Rozmowa z Pawłem Salą, laureatem Paszportów POLITYKI w dziedzinie filmu

Reżyser widzi co innego
Jestem minimalistą. W stosunku do świata i ludzi nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań. Nie żądam dowodów na istnienie absolutnego dobra - mówi Paweł Sala.
Paweł Sala, dramaturg i reżyser.
Tadeusz Późniak/Polityka

Paweł Sala, dramaturg i reżyser.

„Matka Teresa od kotów” jest jego debiutem fabularnym.
Tadeusz Późniak/Polityka

„Matka Teresa od kotów” jest jego debiutem fabularnym.

Janusz Wróblewski: – Przyniósł pan na spotkanie świeżo wydany dramat „Przejścia nie ma”, poświęcony Jerzemu Kosińskiemu. To polemika z „Good night, Dżerzi” Janusza Głowackiego?
Paweł Sala: – Napisałem tę sztukę kilka lat temu wespół z Czesławem Czaplińskim, znanym fotografem mieszkającym w Nowym Jorku, który przyjaźnił się z Kosińskim. Kilka lat temu dostałem od niego 10 płytek z nagraniami ich rozmów. Kosiński sprawiał wrażenie, jakby dopiero co opuścił mury Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie studiował socjologię pod kierunkiem prof. Chałasińskiego. Bardziej od duszy ludzkiej, w którą, zdaje się, raczej nie wierzył, interesowało go badanie granicznych zachowań, skrajności, dlaczego i w jakich okolicznościach normy przestają działać.

Głowacki przedstawia samobójstwo Kosińskiego jako akt kapitulacji zdemaskowanego hochsztaplera. Pański punkt widzenia jest inny?
Kosiński używał często pojęcia „autofikcja”, przez co rozumiał mieszanie wątków autobiograficznych z nieprawdą. Twierdził, że człowiek zastraszony i nadwrażliwy najgorsze, traumatyczne doświadczenia przeżyte we własnej wyobraźni jest w stanie uznać za realne, jakby faktycznie przydarzyły się one w jego życiu. Uważam, że miał do tego prawo. Jego kłamstwa nie były cyniczną grą, żeby zdobyć poklask. Jak sam mówił, czuł się jak „ochłap mięsa zgwałcony przez wojnę”. To jest klucz do zrozumienia jego psychiki. Ciągle uciekał przed koszmarem okupacji. W różne sfery: w wyuzdany seks, fotografię, bogactwo. Ameryka też miała być takim azylem, jego duchową terapią. Nieskuteczną, bo bywając w klubach sadomaso zobaczył w nich współczesną formę obozów koncentracyjnych, niewolnictwa.

I dlatego się zabił?
On jest dla mnie przykładem tragicznej postawy człowieka, który zdał sobie sprawę, że wszelkie próby reanimacji wartości po II wojnie kończą się tym samym, czyli chorobą i zejściem do piekła. Nie chciał żyć w świecie bez etyki, gdzie wszystko jest atrapą. Były też inne motywy. Stwierdzono u niego początki alzheimera, arytmię serca, wyczerpanie nerwowe.

Świat bez zasad, krach wartości, wielokrotnie opisywał pan w takich sztukach jak „Ciemno wszędzie”, „Trzecie przyjście” czy „Szwaczki”. W sztuce „Gang Bang albo syndrom sztokholmski” pretekstem jest bicie seksualnego rekordu świata.
Pomysł przyszedł mi do głowy, gdy zobaczyłem plakat zachęcający do wzięcia udziału w masowej imprezie, która swego czasu miała miejsce w jednej z warszawskich hal przy ulicy Bokserskiej. Poszedłem i nie wierzyłem własnym oczom. 650 facetów gwałciło na oczach tłumu trzy kobiety. Filmowały to kamery, na telebimach wszystko pokazywano z detalami, były nawet asystentki, które usłużnie pomagały „zawodnikom” osiągnąć wzwód. Show pełną gębą.

Dlaczego ludzie chcieli to oglądać?
Kiedy mnie pytają, kim jest artysta, odpowiadam, że człowiekiem, który patrząc na to samo, widzi co innego niż reszta. Mężczyźni biorący udział w tym wydarzeniu mieli ubaw. Kobietom wydawało się, że nic strasznego się nie dzieje. Zarobią pieniądze, wrócą do domu i będzie normalnie. Nie miały świadomości, że za miesiąc, dwa lub trzy ich życie się zmieni, że zostaną same, nie będą potrafiły opiekować się dziećmi, że wpadną w depresję i będą chciały popełnić samobójstwo. Reportażu czy dokumentu na ten temat nie dałoby się nakręcić, bo ci ludzie po prostu kłamią. Dlatego napisałem sztukę o bohaterce narodowej, prawie świętej. Po ustanowieniu rekordu jest obolała, ale szczęśliwa. A potem przychodzi otrzeźwienie. Wystawił to Krzysztof Jaworski w Starym Teatrze z Sandrą Korzeniak w roli głównej. Moi znajomi z Londynu, kiedy opowiedziałem im całe zdarzenie, stwierdzili, że coś takiego było możliwe tylko w katolickiej Polsce.

Bo nasza religijność jest płytka i na pokaz?
Bo uważamy się za katolików, a nie rozumiemy, czym jest etyka. Człowiek religijny może zabić zwierzę bez większych oporów, człowiek etyczny nigdy by tego nie zrobił. Niedawno brałem udział w programie telewizyjnym, gdzie analizowano „Matkę Teresę od kotów” (o matkobójcach) jako dzieło religijne. O Bogu można przecież dyskutować także przez zaprzeczanie, że go nie ma.

Jestem minimalistą. W stosunku do świata i ludzi nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań. Nie żądam dowodów na istnienie absolutnego dobra. Nie wierzę w kontakt z transcendencją. Wydaje mi się to po prostu niemożliwe. Frustracja i zgorzknienie, zrodzone na skutek desperackich prób dotknięcia świętości, sprawiają, że człowiek staje się fanatykiem, terrorystą, nawiedzonym lub wariatem. A brak oczekiwań nie musi oznaczać ściany i zamknięcia. Chcę przez to powiedzieć, że według mnie prawdopodobieństwo, iż Bóg istnieje, jest dużo mniejsze, niż że go nie ma. I o tym bez egzaltacji staram się opowiadać.

Skąd tyle pesymizmu?
Wychowałem się na Różewiczu. W domu odczuwałem niepokój. Mój ojciec jako dziecko w czasie wojny przeżył tragedię, w dramatycznych okolicznościach stracił ojca. Myślę, że pewne traumy się dziedziczy. Pokazując, że rzeczywistość jest piekłem, że żyjemy na gruzach wartości, że skazujemy się na kolejne obozy koncentracyjne, funduję terapię szokową. Może ktoś się ocknie. Natomiast co robić potem, nie wiem. A czy sztuka powinna pocieszać? W „Matce Teresie...” jakaś nadzieja jednak jest. Pojawia się w scenie w lesie, gdy coś jeszcze można było uratować w tej rodzinie. Oczywiście, dla bohaterów to już czas przeszły dokonany. Lecz dla widzów wcale nie. Oni mogą wybrać, postąpić inaczej. Ich życie nie musi potoczyć się w złym kierunku.

Żeby się nad tym zastanowili, muszą film zobaczyć. Tymczasem na „Matkę Teresę...” poszła garstka widzów.
Niska frekwencja mówi więcej o wadach systemu dystrybucji niż o nastawieniu polskiej publiczności. Przykładowo, na premierze „Matki Teresy...” sala świeciła pustkami dlatego, że dystrybutor z jakichś powodów „zapomniał” zaprosić aktorów i część ekipy. Promocja opierała się wyłącznie na recenzjach prasowych i wywiadach, które dziennikarze ze mną przeprowadzali. Nie było choćby plakatów na mieście, film szedł w kinach jakby w konspiracji. Wiem, że film miał potencjał, bo spotykałem się z publicznością przy różnych okazjach. Zawsze zjawiały się tłumy i długo rozmawialiśmy po pokazach. Ale dystrybutor w film nie wierzył.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną