma także sztuki: „Gang Bang albo syndrom sztokholmski”, „Spalenie matki” i „Pokolenie porno”. W Teatrze Telewizji zrealizował własny utwór „Od dziś będziemy dobrzy”. „Matka Teresa od kotów” jest jego debiutem fabularnym. Film był prezentowany m.in. na festiwalu w Karlowych Warach, gdzie odtwórcy obu głównych ról (Mateusz Kościukiewicz i Filip Garbicz) dostali nagrody aktorskie.

Polityka 10.2011 (2797) z dnia 04.03.2011; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Reżyser widzi co innego"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Marek Kondrat dla „Polityki”: Już nie noszę ojczyźnianego plecaka

Rozmowa z Markiem Kondratem o potrzebie ucieczki z klatki ocen, roli czystego zachwytu w życiu i biznesie i o tym, dlaczego nie chodzi już do teatru.

Martyna Bunda
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną