Rozmowa z reżyserem Grzegorzem Jarzyną o znikaniu teatru

Wymazywanie teatru
Rozmowa z reżyserem Grzegorzem Jarzyną o jednym z najlepszych w Polsce teatrów, któremu grozi likwidacja.
„Tylko granie spektakli za granicą się nam teraz finansowo opłaca. Do każdego przedstawienia w Warszawie teatr musi dołożyć”.
Jacek Domiński/Reporter/EAST NEWS

„Tylko granie spektakli za granicą się nam teraz finansowo opłaca. Do każdego przedstawienia w Warszawie teatr musi dołożyć”.

Grzegorz Jarzyna podczas promocji akcji zorganizowanej przez TR Warszawa pod hasłem „Kup sobie teatr”, grudzień 2012 r.
Jacek Domiński/Reporter/EAST NEWS

Grzegorz Jarzyna podczas promocji akcji zorganizowanej przez TR Warszawa pod hasłem „Kup sobie teatr”, grudzień 2012 r.

Grzegorz Jarzyna: Przychodzi moment, kiedy miasto i ministerstwo musi zdecydować – czy chce mieć taki teatr, który promuje miasto i Polskę na świecie, czy ich już na taką inwestycję nie stać?
Albert Zawada/Agencja Gazeta

Grzegorz Jarzyna: Przychodzi moment, kiedy miasto i ministerstwo musi zdecydować – czy chce mieć taki teatr, który promuje miasto i Polskę na świecie, czy ich już na taką inwestycję nie stać?

Jacek Żakowski: – Co robi dyrektor Jarzyna?
Grzegorz Jarzyna: – Już nie jestem dyrektorem.

Nie słyszałem, że pana odwołano.
Bo mnie nie odwołano. Kontrakt wygasł 1 stycznia.

To co w tym teatrze robimy?
Ja doradzam swoim zastępcom. Pan robi wywiad z byłym dyrektorem.

Jakoś cicho przeszło odejście najgłośniejszego dyrektora teatru w Polsce.
Niby moje odejście?

Mówimy o TR Warszawa.
Chciałem spokojnie rozmawiać o kontrakcie. Kilka miesięcy prosiłem, aż w grudniu, przed samymi świętami, dostałem propozycję nie do podpisania.

Bo?
To cyrograf, nie kontrakt. Mam przyjąć masę zobowiązań obwarowanych karami, a miasto nie gwarantuje nawet budżetu i siedziby dla teatru. Nie jestem tak nieodpowiedzialny, żeby taki dokument podpisać.

Ale TR działa.
Są zakontraktowane spektakle, odbywają się próby wznowieniowe. Eksploatujemy sztuki, które zrobiliśmy dawniej. Ale nie mogę prowadzić rozmów z reżyserami, nie wiedząc, w jakiej sali spektakl ma być wystawiany. A nie wiemy nawet, gdzie będziemy za rok. Budynek odzyskali dawni właściciele. Miasto innego nie ma. Nie ma pieniędzy, żeby ten budynek odkupić i nie ma pomysłu, co zrobić.

Czyli koniec epoki, która dla pana była całym dorosłym życiem?
Prawie. Obejmując Rozmaitości, byłem najmłodszym dyrektorem w historii polskiego teatru. Jako student i początkujący reżyser miałem pogardę dla dyrektorowania. Po trzech wyreżyserowanych spektaklach przekonałem się, że mimo umów, jakie zawieramy, reżyser i spektakl zależą od dyrektora.

W sensie?
Zawsze najpierw piszę scenariusz do spektaklu, który zamierzam wystawić. Podpisując umowę, muszę wiedzieć, co jest możliwe do zrealizowania, a co nie. Od tego zależy kształt spektaklu i komfort zespołu. W czasach mojego debiutu żadna z dyrekcji na to nie zwracała uwagi. W Dramatycznym potrzebowałem na przykład cyfrowego sprzętu do miksowania dźwięku. Okazało się, że to dla teatru za dużo. Zainwestowałem w sprzęt. I mi go ukradziono. Niby sprawy techniczne, ale bardzo ważne. Kiedy zespół Rozmaitości zaproponował, żebym został ich dyrektorem, byłem emocjonalnie gotowy. To był wyjątkowy zespół wywodzący się z alternatywnego teatru Szwedzka 2/4. Pomyślałem, że jako grupa możemy stworzyć coś wyjątkowego, opartego raczej na ludzkich więziach niż na instytucjonalnej strukturze. Umówiliśmy się, że będę bardziej liderem niż szefem. Raczej tworzyłem przestrzeń, niż dyrektorowałem.

Czyli?
Przyciągałem wybitne osobowości. Ściągałem aktorów, z którymi pracowałem już na studiach w Krakowie. Magdę Cielecką i Maję Ostaszewską, Marka Kalitę oraz młodych aktorów z Warszawy, Czarka Kosińskiego i Olę Konieczną. Potem zaprosiłem do współpracy Krzyśka Warlikowskiego. Silna grupa się w tych piwniczkach sformowała i wspólnie tworzyła w atmosferze małej teatralnej rebelii. Środowisko warszawskiego teatru nas nie akceptowało. Byliśmy tu zamknięci jak jacyś spiskowcy. To dodawało nam sił. Umacniało rozumienie teatru jako filozofii życia i przekonanie, że teatr ma mówić coś istotnego, żeby zmieniać życie. Tego nauczyliśmy się od krakowskich profesorów.

Wchodzi do takiego teatru bardzo młody reżyser, który zaliczył już pasmo sukcesów, i co z tą maszyną robi?
Razem z zespołem zastanawia się, co w tych warunkach da się zrobić. Nasz rozpoznawalny energetyczny styl gry aktorskiej wypracował się w dużej mierze dlatego, że byliśmy skazani na piwniczkę, gdzie jest bardzo bliski kontakt widzów z aktorami. A Warlikowski i ja zawsze wyciskaliśmy ze spektaklu wszystko, co się dało. W naszym betonowym schronie widownia bardzo dobrze oddawała energię.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną