Kawiarnia literacka

Agnon, wolność i wyliczanki nudy
Wiem, że jest ze mną związana jakaś zagadka, być może ukryta w tych niedozdaniach, które powtarzam.

Wszyscy topią się w wolności, no, w pisaniu i gadaniu o wolności: „Mamy wolność”, „Żyjemy w wolnym kraju”, „jeszcze możemy korzystać z wolności” etc. A ja się przyglądam, szary bardziej niż zwykle, tym połączeniom: „mamy wolność”, „korzystamy z wolności” i coś mi chrupie w głowie, jak wtedy, gdy zaciśniesz z całej siły powieki i chrzęst idzie przez czaszkę, jakby miękki mózg skostniał na chwilę i chrobotał. A potem siedzę w kawiarni, czytam Agnona, a para obok mówi cztery decybele za głośno. Przysłuchuję się, chcąc nie chcąc, to facet peroruje cztery decybele nad muzyką, którą puszcza się w kawiarniach.

– Zrozum, wreszcie jesteś wolna, możesz wszystko! Bo ja wiem? Możesz mieć trzech kochanków, pojechać do Nowego Jorku, bawić się!

– Tak myślisz?

– Oczywiście. Mówię to jako przyjaciel. Wolność! Rozumiesz? Wolność! – mężczyzna jest podekscytowany, coś ta jej wolność jemu za bardzo płynie w żyłach. Ale nie moja sprawa, Agnon, wiosna za oknem robi żółte i nieśmiało zielone rzeczy, herbata stygnie.

– Ale ja nie chcę kochanków, nie chcę jechać do Nowego Jorku, nawet nie chcę się bawić – no to zerkam jednak na nią znad tego Agnona. Jest w moim wieku, boję się nazwać: czy to dojrzałość, czy już starzenie się, bardzo szczupła, palcami pianistki obejmuje nowoczesną, za wysoką szklankę. Oczy ma niemal miedziane, strach spojrzeć ponownie, jeszcze tylko brakuje mi takich oczu…

Ten facet znowu gada, trudno się za niego nie wstydzić, na szczęście obok siadają jacyś Francuzi i mówią głośno w języku, którego nie rozumiem. Na niezrozumiałych słowach i zdaniach łatwiej wpłynąć na powrót do książki. Książki, którą pięknie przetłumaczył Piotr Paziński, kolega z tych łamów. I opatrzył przypisami, dorysował tło: filologiczne, kulturowe, religijne. Dzięki temu laik łatwiej może się zanurzyć w tej prozie.

A warto. Nie tylko dlatego, że to rzecz dotycząca często naszej wspólnej przeszłości i nie tylko dlatego, że to, paradoksalnie, chyba najmniej znany w Polsce powojenny noblista. Warto przede wszystkim dla urody tego pisania, melancholii, którą zdajemy się rozpoznawać, a która nagle okazuje się czymś zupełnie innym, zanurzona trochę w zachodniej kulturze, ale wypływa z Tory, Talmudu i Przypowieści. I tylko ukłucie, bo w książce mędrzec wręcza list rozwodowy skromnej, zagubionej piękności. A może głupiec? Agnon nie rozstrzyga, Phil Collins wdziera się do uszu z głośników, któraś z kelnerek pogłośniła muzykę. Mętlik i ten Collins, którego niestety rozumiem, sprawiają, że zaczyna mi się zdawać, że nagle pojmuję nawet francuski tamtej grupki. Z czterech źródeł: zawstydzającego pocieszyciela, Collinsa, roześmianych Francuzów i precyzyjnie wzruszającego Agnona zaczynają się tworzyć nic nieznaczące zdania. Jak wyliczanki nudy, gdy dziecko jest same.

Pamiętam dobrze, siedzę na wysokim parapecie jesienią i patrzę w okno. Mam siedem lat i obracam tak długo słowa, aż tracą znaczenie, niektóre się deformują (a zmienia się w o, en w em, es w zet). Jeszcze inne okaleczam, tracą końcówki albo początki. W końcu mówię do siebie w nieistniejącym języku, który oczywiście od razu biorę za tajemny. Wiem, że jest ze mną związana jakaś zagadka, być może ukryta w tych niedozdaniach, które powtarzam. To trwa naprawdę długo, z boku wygląda pewnie jak początek choroby psychicznej, ale z boku mam tylko szybę i deszcz zalewający trawiaste górki i budynek hydroforni, na którym w nocy ktoś coś napisał, ale już rano dozorca zamalował to farbą. Widać tylko niekształtne, nieudane, żółte kwadraty. Okna do lichych kreskówek z NRD. Z drugiej strony jest tapeta w brązowe szlaczki. W tych szlaczkach można się zgubić jak w tej mojej wyliczance. Można udawać, że to jej hieroglificzne pismo.

Mama wróci dopiero za dwie godziny, jestem w dziwacznym transie powtarzania nic nieznaczących słów, bawię się intonacją, jakbym ją smakował, może pierwszy raz ją zauważam? Jest to wszystko, proszę wybaczyć, jakieś erotyczne, jest mi dobrze w środku tego mamrotania, uśmiecham się do niewyraźnego odbicia w szybie, kolana mam pod brodą. Mogę, co pewien czas, tak ścisnąć nimi policzki i szczękę, że brzmi to, jakby mówił ktoś inny.

***

Paweł Sołtys (ur. 1978 r.) – lepiej znany jako Pablopavo – wokalista, kompozytor, autor tekstów. Laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie muzyki popularnej za 2014 r., typowany również w kategorii literackiej. Karierę muzyczną zaczął w zespole Saduba, był współzałożycielem Zjednoczenia Sound System, a od 2003 r. jest wokalistą Vavamuffin. W 2014 r. wydał „Polor”, kolejny już album nagrany z formacją Ludziki. Jesienią tego samego roku ukazała się też jego solowa płyta „Tylko”. W 2015 r. wyszedł album „Wir” – wspólne dzieło Pablopavo, Iwanek i Praczasa.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną