Przyszłość kina według Francisa Forda Coppoli

Kino zastygło
Rozmowa z amerykańskim reżyserem filmowym Francisem Fordem Coppolą o buncie, niezależności w sztuce i przyszłości kina.
Francis Ford Coppola
Francis Ford Coppola Winery

Francis Ford Coppola

Kadr z filmu „Czas apokalipsy”
Archives du 7e Art/Zoetrope Films/BEW

Kadr z filmu „Czas apokalipsy”

Kadr z filmu „Ojciec chrzestny”
Courtesy Everett Collection/EAST NEWS

Kadr z filmu „Ojciec chrzestny”

Kadr z filmu „Twixt”
20th Century Fox/Courtesy Everett Collection/EAST NEWS

Kadr z filmu „Twixt”

Janusz Wróblewski: – W ostatniej dekadzie nakręcił pan kilka filmów, których prawie nikt nie widział. Nie jest panu przykro, że „Tetro” i „Twixt” nie powtórzyły sukcesu „Ojca chrzestnego”?
Francis Ford Coppola: – W moim wieku próba konkurowania z tym, czym zajmowałem się za młodu, byłaby głupotą. Chciałem się odrodzić, poszukać czegoś nowego. Zebrałem grupę najzdolniejszych współpracowników, pojechaliśmy do Rumunii, Argentyny – właściwie bez pieniędzy. W międzyczasie straciłem serce do małych, kameralnych produkcji i zająłem się czymś bardziej ambitnym. Trudno to nawet nazwać kinem.

A jak można inaczej?
Eksperymentami łączącymi różne elementy widowiska, nowoczesnej technologii cyfrowej oraz internetu. Czymś w rodzaju multimedialnej projekcji na żywo. Dopóki się tego nie zobaczy na własne oczy, trudno to sobie wyobrazić.

Mówi pan o „Distant Vision”?
Tak, to rozciągnięty w czasie, wieloletni, awangardowy projekt, którego bohaterami są członkowie trzypokoleniowej włoskiej rodziny osiadłej w Stanach. Scenariusz liczył początkowo zaledwie 30 stron. Potem się rozrósł. Nie ma jednolitej, skończonej formy. Ogląda się to jak film. Aktorzy występują na żywo na tle storyboardów. Całość montowana jest przeze mnie w trakcie show. Fabuła rozwija się w zależności od wyborów i nastrojów publiczności. Pierwszy pokaz odbył się w Oklahomie w czerwcu ubiegłego roku i trwał 54 minuty. Następne były inne, dłuższe.

Założenie jest takie, żeby połączyć wiele gatunków i form przekazu?
Zerwać z rutyną. Dopuścić spontaniczność. Eksperymentować, zamazując granice między transmisją telewizyjną, kinem a spektaklem. Otworzyć się na nowe doświadczenia. Być może będzie to mój ostatni „film”, nad którym będę pracował do końca życia – bardzo, bardzo długi jak „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny” Tomasza Manna.

Peter Greenaway też chciał zrewolucjonizować kino. Ale jakoś o tym przycichło.
Żeby sztuka miała moc zmieniania świata, artysta musi mieć pełną kontrolę nad swoim dziełem. Dziś tak nie jest. Odpowiedzialność przejmują pracodawcy, czyli wielkie korporacje decydujące o tym, co powstaje. Dawniej hollywoodzkie studia filmowe różniły się od siebie, miały swój styl. Zarządzali nimi artyści tacy jak Darryl F. Zanuck. Teraz realizuje się jednakowo wyglądające superprodukcje. Rządzą urzędnicy. Kino zastygło w sztywnym podziale. To się musi w końcu zmienić.

Kino będzie ewoluowało w stronę multimedialnych widowisk? A co się stanie z Hollywood i rewolucją 3D?
Gdy na ekrany wchodził „Avatar”, wszyscy myśleli, że tak będzie wyglądała przyszłość kina. Ja w to nie wierzę. Filmy w 3D, takie jak „Bwana Devil” czy „House of Wax”, powstawały już w latach 50. ubiegłego wieku. Kino jest zbyt ciekawym i żywiołowo rozwijającym się wynalazkiem, by zadowoliło się okularami. Wciąż znajduje się na początku drogi. Teatr istnieje tysiące lat. Powieść – czterysta. Kino powinno się otworzyć na wizjonerów, ludzi kreatywnych, obdarzonych wielką wyobraźnią, którzy dzięki cyfrowym technologiom przestawią je na inne tory. Potrzebny jest ktoś taki jak Goethe: genialny poeta i dramaturg z naukową pasją, kto wyrwie przemysł filmowy ze stagnacji. Horyzont zmian jest nieograniczony. Powstrzymują nas przyzwyczajenia czy uprzedzenia o tym, jak ma wyglądać i czym ma być kino.

Ekranizacje komiksów Marvela biją rekordy popularności. „Gwiezdne wojny” zarabiają miliardy dolarów. Gdzie tu miejsce na zmianę?
Hollywood to wielki przemysł. Musi zarabiać pieniądze, zapewnić miejsca pracy dziesiątkom tysięcy specjalistów. Najlepszym na to sposobem są produkcje franczyzowe (sequele, remaki) oparte na szybkiej akcji i spektakularnych scenach walk. Zamiast jednego planuje się serię siedmiu albo więcej takich samych tytułów – dopóki będą przynosiły odpowiednio wysokie dochody. Na drugim biegunie mamy małe niezależne tytuły, które nie trafiają do szerokiego rozpowszechniania, bo dystrybutorzy ich nie chcą. Pośrodku nie ma nic. Na tym właśnie polega problem. To się zaczęło z chwilą, gdy gazety jęły publikować rankingi zwane box-office’ami. Pytanie, czy film jest dobry, zostało unieważnione. Wartości artystyczne zastąpiły wpływy ze sprzedanych biletów. Ja się przeciwko takiej hierarchii buntuję. Dlatego zerwałem z Hollywood i wyniosłem się na wieś.

Przestało panu zależeć na masowej widowni, podczas gdy nastawienie szefów wytwórni trudno będzie zmienić. Dla nich nadal liczyć się będzie kasa.
Cyfrowa rewolucja wymusi zmiany. Już można kręcić filmy telefonami komórkowymi. Początkującym filmowcom łatwiej jest debiutować niż za mojej młodości. Wtedy stawiano o wiele większe bariery. Znajdujemy się w przełomowym momencie. Niedługo o wszystkim decydować będą właściciele internetowych korporacji. Dla nich liczy się biznes w oparciu o reklamę. Publiczność zacznie poszukiwać bardziej wyrafinowanej rozrywki, łączącej np. elementy fikcji z dokumentem, jak w „Historiach rodzinnych” Sarah Polley. Nie wystarczą już VOD czy płatne telewizje. Ludzie będą chcieli mieć dostęp do treści w każdej chwili w dowolnym miejscu bez żadnych ograniczeń. Oczywiście kino robione na żywo nie wyprze dotychczasowych form. To początek zmian.

Pan wielokrotnie podejmował trudne wybory. Gdy nikt nie chciał sfinansować „Czasu apokalipsy”, zastawił pan dom i wziął kredyt.
Sztuka wymaga ryzyka. To kluczowa sprawa. Kino rozwinęło się dzięki odwadze i kreatywności twórców, pionierów X muzy. Jeśli się nie podejmuje ryzyka, w jaki sposób ma powstać coś nowego, pięknego, czego nikt wcześniej nie widział? Zawsze, gdy mnie o to pytają, podaję prosty przykład: nie możesz oczekiwać dziecka, jeśli wcześniej nie uprawiałeś seksu. Musisz zaryzykować – a to robiłem całe życie. Od ponad 30 lat eksperymentuję z technologią cyfrową. Nie bałem się. Gdy było trzeba, żegnałem się z bliskimi i wyruszałem w daleką podróż, nie zdając sobie do końca sprawy, w co się pakuję.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną