Dlaczego nie pojechałem na weneckie Biennale

Robienie trąbą w trąbę
Biennale Sztuk w Wenecji odwiedzałem i relacjonowałem w POLITYCE przez 14 lat. 1 czerwca ruszyła kolejna edycja tej największej imprezy świata sztuk wizualnych, a ja dobrowolnie zostałem w Warszawie. Oto 10 powodów dlaczego.
2007 r., medialne dzieło Aleksandra Ponomariewa i Arsenego Mieszczeriakowa.
Garziano Arici/BEW

2007 r., medialne dzieło Aleksandra Ponomariewa i Arsenego Mieszczeriakowa.

2009 r., intrygująca instalacja na jednym z wystawowych mostków.
Piotr Sarzyński/Polityka

2009 r., intrygująca instalacja na jednym z wystawowych mostków.

2005 r., „Pionowe morze” Fabrizia Plessiego.
Image Broker/Forum

2005 r., „Pionowe morze” Fabrizia Plessiego.

1999 r., fakir Maurizia Cattelana.
LA BIENNALE DI VENEZIA/materiały prasowe

1999 r., fakir Maurizia Cattelana.

Oczywiście istnieje wystarczająco dużo powodów, by w czerwcu omijać Wenecję z daleka: równie ciasne, co drogie pokoje hotelowe, wszechobecny smród, tabuny turystów, podłe jedzenie. Dla sztuki można jednak ponieść wiele wyrzeczeń. Dopóki sama nie zawiedzie. I to nie raz, ale dziesięć razy. A za motto tych rozczarowań niech posłuży pokazywana w Wenecji w 2005 r. praca Włocha Fabrizia Plessiego. Wysoka na 44 m rzeźba, którą zatytułował „Pionowe morze”. To niezły symbol całej współczesnej sztuki, która to, co dobrze stoi, musi powalić, zaś to, co najlepiej czuje się w pozycji horyzontalnej – ustawić do pionu.

Powód pierwszy: permanentne déjà vu.

Wenecja, 2001 r., akcja artystyczna bułgarskiego artysty Nedko Solakova, nosząca tytuł „Black&White”. W dużym pokoju po przeciwnych stronach dwóch mężczyzn maluje ściany: jeden na biało, drugi na czarno. Cały czas, w równym tempie, posuwają się do przodu i w ten sposób jeden nieustannie zamalowuje białe czarnym, a drugi – czarne białym. To, co w tej chwili jest białe, za chwilę będzie czarne – i na odwrót. Niby wszystko się zmienia, nic nie jest takie, jak przed chwilą, a jednak – jak na karuzeli – w gruncie rzeczy wszystko kręci się w kółko.

Prawdziwych zaskoczeń w sztuce współczesnej jest coraz mniej, bo też i system im nie sprzyja. By zaistnieć, trzeba stosować kody powszechnie zaakceptowane i czytelne w sztuce białego człowieka. Trzeba zatem podążać tropami innych twórców, czerpać z dorobku modernizmu, konceptualizmu, postmodernizmu. Nawet prowokacje, będące solą sztuki, coraz rzadziej przerywają wszechogarniającą nudę. Coś świeżego potrafią wnieść do sztuki artyści z obrzeży art worldu – Afryki czy Ameryki Południowej – ale do Wenecji trafia ich niewielu.

Powód drugi: mam dość pseudołamigłówek.

W 2009 r. zaintrygowała mnie w Wenecji taka oto instalacja: na jednym z mostków prowadzących przez wystawowe tereny tkwiła żółta rama rowerowa, przyczepiona do balustrady solidnym łańcuchem. Przez mostek, tuż przy niej, przeciągnięty był wąż ogrodowy. Również żółty. Widz miał do wyboru kilka interpretacji. Pierwsza: rower ktoś nieopatrznie zostawił i skradziono zeń koła oraz siodełko, a szlauch znalazł się tam przypadkiem. Druga: wąż rzeczywiście należy do ogrodnika, ale rower to już dzieło sztuki. Trzecia: i rower, i wąż stanowią zintegrowaną artystyczną instalację, której sensu należy się domyślić.

Szukanie odpowiedzi na pytanie: „Co też artysta chciał nam powiedzieć?”, to najważniejsze zadanie, przed jakim stają bywalcy Biennale. Zadanie często skazane na niepowodzenie, ponieważ łamigłówki intelektualno-emocjonalne, jakie serwują nam twórcy, zdecydowanie przerastają nawet kompetencje psychoanalityka czy poziom Mensy. Zresztą przebicie się przez zawiłą symbolikę wcale nie musi przynieść satysfakcji. Ba, odkrycie intencji artysty często okazuje się rozczarowaniem, a twórczy zamysł – banałem.

Powód trzeci: tęsknota do piękna.

Nie tego landszaftowego, ale tego zawierającego się w przemyślanej kompozycji, starannym umiarze, dobrze poruszonej u odbiorcy emocji, głębi mądrości. Do estetyki nieromansującej z popkulturą, nieprzejaskrawionej, ale też nietworzonej dla siebie samej. Do walorów, które towarzyszyły sztuce przez stulecia. Biennale zdecydowanie nie jest miejscem do takich poszukiwań.

Wenecja, 2003 r. Stoję przed czymś, co przypomina rozbabrany plac budowy; jakieś deski, cegły, rusztowania, kubły. Stoję i wytężam umysł, by nadać sens temu, co widzę. Może to symbol świata targanego chaosem, a może wezwanie do budowania wspólnych fundamentów przyszłości? Wszystko jedno, jaki jest sens, bo ogólne wrażenie i tak pozostaje jedno: brzydkie to, pospolite, bez wyrazu. Rembrandt pospołu z Mondrianem przewracają się w grobie.

Powód czwarty: wyczuwam nieczyste intencje.

Picasso rozbrajająco przyznał niegdyś: „Prawdziwy talent artysty to umiejętność przekonywania innych, że jego fanaberie są im absolutnie niezbędne”. Wyczuwam, że dziś w owym przekonywaniu uczestniczy cała silna koalicja, złożona z artystów, krytyków, kuratorów i właścicieli galerii, wobec której widz nie ma szans, a weneckie „święto sztuki” podszyte jest partykularnymi interesami. Gra idzie o duże pieniądze, sławę, miejsce w historii. Mechanizmy przyjęte w funkcjonowaniu tego świata stają się ważniejsze od przesłań samej sztuki, a zawrotne kariery takich artystów, jak Damien Hirst, Jeff Koons czy Takashi Murakami, są tego najlepszym dowodem. W 1999 r. dwaj rosyjscy artyści Witalij Komar i Aleksandr Melamid pokazali w Wenecji obrazy, które namalował słoń trąbą – na dowód, że w sztuce można wypromować i sprzedać wszystko.

Powód piąty: kino mam w Warszawie.

Biennale kocha nowe środki wyrazu. Owszem, od czasu do czasu nieśmiało przycupnie gdzieś w kącie jakieś malarstwo (rzeźby i grafiki już się nie spotyka). Ale królują instalacje i wideo-art. Te pierwsze widziałem już w Wenecji montowane ze wszystkiego: powietrza i błota, samochodów i żywych rybek, owoców i światła, śmieci i butelek. Niektóre przypominają dziecięce składanki, inne sprawiają wrażenie opuszczonych i zaniedbanych magazynów, jeszcze inne wyglądają jak efekt pracy kolekcjonerów śmieciarzy.

I filmy. Biennale zamieniło się w gigantyczny multipleks z dziesiątkami małych sal projekcyjnych i setkami monitorów. Odnosi się wrażenie, że większość prac powstaje według tego samego przepisu, który brzmi: weź dowolny fragment rzeczywistości, a następnie po prostu włącz kamerę i sfilmuj go. Im mniej się dzieje, tym lepiej. Bardziej artystycznie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną