„Rzeź” Polańskiego, czyli słodka zemsta

Teatr marionetek
„Rzeź” Romana Polańskiego to słodka zemsta reżysera na amerykańskich „sprawiedliwych”, którzy wydając wyroki uważają się za bardziej moralnych od reszty. Prztyczek pod adresem wszystkich, którzy go osądzali i potępiali w czambuł, sami mając wiele za uszami.
Od tej kłótni chłopców zaczyna się film, którego treścią jest kłótnia rodziców.
Kino Świat/materiały prasowe

Od tej kłótni chłopców zaczyna się film, którego treścią jest kłótnia rodziców.

John Reilly, Jodie Foster, Roman Polański, Christoph Waltz i Kate Winslet – główni bohaterowie i reżyser na planie filmu
Kino Świat/materiały prasowe

John Reilly, Jodie Foster, Roman Polański, Christoph Waltz i Kate Winslet – główni bohaterowie i reżyser na planie filmu

Aktorzy grają dwie pary porządnych ludzi, którzy się nienawidzą.
Kino Świat/materiały prasowe

Aktorzy grają dwie pary porządnych ludzi, którzy się nienawidzą.

Na każdy nokautujący cios, jaki otrzymuje od losu, Roman Polański zawsze odpowiada stając za kamerą. Zatrzymanie na lotnisku w Zurychu i wielomiesięczny pobyt z elektroniczną obrożą w Gstaad odreagował ekranizacją popularnej sztuki Yasminy Rezy „Bóg mordu”, której nadał lżejszy, bardziej ironiczny tytuł „Rzeź”. Już sam jej wybór budzi zaskoczenie. Komedia pozbawiona ulubionych wątków reżysera (zaburzenia psychiczne, satanizm, osaczenie, wyobcowanie, gwałt, zbrodnia) cieszyła się wprawdzie dużym powodzeniem, była wystawiana na deskach teatrów całego świata (także w Polsce i na Broadwayu). Lecz przypomina trywialną, mieszczańską farsę małżeńską z niezbyt błyskotliwymi dowcipami oraz mało śmiesznymi ripostami udzielanymi przy stoliku na kanapie przez dwie pary porządnych ludzi, którzy się nienawidzą. Charakterystycznej dla Polańskiego, połączonej z dominacją, wykorzystaniem i upokorzeniem, okrutnej, szaleńczo-mrocznej atmosfery wywołującej zawrót głowy próżno tu szukać.

Autor „Dziecka Rosemary” i „Pianisty” nie próbował nawet odteatralizować tekstu. Przeniósł go na ekran niemal dosłownie, trzymając się wiernie klaustrofobicznej akcji rozgrywającej się przez niecałe półtorej godziny w tym samym niedużym pomieszczeniu. Zmienił tylko kilka drobiazgów, m.in. przeniósł fabułę z ciasnego paryskiego mieszkania do Brooklynu, wymyślił inne nazwiska czworgu bohaterom. No i dodał ramę – pierwszą i ostatnią scenę, co zasadniczo nie zmieniło krytycznej pod adresem zachodniego społeczeństwa wymowy sztuki. Przesunęło ją tylko wyraźniej w kierunku teatru absurdu i parodii bliskiej powiedzmy antymieszczańskim utworom Harolda Pintera.

Film Polańskiego zręcznie balansuje na granicy teatralnego minimalizmu i kinowego realizmu, chwilami zbyt pospiesznie przeskakując w stronę naturalizmu i groteski. Łatwo go zlekceważyć i uznać za poruszającą się w obrębie powszechnie znanych stereotypów w sumie dość banalną, płaską historyjkę. O dwóch dobrze sytuowanych małżeństwach w średnim wieku, które spotykają się w sprawie bójki 11-letnich synów. Chłopcy pokłócili się w parku przy szkolnym boisku. Jeden wybił kijem przednie zęby drugiemu, co zostaje przedstawione już na samym początku w sposób niepozostawiający żadnych wątpliwości, kto był sprawcą, a kto ofiarą. Przez następne 89 minut rodzice starają się konflikt załagodzić, doprowadzić do jakiejś ugody, lecz z czasem wychodzą na jaw ich małżeńskie problemy i napięcia, które wyzwalają w nich agresję.

Ciemne dno duszy

Tematem filmu Polańskiego (i sztuki) jest gra pozorów. Dorośli raczą się frazesami o konieczności respektowania norm, uniwersalnej harmonii, wyrozumiałości, tolerancji, obowiązku zachowania zdrowego rozsądku, życzliwości, podczas gdy pod powierzchnią miłych słów i przyjaznych gestów czai się brak wzajemnego poszanowania, rozdrażnienie, złość, pogarda, nienawiść; słowem, Bóg mordu – brutalna, irracjonalna, ciemna siła, gotowa zmienić wczesnopopołudniową grzeczną negocjację w rzeź.

Ciekawie robi się dopiero, gdy strony zaczynają zmieniać front, mężczyźni występują przeciwko kobietom, żony przeciwko mężom, a pary przeciwko sobie, co daje pole do popisu wytrawnym aktorom, zachowującym się trochę jak gwiazdy w tanim kabarecie. Jodie Foster gra pozbawioną poczucia humoru pisarkę pracującą na pół etatu w księgarni artystyczno-historycznej. Z troską pochyla się nad ofiarami czystek etnicznych w Darfurze, lecz w głębi duszy jest nieszczęśliwą, wściekłą, niezaspokojoną seksualnie, despotyczną i topiącą smutek w alkoholu kobietą, która stara się za wszelką cenę kontrolować sytuację. Jej mąż (John C. Reilly) – na pierwszy rzut oka wyciszony, ustępliwy, ciepły, sympatyczny sprzedawca artykułów gospodarstwa domowego – okazuje się półgłówkiem, gburem, chamem i niepanującym nad sobą cholerykiem, uważającym, że żona oraz dzieci go ograniczają.

Christoph Waltz (pamiętny pułkownik Hans Landa z „Bękartów wojny”) w mocno przeszarżowanej roli wciela się w pozbawionego skrupułów prawnika broniącego przez telefon komórkowy interesów globalnego koncernu farmaceutycznego, który wprowadza na rynek zagrażające życiu pacjentów leki. On jako jedyny nie musi udawać, że traci czas na pojednawczym spotkaniu. Jako pragmatyczny cynik wyznający prawo siły i wytrenowany w manipulowaniu innymi adwokat wie, że wymuszone przeprosiny są zbędne, a autentyczne pojednanie jest po prostu niemożliwe. Jego żona (w niezłej interpretacji Kate Winslet) to usposobiona histerycznie, nadwrażliwa, bezsilna, samotna, uległa osoba, której tłumione emocje i gorzkie poczucie krzywdy dają o sobie znać rozstrojem żołądkowym i powracającymi często odruchami wymiotnymi.

Gdyby na tym zakończyć, trudno doprawdy byłoby zrozumieć, co w tej menażerii robi Polański. Wybitny 79-letni twórca po tak ciężkich przejściach wychodzi na plan, by obnażyć pozorowaną tolerancję albo hipokryzję klasy średniej? Stara się powiedzieć, że jesteśmy samotni, bo dzieli nas płeć, klasa społeczna, odmienne strategie i filozofie życia? Przecież wszyscy to i tak wiedzą.

Całe zło świata

Sukces sztuki Yasminy Rezy (z wykształcenia socjolożki) wynika m.in. stąd, że w „Boga mordu” została wpisana znacznie głębsza wizja świata, niż można by sądzić po jej głównym sporze – o wybite zęby nastolatka oraz los wyrzuconego z domu chomika. Wychodząc od bardzo przyziemnych spraw, małymi kroczkami dochodzi się w niej do wnikliwej analizy drzemiącej w ludzkiej naturze skłonności do przemocy, której żadne cywilizacyjno-kulturowe normy wychowawcze nie są w stanie skutecznie zneutralizować ani wykorzenić.

Pod przykrywką banalnych dialogów i żałosnych zachowań toczy się podskórny, filozoficzny dyskurs nie tylko o tym, jak w zatroskanym, zwalczającym agresję i terror świecie nasila się nietolerancja, którą chce się zwalczać. Ale też o źródłach ukrytej przemocy, leżącej u podstaw całych systemów politycznych i ekonomicznych.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną