Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

W ruchu zawsze jest ideologia. I w tańcu, i w uścisku dłoni

Wystawa choreograficzna „Wolne gesty” jest pokazywana od 2 do 25 marca w CSW. Wystawa choreograficzna „Wolne gesty” jest pokazywana od 2 do 25 marca w CSW. mat. pr.
Kiedy wykonujesz jakiś ruch czy gest w przestrzeni galeryjnej, on w pewnym sensie staje się obiektem, muzealnym eksponatem – mówi tancerka i choreografka Ula Sickle, autorka wystawy choreograficznej „Wolne gesty” pokazywanej od 2 do 25 marca w CSW.

Anna Maziuk: – Jesteś choreografką multidyscyplinarną, co to oznacza?
Ula Sickle: – Poza tancerzami pracuję też z DJ-ami, architektami, stylistami, muzykami. Taka interdyscyplinarna współpraca sprawia, że dowiaduję się więcej o samym ruchu. Stworzyłam np. dwa duże spektakle ze świetną DJ-ką Baba Electronica – Danielą Bershan. Pracowałyśmy dużo nad rytmem, technikami miksowania, nad tym, jak poprzez ciało możemy zmodyfikować ruch, tak jak miksuje się piosenkę albo frazę muzyczną. Albo jak można stworzyć pauzę w ruchu. W przypadku „Wolnych gestów” sytuacja jest wyjątkowa, bo po raz pierwszy pracuję z literaturą. Zaprosiłam pięciu pisarzy z różnych krajów do stworzenia tekstów dla performerów.

Skąd taki pomysł?
Chodziło o przyjrzenie się temu, jak niektóre ideologie, w tym przypadku neoliberalizm, wpisują się w nasze ciała i język, w tę bardzo intymną, codzienną sferę. Badam m.in. popkulturę, bo tam neoliberalna ideologia jest obecna na poziomie ruchu i gestów, np. w teledyskach. Chodzi o sprzedawanie ciała – ruch ma je sprzedać, sprawić, żeby wyglądało cool. Dotarło do mnie, że to dzieje się również na poziomie języka, tego, jak do siebie mówimy. Mamy tak silnie wgraną tę ideologię, że o własnym partnerze potrafimy myśleć w tych kategoriach: „Co będę z tego miała? Jaki jest zwrot mojej inwestycji w niego czy ten związek?”. Ten typ myślenia jest nam dziś tak bliski, że nawet nie zwracamy na to uwagi.

I co im z tego wyszło?
Napisali bardzo dużo o gestach, szczególnie tych z ich dzieciństwa, o tym, jak one się zmieniły. Amandeep Sandhu, który dorastał na farmie w Indiach, pokazał między innymi, jak zmieniał się tamtejszy krajobraz, sposoby pracy rolników. To bardzo osobista perspektywa, a jednocześnie bardzo różna od tego, do czego przywykliśmy na Zachodzie. Chińska krytyczka sztuki Mi You podzieliła się tym, jak żyje się w dzisiejszym społeczeństwie chińskim poddawanym ciągłej inwigilacji w postaci wszechobecnych kamer i aplikacji na telefony, które oceniają twoje zachowanie w przestrzeni publicznej. Na przykład twoja aktywność na tamtejszych odpowiednikach Facebooka w najbliższych latach ma zostać bezpośrednio połączona z twoją bankową zdolnością kredytową. Jeśli będziesz dobrym obywatelem, będziesz miał wysoką zdolność kredytową, ale jeśli np. zaczniesz protestować, może się to zmienić. To system ścisłej kontroli. Jacob Wren, kanadyjski pisarz, w bardzo prosty sposób mówi o tym, czym jest fizyczny protest przeciwko czemuś albo opowiedzenie się za czymś, np. poprzez podniesienie do góry ręki czy pięści. Ten performans przypomina trochę muzealną kolekcję gestów. Niektóre z nich są wymawiane, inne oddawane ruchem.

A co masz na myśli, mówiąc, że tracimy indywidualną i grupową umiejętność skutecznego działania we współczesnych czasach?
Jak już wspominałam, dużo pracuję z kulturą popularną, a zatem z mediami społecznościowymi, z Instagramem. Widzę, że wszystko jest w pewnym sensie umedialnione, dokumentowane, ludzie robią sobie zdjęcia na wakacjach i od razu umieszczają je w internecie. Obecność naszych ciał i gestów w sieci jest tak duża, że coraz bardziej tracą one znaczenie, zanika też prawdziwa intymność. Widzieliśmy ich reprezentacje tyle razy, że możemy poczuć, że sami jesteśmy jak zdjęcie. Z jednej strony jest ta przesadna obecność, ta nadreprezentacja, z drugiej poczucie, że prawdziwe gesty, te oznaczające protest czy sprzeciw, nic już nie znaczą. Możesz stać na ulicy – fizycznie, być tam swoim ciałem – tak długo, jak zechcesz, ale to niewiele zmienia.

Nawet jeśli się zjednoczymy, wyrazimy coś wspólnie?
Wystawa jest skonstruowana w taki sposób, że każdy z tancerzy ma swój monolog i tylko czasami dochodzi do spotkania z innymi performerami. To odwzorowanie dzisiejszej rzeczywistości, gdzie przez większość czasu jesteśmy sami, realizujemy nasze indywidualne narracje, ale czasem mamy potrzebę spotkania i współpracy. Projekt mierzy się z tymi dwoma rzeczami: byciem w pojedynkę i byciem w grupie. Kim jesteśmy jako jednostki, kim jako grupa? Co możemy zdziałać razem, co osobno? Nie znam odpowiedzi, po prostu stawiam pytania, chcę sprowokować dyskusję.

To bardzo aktualny kontekst w Polsce – czy protestowanie ma jeszcze jakąkolwiek moc?
Ostatni rok spędziłam w Polsce, na rezydencji artystycznej w CSW w Warszawie. Obserwowanie ciał wychodzących na ulice, flag, gestów, tego, jak debata toczy się w bardzo fizyczny sposób w przestrzeni publicznej, niewątpliwie miało wpływ na powstanie tego projektu. Mocnym przeżyciem było dla mnie patrzenie na to, jak protesty, szczególnie te kobiece, się ucieleśniają, materializują w przestrzeni miejskiej, po obu stronach barykady, bo to były przecież protesty zwolenników lewicy i prawicy.

Czy ludzie są w stanie zrozumieć bardziej skomplikowany przekaz podawany w formie tańca i performansu?
Z jednej strony taniec jest nam bardzo bliski, dotyczy naszych ciał, a każdy z nas ma ciało, to znany nam materiał. Myślę też, że czerpiemy przyjemność z oglądania innych ciał w ruchu. Z drugiej strony taniec współczesny może się niektórym wydawać nieco niezrozumiały, tajemniczy i odległy. Dlatego w materiał choreograficzny włączam bardzo popularne i potoczne gesty, obecne np. w internecie, które każdy widział choćby w teledyskach. Łączę je z innymi praktykami, to mój sposób na uczynienie tańca współczesnego bardziej dostępnym i czytelnym dla odbiorców.

Więc poza elementami z tańca współczesnego, jak np. fragment układu amerykańskiej choreografki i tancerki Trishy Brown, czy tańca ulicznego, tutaj m.in. w postaci sample’a teledysku raperki Nicki Minaj, pojawiają się również codzienne gesty: uścisk dłoni, uniesiony kciuk czy podniesiona pięść. Poprzez wykonywanie tych gestów coś komunikujemy. I robimy to niemal non stop. Przestrzeń galeryjna czyni to jeszcze bardziej widocznym, przekaz jest nawet wyraźniejszy niż w teatrze. Jak udowodnił Marcel Duchamp, wszystko, co umieścisz w przestrzeni muzealnej, staje się dziełem sztuki. A więc kiedy wykonujesz tam ruch czy gest, on w pewnym sensie staje się obiektem, eksponatem galeryjnym. Wzmacnia to pewnie dodatkowo możliwość bycia blisko, wręcz intymnie, w interakcji z performerem.

Czyli jesteśmy w stanie zrozumieć przekaz w formie tańca, bo ruch mamy zapisany w ciałach jako coś podstawowego i pierwotnego?
Włoski filozof Giorgio Agamben pisał o tym, jak pod koniec XIX wieku, wraz z pojawieniem się kina, utraciliśmy naturalność i różne tradycyjne gesty. Zaczęliśmy odtwarzać te podpatrzone w filmach. Jeśli odniesiemy to do tego, z czym stykamy się w 2018 roku, do takich zjawisk jak Instagram, możemy poczuć to jeszcze dobitniej. Zatraciliśmy spontaniczność. Dlatego jestem dość sceptyczna w stosunku do słów „naturalny” czy „autentyczny” w odniesieniu do tańca.

Z drugiej strony myślę, że tęsknimy za jakimś rodzajem połączenia, autentyczności, wolności i naturalności. Chodzi o tęsknotę za czymś, co nie jest momentalnie kapitalizowane, przeliczane na pieniądze, przemieniane w markę albo symbol bycia fajnym. Czy coś takiego jeszcze istnieje? W neoliberalizmie i kapitalizmie wszystko jest częścią systemu. Gest protestu za chwilę może sprzedawać Pepsi Colę. Brakuje miejsca na autentyczny gest, który jest po prostu „wolnym” gestem, niczym więcej.

Taniec nie jest naturalny?
Jest mocno zakorzeniony w kulturze, kształtują go różne ruchy, wzorce, kanony, szkoły. Na przykład zdjęcie butów przez Isadorę Duncan i tańczenie boso w ogrodzie było bardzo ideologiczne. Jeśli spojrzymy na to z dzisiejszej perspektywy, nie dostrzeżemy w tym nic naturalnego, tylko bazowanie na koncepcji tego, czym jest naturalność. To tak jak płynność i demokratyczne podejście do ciała Trishy Brown, niehierarchiczne ruchy i brak dramatyzmu Judson Church, „No manifesto” Yvonne Rainer, gdzie wyliczała różne aspekty tanecznej rzeczywistości, którym mówiła „nie”. „Nie” dla splendoru i bycia gwiazdą, „nie” dla wirtuozerii, śmieciowej wyobraźni czy stylu. To było uważane za demokratyczne, ale jeśli pojedziesz do Demokratycznej Republiki Konga i zatańczysz fragment Trishy Brown, co kiedyś zrobiłam, usłyszysz, że jest totalnie wystylizowany. Że to nie jest transparentne, tylko „białe” itd. Nazywali to „contemporien”, czyli „współczesne nic”. Myślę, że ideologia zawsze jest w ruchu obecna. Czasami możemy ją zobaczyć dopiero wtedy, kiedy zmienimy kontekst – geograficzny, społeczny, polityczny czy kulturowy.

W ustach tancerki stwierdzenie, że taniec nie jest naturalny, jest mało popularne.
Ludzie wciąż myślą, że taniec to taka piękna przestrzeń, w której ludzie improwizują i dzielą się miłością, ale według mnie on jest pełen ideologii. Nawet bycie razem w kontakt improwizacji jest ekstremalnie ideologiczne, przecież nigdy nie uderzyłabyś nikogo w brzuch, tańcząc kontakt, to nie współgrałoby z ideą harmonii, balansu i tego bycia razem. Dlatego powstaje już grupa młodych ludzi, którzy próbują stworzyć agresywniejszą wersję kontakt improwizacji. I o to właśnie chodzi – kiedy zdajemy sobie sprawę z obowiązujących nas kodów, otwieramy drzwi do zrobienia czegoś inaczej. Kiedy bierzemy pod lupę coś takiego jak neoliberalizm, w którym wiele rzeczy sprzedaje się jako coś naturalnego, ukazuje nam się, jak bardzo w rzeczywistości to jest sztuczne i naznaczone ideologią.

Czy w takim razie ruch jest wpisany w nasze ciała czy raczej w kulturę?
Kiedy po studiach byłam na rezydencji artystycznej w Kinszasie, odkryłam, że mają tam bardzo bogatą kulturę tańca. To, co mnie najbardziej poruszyło, to spotkania z młodymi ludźmi po godzinach, w nocnych klubach, na koncertach i wszechobecność kultury północnoamerykańskiej. Kinszasa to metropolia, w której przeplatają się wszelakie wpływy: z różnych afrykańskich państw, ale także z Azji, Bliskiego Wschodu, Europy, z tym że Europa jest w pewnym sensie na końcu, a nie, jak dawniej, w centrum. Przoduje USA. Miejska młodzież, która słucha hip-hopu, zna wszystkie teledyski Chrisa Browna.

Niezwykłe jest to, jak bardzo kreatywni i sprawni w łączeniu różnych odległych stylów są tamtejsi tancerze. Nawet tańców tradycyjnych, których nauczyli się, dorastając z czymś ekstremalnie popowym jak Chris Brown. Powstało z tego coś unikatowego – ndombolo, który jest tam teraz najpopularniejszym rodzajem tańca współczesnego. To skrojona na dzisiejsze czasy interpretacja dawnego tańca wiejskiego. Jednocześnie nie jest to przecież już ten rdzenny taniec!

Na przełomie lat 50. i 60., w momencie dochodzenia do niepodległości, tańcem narodowym była rumba. Tylko że rumba jest z Kuby! Wyobraź sobie taki kocioł: nie tańczysz swojego tradycyjnego tańca, bo teraz ważniejszą częścią twojej kultury są oficjalnie przyjęte tańce europejskie i rumba – ze względu na to, że Kuba wsparła dążenia Demokratycznej Republiki Konga do niepodległości. Dziś wygląda to tak, że starsze pokolenie mówi, że rumba jest tańcem narodowym, młodsze, że ndombolo. Na to ci starsi odpowiadają, że w życiu, bo ndombolo wygląda plemiennie i pierwotnie, to beznadziejny, wiejski taniec. A już na przykład dwudziestokilkulatkowie tańczą coupé-décalé. Ruchy są mniej więcej takie same jak w ndombolo, tylko dwa razy szybsze.

Chodzi mi o to, że tak naprawdę nic nie dzieje się naturalnie, są tylko fikcja i kulturowe decyzje, wynikające z różnych transformacji. Co jest autentyczne w sytuacji, kiedy wszystko jest tak wielowarstwowe?

Dlatego stawiasz na różnorodność i odkrywanie tych warstw, mieszanie ich?
Lubię pracować z ludźmi, którzy nie są białymi Europejczykami, którzy nie kończyli tych samych szkół co ja. Ciekawi mnie odkrywanie historii ciał i ruchu. Raz stworzyłam solówkę dla kobiety po sześćdziesiątce, która tańczyła różne style tańca nowoczesnego, co dla mnie jest równie egzotyczne jak ndombolo. Między innymi ze względu na ekspresyjność gestów ja postrzegam taniec dość technicznie, emocje nie są w nim raczej obecne, wszystko jest przejrzyste. Dla niej każdy ruch miał znaczenie, był połączony z uczuciem. W „Wolnych gestach” też mamy bardzo ciekawą i różnorodną obsadę. Ośmiu tancerzy z Polski, dwóch z innych krajów, każdy z nieco innej dziedziny sztuki i tańca.

Czy sama tańczysz w swoich choreografiach?
Są ludzie, którzy są centrum swoich realizacji, ja jestem raczej z boku. Bycie na zewnątrz czyni moją rolę bardziej klarowną. Również dlatego, że lubię tuż przed dostrajać światło, dopieszczać kostiumy, mieć wpływ na to, co ma się za chwilę wydarzyć. Mam solo, które sama wciąż wykonuję, ale kiedy przygotowuję nowy materiał z performerami, jestem poza sceną. To dla mnie ważne, żeby wiedzieć, jak się czują, jak się zachowują ich ciała, czy nie są zmęczeni. Cały czas jestem bardzo blisko całego procesu, razem z tancerzami sprawdzam, co działa, testujemy ruchy. Jeśli mam jakiś pomysł, pokazuję go, bo są takie rzeczy, których nie zrozumiesz, jeśli tylko obserwujesz.

W przypadku tancerzy poza ruchem ważne jest też to, jak wyglądają. W co ich ubierzesz tym razem?
To trzeci projekt, który robię z projektantką i stylistką Sabriną Seifried. Zawsze zaczynamy od przyjrzenia się temu, co jest akurat obecne w popkulturze. W przypadku kolekcji do „Wolnych gestów” zainteresowała nas współpraca pomiędzy firmami takimi jak Hyke i North Face, czyli japońską ekskluzywną marką dla kobiet i producentem odzieży outdoorowej, albo Vetments z Carharttem czy DHL-em. Chodzi o trend łączenia wysokiej klasy z niską. Projektując stroje, wyszłyśmy od pytania: „Czym jest neoliberalny mundur?”. Wszyscy dziś mamy np. ubrania do uprawiania sportu, do różnych treningów. Kiedy idziemy do lasu, chcemy mieć na sobie porządną kurtkę North Face’a, dobrej jakości leginsy, koszulki z mikrofibry i buty z membraną.

Zwykłe wyjście do lasu musi być opakowane. I mieć cel, idziemy tam po coś, np. pobiegać.
Pracować nad sylwetką, uczynić się lepszym człowiekiem, żeby pooddychać, być zdrowszym, odstresować się. To ciekawe, jak neoliberalizm i kapitalizm wykorzystują tego typu „tajemne” praktyki na swój użytek. Jogi używa się, żeby „stworzyć” lepszych menedżerów, mniej zestresowanych, po to, żeby mogli jeszcze więcej pracować. Jeśli poczytasz artykuły o ludziach, którzy odnieśli duży sukces, zobaczysz, że wszyscy mówią, jak to zaraz po przebudzeniu piją wodę z sokiem z cytryny, medytują, potem praktykują jogę, żeby wreszcie wyjść do biura i być tam bardziej efektywnymi.

Wszystko uczyniliśmy produktami, czymś na sprzedaż?
Szczególnie doświadczenie. To zresztą dotyczy też tańca i pokazywania go w muzeach. To się staje produktem z coraz wyższą stopą zwrotu. Wiem, to dość kontrowersyjne, że to mówię, przygotowując jednocześnie wystawę choreograficzną w muzeum.

Raczej odważne.
Ryzykuję, bo sama jestem ciekawa odpowiedzi na te pytania.

rozmawiała Anna Maziuk

Wolne gesty. Wystawa choreograficzna Uli Sickle, CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie, wystawa czynna do 25 marca

Czytaj także: Polski taniec współczesny: wzloty i bolesne upadki i Polemika: taniec klasyczny a taniec współczesny

Reklama

Czytaj także

null
Historia

Dlaczego tak późno? Marian Turski w 80. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim

Powstanie w warszawskim getcie wybuchło dopiero wtedy, kiedy większość blisko półmilionowego żydowskiego miasta już nie żyła, została zgładzona.

Marian Turski
19.04.2023
Reklama