Mahlera triumf po latach

Kamera Mahlera
Przez współczesnych był niedoceniony. Dzisiaj zmarły sto lat temu Gustav Mahler uchodzi za jednego z największych twórców minionego wieku.
Gustav Mahler miał apodyktyczne usposobienie i był orkiestrowym dyktatorem.
Max Oppenheimer/Forum

Gustav Mahler miał apodyktyczne usposobienie i był orkiestrowym dyktatorem.

Mahlera często ubierano w archetyp Żyda-ofiary dyskryminacji czy Żyda-wiecznego tułacza.
Lebrecht Music of Arts/BEW

Mahlera często ubierano w archetyp Żyda-ofiary dyskryminacji czy Żyda-wiecznego tułacza.

Trudny charakter, problemy osobiste, skomplikowane koleje losu kompozytora miały stać się z czasem inspiracją do wielu opowieści.
Wikipedia

Trudny charakter, problemy osobiste, skomplikowane koleje losu kompozytora miały stać się z czasem inspiracją do wielu opowieści.

Przez połowę XX w. wszystko działało przeciwko muzyce Mahlera. Z jednej strony historia, czyli prześladowania Żydów oraz uznanie uprawianej przez nich sztuki za zdegenerowaną (nazizm) lub nacjonalistyczną (Sowieci po wojnie). Z drugiej strony zmiana upodobań estetycznych, ostateczne odrzucenie romantyzmu z jego manierą grzebania w uczuciach (bebechowości, jak by powiedział Witkacy), programowości, wręcz – jak to odbierano – szantażu emocjonalnego. Za dużo, za głośno, zbyt dosłownie. Najpierw neoklasycyzm, potem kolejne awangardy opowiadały się za muzyką samą w sobie – czy ścisłą i precyzyjną, czy oddaną w mniejszym czy większym stopniu przypadkowi (od czasów Johna Cage’a), w każdym razie zajmującą się dźwiękami i ich konstrukcjami, a nie tym, czy za nimi stoi jakaś literacka myśl.

Przez wielu swoich współczesnych Mahler także był niedoceniany. Funkcjonował wówczas jako wybitny dyrygent, komponowaniem zajmował się wyłącznie w okresach letnich przerw pomiędzy sezonami, więc sam się określał żartobliwie jako Ferienkomponist, kompozytor wakacyjny, a inni nierzadko nazywali jego twórczość Kapellmeistermusik – muzyką dyrygencką, pisaną dla zaspokojenia ambicji.

Owszem, zauważano jego fantastyczny warsztat instrumentacyjny, bo orkiestrę znał jak mało kto i wiedział, co da się z niej wycisnąć, ale samą muzykę oceniano w skrajnych kategoriach: albo jako pozbawioną inwencji i autentyczności, albo jako dziwaczną, jak zwykle mawia się o dziełach wyprzedzających epokę (pomijam tu epitety wynikłe z antysemickich pobudek). Ciekawe, że mimo to Mahlera kochali i dyrygowali jego muzyką przedstawiciele tzw. drugiej szkoły wiedeńskiej, czyli dodekafoniści – Arnold Schönberg i Anton Webern, którzy sami pisali przecież całkiem inną muzykę.

Sam kompozytor był całkowicie świadom własnej wartości jako twórcy. „Mój czas nadejdzie” – mówił. Lecz zanim ten czas nadszedł, wszelkie przeciwności losu, których doświadczył i które w końcu nadszarpnęły jego zdrowie (zmarł mając zaledwie 50 lat), stały się drobiazgiem w porównaniu z tym, co nastąpiło. Z dwiema wojnami światowymi i próbą metodycznego zniszczenia narodu, z którego się wywodził, wraz z jego sztuką.

Jego czas nadszedł

Dopiero w latach 60. XX w. Leonard Bernstein, także dyrygent i kompozytor, który identyfikował się z losem Mahlera (tym silniej że pracował z orkiestrą, którą autor „Pieśni o ziemi” prowadził w latach 1908–11, czyli Filharmonią Nowojorską), ogłosił: „Jego czas nadszedł”. W 1948 r. poprowadził II Symfonię „Zmartwychwstanie” na inaugurację pierwszego sezonu filharmonii nowego państwa Izrael, jak również w 1963 r. na żałobę po prezydencie Kennedym.

W 1967 r. Bernstein opublikował esej na łamach pisma „High Fidelity”, w którym pisał: „Jeżeli kiedykolwiek istniał kompozytor swoich czasów, był to Mahler; był prorokiem, ponieważ wiedział już to, czego świat miał się dowiedzieć pół wieku później. Oczywiście muzyka Mahlera jest przede wszystkim o Mahlerze, co oznacza po prostu: o konflikcie. Pomyślmy: twórca, a zarazem wykonawca, Żyd i chrześcijanin, wierzący i wątpiący, naiwny i wyrafinowany, Czech z prowincji i światowy wiedeńczyk, zafascynowany »Faustem« i mistyką Wschodu, dyrygent operowy, który nigdy nie napisał opery”. Ale zarazem „jego muzyka jest jak kamera, utrwalająca społeczeństwo w momencie początkowego stadium upadku”. Jednak współczesna mu publiczność słyszała w tych utworach tylko „przesadę, ekstrawagancję, bombastyczność (...) coś, co sprawiało wrażenie historii muzyki austriacko-niemieckiej, zrekapitulowanej ironicznie i w krzywym zwierciadle, i nazywali to skandalicznym eklektyzmem”.

Zarzut eklektyzmu i zapożyczeń istotnie często pojawiał się w recenzjach twórczości Mahlera. Można powiedzieć, że słusznie, ponieważ te zapożyczenia były oczywiste i celowe. Wojskowe marsze i klezmerskie kapele, z którymi kompozytor stykał się często w dzieciństwie w Jihlavie w Czechach, wiedeńskie walce i ländlery, proste piosenki – były naturalną częścią świata, który opisywał, na równi z ptakami śpiewającymi w lesie czy szalejącymi burzami. Bo tak właśnie traktował tworzenie symfonii: jako „budowanie świata wszelkimi dostępnymi środkami technik kompozytorskich”, jak napisał w jednym z listów. Z drugiej strony uważał, że „sami jesteśmy swego rodzaju instrumentami, na których gra Wszechświat”.

Potrójnie obcy

Jego twórczość, choć niedługą, można podzielić na trzy okresy: pierwszych pięciu symfonii, bardzo bezpośrednio działających na słuchacza, kolejnych dwóch, trudniejszych w odbiorze, jakby chłodniejszych i bolesnych, wreszcie końcowy, pełen fascynacji ideami wschodnimi. Gdy zmieniał wyznanie z żydowskiego na katolickie, czynił to, co prawda, z powodów koniunkturalnych – aby otrzymać upragnioną posadę w Operze Wiedeńskiej, jednak w chrześcijaństwie pociągała go idea zmartwychwstania (II Symfonię, poświęconą temu tematowi, napisał tuż przed konwersją), którą koił swój obsesyjny lęk przed śmiercią (Bernstein zauważa, że niemal wszystkie symfonie Mahlera zawierają marsze żałobne).

W późniejszych latach religie wschodnie pociągały go ideą nirwany, rozpłynięcia się w przestrzeni. Tak rozpływają się niesamowite adagia z IX czy nieukończonej X Symfonii. W „Pieśni o ziemi”, cyklu pieśni napisanym do zbiorku poematów „Fletnia chińska”, w zakończeniu ostatniego ogniwa, „Der Abschied” (Pożegnanie), sam dopisał do tekstów chińskich poetów słowa o świetlistej oddali, która błękitnieje „wiecznie... wiecznie...”.

Kontrowersyjny krytyk brytyjski Norman Lebrecht, który napisał dwie książki o Mahlerze, zinterpretował (bezsensownie) owe „wiecznie” jako aluzję, którą kompozytor czyni do swego „wiecznego żydostwa”. Główną tezą drugiej z tych książek, „Why Mahler?” (2010), jest, że bycie Żydem to główne źródło inwencji kompozytora. Lebrecht posuwa się nawet do stwierdzenia, że jego zdaniem w muzyce Mahlera formy ekspresji wywodzą się z języka jidysz, który musiał słyszeć w domu. W gruncie rzeczy, mimo że intencje miał inne, powtórzył tu pogląd antysemickiego publicysty wiedeńskiego Rudolpha Louisa, który zaraz po wyjeździe Mahlera z Wiednia napisał, że jego muzyka „mówi po niemiecku z akcentem i gestykulacją wschodnioeuropejskiego Żyda”. Oburzony zaś krytyk monachijski napisał: „On nie komponuje, on żydłaczy!”.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną