Cannes 2011: relacja czwarta - Terrence Malick, Tree of life

Popisy mistrzów
Najbardziej oczekiwane wydarzenie - premiera „The Tree of Life” (Drzewa życia) Terrence’a Malicka – podniosło i tak już wysoką temperaturę festiwalu jeszcze o kilkanaście stopni.
Polityka

Kręcone w wielkiej tajemnicy przez trzy lata dzieło Malicka to zuchwały eksperyment, nie mający odpowiednika w amerykańskim, ani światowym kinie. Na zdj. Brad Pitt.
Cannes 2011/materiały prasowe

Kręcone w wielkiej tajemnicy przez trzy lata dzieło Malicka to zuchwały eksperyment, nie mający odpowiednika w amerykańskim, ani światowym kinie. Na zdj. Brad Pitt.

Były gwizdy i histeryczne okrzyki zachwytu. Nikt się jednak nie spodziewał takiego filmu: poetyckiej symfonii o stworzeniu świata, w której losy teksańskiej rodziny komentowane są modlitwami do boga, zdjęciami pyłu kosmicznego i obrazami przechadzających się dinozaurów.

Kręcone w wielkiej tajemnicy przez trzy lata dzieło Malicka to zuchwały eksperyment, nie mający odpowiednika w amerykańskim ani światowym kinie. Opowieść o rodzinnej tragedii (utracie dziecka) została przez reżysera potraktowana jako punkt wyjścia do głębinowych rozważań o istocie naszych relacji z bogiem, kierunku ewolucji Wszechświata, zawartości mitologicznej pamięci i o tym, co po nas, jako gatunku, zostanie. Już sama skala i rozmach tematyczny filmu, nie mówiąc o patosie stawianych pytań, budzą wątpliwości. No bo jak traktować serio reżysera, który podejmuje się zebrać i streścić w skromnych dwóch i pół godzinach projekcji odwieczną mądrość filozofów?

 

A jednak, co by nie mówić, Malick wychodzi zwycięsko z tej próby. W karkołomny intelektualnie sposób, za to imponująco wizualnie - udaje mu się skonfrontować ogień z wodą. Łączy żarliwość religijnego spojrzenia z darwinizmem. Ludzkie cierpienie z teorią wielkiego wybuchu. Zwątpienie z cudem rajskiego dzieciństwa. Okrucieństwo natury z jej niewysłowionym pięknem. Bezgraniczną miłość matki z buntem i pierworodnym grzechem. Montowany jak esej, w formie swobodnego strumienia świadomości film pomija zupełnie realistyczne kwestie psychologiczne, przechodząc z marszu w sferę symboliczną i do stawiania pytań metafizycznych.

Rozpoczyna się od przypomnienia cytatu. Bóg pyta wiernego i sprawiedliwego Hioba: „Gdzie byłeś, kiedy ja ustanawiałem prawo na Ziemi? Odpowiedz, jeśli chcesz zrozumieć”. Echem tych słów jest żal matki, która tracąc w niewyjaśnionych okolicznościach swego kilkuletniego syna pyta boga: dlaczego? Gdzie byłeś? Czy wiedziałeś? Ilustracją jej lamentu są olśniewająco piękne widoki wybuchów na Słońcu, wulkanicznego dymu, podziału komórkowego, czarnych dziur i majaczących na odległym horyzoncie galaktyk. Obrazy układają się w długi, prawie półgodzinny medytacyjny ciąg robiący równie szokujące wrażenie co słynna, finałowa sekwencja „2001: Odysei Kosmicznej”.

Kubrick strącał osobowego boga z piedestału, zastępując go kosmicznym, czarnym monolitem. Agresji i ciągle udoskonalanej sztuce zabijania przypisywał kluczową rolę w procesie ewolucji. Malick, panteista, świadomie i bardzo przewrotnie nawiązujący do filmu Kubricka - odwrotnie. Zachowuje postawę Hioba: wierzy w miłosiernego boga, mimo lawiny nieszczęść, spadającej na głowy jego bohaterów. „Szukam cię boże” – to zdanie często powraca w „The Tree of Life”. Kołem napędowym ewolucji, przyspieszającym narodziny homo sapiens jest u niego moment zaistnienia bezinteresownego dobra w przyrodzie. Dlatego pojawiają się w filmie drapieżne dinozaury, które zamiast dopaść bezbronną ofiarę, nie atakują jej tylko się wycofują.

 

A jednak, co by nie mówić, Malick wychodzi zwycięsko z tej próby. W karkołomny intelektualnie sposób, za to imponująco wizualnie - udaje mu się skonfrontować ogień z wodą. Łączy żarliwość religijnego spojrzenia z darwinizmem. Ludzkie cierpienie z teorią wielkiego wybuchu. Zwątpienie z cudem rajskiego dzieciństwa. Okrucieństwo natury z jej niewysłowionym pięknem. Bezgraniczną miłość matki z buntem i pierworodnym grzechem. Montowany jak esej, w formie swobodnego strumienia świadomości film pomija zupełnie realistyczne kwestie psychologiczne, przechodząc z marszu w sferę symboliczną i do stawiania pytań metafizycznych. Rozpoczyna się od przypomnienia cytatu. Bóg pyta wiernego i sprawiedliwego Hioba: „Gdzie byłeś, kiedy ja ustanawiałem prawo na Ziemi? Odpowiedz, jeśli chcesz zrozumieć”. Echem tych słów jest żal matki, która tracąc w niewyjaśnionych okolicznościach swego kilkuletniego syna pyta boga: dlaczego? Gdzie byłeś? Czy wiedziałeś? Ilustracją jej lamentu są olśniewająco piękne widoki wybuchów na Słońcu, wulkanicznego dymu, podziału komórkowego, czarnych dziur i majaczących na odległym horyzoncie galaktyk. Obrazy układają się w długi, prawie półgodzinny medytacyjny ciąg robiący równie szokujące wrażenie co słynna, finałowa sekwencja „2001: Odysei Kosmicznej”.
Kubrick strącał osobowego boga z piedestału, zastępując go kosmicznym, czarnym monolitem. Agresji i ciągle udoskonalanej sztuce zabijania przypisywał kluczową rolę w procesie ewolucji. Malick, panteista, świadomie i bardzo przewrotnie nawiązujący do filmu Kubricka - odwrotnie. Zachowuje postawę Hioba: wierzy w miłosiernego boga mimo lawiny nieszczęść, spadającej na głowy jego bohaterów. „Szukam cię boże” – to zdanie często powraca w „The Tree of Life”. Kołem napędowym ewolucji, przyspieszającym narodziny homo sapiens jest u niego moment zaistnienia bezinteresownego dobra w przyrodzie. Dlatego pojawiają się w filmie drapieżne dinozaury, które zamiast dopaść bezbronną ofiarę, nie atakują jej tylko się wycofują.
Brad Pitt gra ojca rodziny, wychowującego z żoną trzech synów na prowincji (w latach 50. XX wieku). Ma tam wspaniały dom i ogród. Jest czuły, wyrozumiały, troskliwy z drugiej strony – surowy, bezwzględny, domagający się posłuszeństwa i nieznoszący sprzeciwu. Przypomina starotestamentowego Jahwe. Wyznaczając niewidoczną granicę na trawniku stwarza i niszczy rajską idyllę dzieciństwa chłopców. Pasuje do tej roli, wierzy mu się w każdym geście. Seana Penna jest zdecydowanie mniej. Pojawia się na ekranie zaledwie w kilku krótkich scenach. Gra jednego z synów już w wieku dorosłym, który jak duch tropi wspomnienia, odwiedza zapamiętane miejsca i spotyka rodziców w marszu śmierci ku nieznanej przyszłości.
Czy Malick zdobędzie Złotą Palmę? Zdaniem amerykańskich krytyków należy mu się ona jak psu kość. Ale na dziennikarskiej giełdzie w roli faworytów wymienia się też belgijskich braci Dardenne. Niestety wcześniej już dwukrotnie ją otrzymywali (za „Rosettę” i „Dziecko”), co nakazuje z dość umiarkowanym optymizmem wierzyć w kolejne ich zwycięstwo.
Skromny, realistyczny dramat „The Kid With a Bike” (Chłopiec z rowerem) stanowi przeciwieństwo epicko-baśniowego przepychu „The Tree of Life”. To ich kolejny dickensowski moralitet o paradoksach życia i przyciąganiu zła. 12-latek (doskonale zagrany przez Thomasa Doreta) zostaje opuszczony przez ojca, który odmawia utrzymywania z synem jakichkolwiek kontaktów. Opiekę nad nim - niczym dobry Samarytanin - przejmuje prowadząca salon fryzjerski, sąsiadka (Cecile de France). Chłopak tego nie docenia, potrzebuje męskiej ręki. Jego frustrację, wściekłość i marzenia o ojcowskiej miłości bezwzględnie wykorzystuje lokalny diler. Uczy go napadać i kraść. Pozornie banalna historia przeobraża się, jak zwykle u tych reżyserów w przejmującą przypowieść o roli przypadku, niezawinionej winie i karze. Smutna lekcja utraty niewinności i dojrzewania.Były gwizdy i histeryczne okrzyki zachwytu. Nikt się jednak nie spodziewał takiego filmu: poetyckiej symfonii o stworzeniu świata, w której losy teksańskiej rodziny komentowane są modlitwami do boga, zdjęciami pyłu kosmicznego i obrazami przechadzających się dinozaurów.

Brad Pitt gra ojca rodziny, wychowującego z żoną trzech synów na prowincji (w latach 50. XX wieku). Ma tam wspaniały dom i ogród. Jest czuły, wyrozumiały, troskliwy z drugiej strony – surowy, bezwzględny, domagający się posłuszeństwa i nieznoszący sprzeciwu. Przypomina starotestamentowego Jahwe. Wyznaczając niewidoczną granicę na trawniku stwarza i niszczy rajską idyllę dzieciństwa chłopców. Pasuje do tej roli, wierzy mu się w każdym geście. Seana Penna jest zdecydowanie mniej. Pojawia się na ekranie zaledwie w kilku krótkich scenach. Gra jednego z synów już w wieku dorosłym, który jak duch tropi wspomnienia, odwiedza zapamiętane miejsca i spotyka rodziców w marszu śmierci ku nieznanej przyszłości.

Czy Malick zdobędzie Złotą Palmę? Zdaniem amerykańskich krytyków należy mu się ona jak psu kość. Ale na dziennikarskiej giełdzie w roli faworytów wymienia się też belgijskich braci Dardenne. Niestety wcześniej już dwukrotnie ją otrzymywali (za „Rosettę” i „Dziecko”), co nakazuje z dość umiarkowanym optymizmem wierzyć w kolejne ich zwycięstwo.

Skromny, realistyczny dramat „The Kid With a Bike” (Chłopiec z rowerem) stanowi przeciwieństwo epicko-baśniowego przepychu „The Tree of Life”. To ich kolejny dickensowski moralitet o paradoksach życia i przyciąganiu zła. 12-latek (doskonale zagrany przez Thomasa Doreta) zostaje opuszczony przez ojca, który odmawia utrzymywania z synem jakichkolwiek kontaktów. Opiekę nad nim - niczym dobry Samarytanin - przejmuje prowadząca salon fryzjerski, sąsiadka (Cecile de France). Chłopak tego nie docenia, potrzebuje męskiej ręki. Jego frustrację, wściekłość i marzenia o ojcowskiej miłości bezwzględnie wykorzystuje lokalny diler. Uczy go napadać i kraść. Pozornie banalna historia przeobraża się, jak zwykle u tych reżyserów w przejmującą przypowieść o roli przypadku, niezawinionej winie i karze. Smutna lekcja utraty niewinności i dojrzewania.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną