Kultura

A czy Ty przeżyłbyś katastrofę Titanica? 106. rocznica tragedii

A czy Ty przeżyłbyś katastrofę Titanica? 106. rocznica tragedii

mat. pr.
Historia Titanica jak żadna inna obrosła w legendę. Kolejnym dowodem jest wystawa „Titanic” w krakowskim Hotelu Forum.
mat. pr.
mat. pr.
mat. pr.
mat. pr.
mat. pr.
mat. pr.

Witamy na pokładzie – steward uśmiecha się serdecznie, wręcza mi kartę pokładową i wskazuje wejście. – Na końcu „rejsu” proszę sprawdzić, czy przeżył pan katastrofę – przypomina.

Zerkam na kartę. Na rewersie jest moje tymczasowe nazwisko – przez najbliższe półtorej godziny będę Michelem Navratilem, 32-letnim Francuzem z Nicei. Aby kupić bilet, posłużyłem się fałszywymi danymi. Dla współpasażerów i załogi jestem Louisem Hoffmanem. W transatlantycką podróż do Nowego Jorku wyruszam z synkami. Starszy Michel M. ma trzy lata, a młodszy Edmond R. dwa. Zajmuję kajutę w drugiej klasie. Wypływamy w środę, 10 kwietnia, z Southampton. Rejs to moja ostatnia szansa na poukładanie stosunków z żoną. Nie wiedzie się nam najlepiej, ona chce rozwodu. Nie wie, że tu jesteśmy. Gdy dopłyniemy, wiem, że ruszy za synami do Stanów, to ostatnia szansa dla naszej rodziny. Teraz muszę być jednak ostrożny, dlatego cały czas noszę przy sobie nabity rewolwer – na wypadek nieprzyjemności.

Aha, dla formalności – płynę na Titanicu.

Jesteśmy niezatapialni

Tyle dowiaduję się o sobie z karty pokładowej. Zanim wsiądę na pokład, poznaję nieco bliżej epokę, do której się przeniosłem. To czas sprzeczności. W Europie, równolegle do wielkiego rozwoju przemysłowego, ruchów pracowniczych i początków walki o prawa kobiet, utrzymuje się arystokratyczny porządek. Po drugiej stronie oceanu rośnie potęga gospodarcza – USA – którą reprezentują bogaci przemysłowcy i gwiazdy raczkującej kultury masowej, zachłyśnięci dynamicznym rozwojem. Titanic spełnić miał oczekiwania obydwu elit.

Rozmiary parowca oszałamiają. Są jednak wyłącznie jak opakowanie wspaniałego prezentu – rozbudzają apetyt. W ciągu trzech lat w belfaskiej stoczni Harland&Wolff linie White Star Line wybudowały statek, który połączył tradycję z nowoczesnością, przepełnione luksusem oczekiwania wyższych sfer z niedoścignionymi parametrami technicznymi, zachwycającymi orędowników postępu technologicznego. Zanim statek wypłynie w dziewiczy rejs, prasa na całym świecie opisze m.in. rewolucyjną konstrukcję podwójnego dna, z grodziami, które w razie zalania najniższych pokładów mogą być automatycznie zamknięte z kapitańskiego mostku. Nawet jeśli woda dostanie się do sześciu najniższych pokładów, nadal będziemy mogli utrzymać się na powierzchni. Dzięki temu podobno jesteśmy niezatapialni.

Czytaj także: Nie tylko Titanic – największe morskie katastrofy

Trzy klasy plus załoga

W drodze do swojej kajuty przechodzę przez korytarz pierwszej klasy, a następnie zaglądam do jednej z najwygodniejszych kajut. To standard pięciogwiazdkowych hoteli, kosztujący niewyobrażalne pieniądze (2,5–4,5 tys. dol., co dzisiaj oznaczałoby kwotę 20 razy większą). Bogaci pasażerowie spacerują po otwartych promenadach z widokiem na bezkresny ocean, posilają się w luksusowych restauracjach, w których na talerzach ląduje soczysta jagnięcina i pieczone kaczęta, a do kieliszków leje się wyborne wino i whisky, palą cygara w salonie bibliotecznym, a nawet ćwiczą szermierkę w sali gimnastycznej. Wieczorami tańczą i plotkują, czerpią z życia i przywilejów pełnymi garściami.

Ani ja, ani nikt z pokładów niżej nie będziemy mącić im spokoju. Ale nie mogę narzekać. W mojej kajucie są zasłony w oknach i chowana umywalka. Mamy też swój pokład spacerowy, a menu składa się z kilkunastu pozycji, wśród których nie brak świeżych owoców i lodów. Pełna ambicji klasa średnia czuje się tu komfortowo, a płaci znacznie mniej, choć i tak sporo. Bilety zaczynają się od 75 dol.

Poniżej nas podróżują ci, dla których USA to „ziemia obiecana” – głównie niezamożni robotnicy, którzy marzą, aby dostać tam pracę i kiedyś ściągnąć do Ameryki swoje rodziny. W czteroosobowych kabinach na piętrowych łóżkach śpią przypadkowo dobrane osoby, a o bieżącej wodzie czy oknie nie ma mowy. Pod sufitem biegnie plątanina rur, które rezonują i przenoszą monotonne dudnienie silników parowych. Dla wielu z nich to i tak o niebo lepsze warunki w porównaniu do tych, w których mieszkają na co dzień. Pierwsza zapowiedź amerykańskiego snu.

W czeluściach statku kryje się natomiast prawie tysiącosobowa załoga. Pasażerowie widzą tylko tych jej członków, którzy ich obsługują – oficerów, stewardów, kelnerów. Cała reszta nie ma z nami styczności, przemieszcza się osobnymi korytarzami, przerzuca węgiel na najniższych pokładach albo przyrządza w kuchniach kolejne pozycje z jadłospisów.

Czytaj także: Problemy transportu morskiego

„I jak, przeżył pan?”

Jest popołudnie, 14 kwietnia. Titanic pruje przez ocean z pełną mocą. Przebyliśmy już większość drogi. Od spokoju robi się nieswojo. Radiotelegrafiści odbierają pierwsze ostrzeżenia o górach lodowych. „Zostaliśmy unieruchomieni przez lód” – ostrzegła załoga statku Californian, który przepływał niedawno w okolicy. Komunikaty nie były jednak kierowane bezpośrednio do doświadczonego kapitana Edwarda J. Smitha, dla którego dziewiczy rejs Titanica miał być ostatnim przed emeryturą.

Temperatura spada, a widoczność się pogarsza. Nie, nie przez chmury czy mgłę, niebo jest rozgwieżdżone, a wody oceanu idealnie płaskie. Ale mamy nów księżyca, a to bodaj najgorsze, bo góry lodowe nie odbiją się w jego świetle.

Gdyby nie to, górę, w którą uderzamy około godz. 22.40, marynarze z bocianiego gniazda być może zauważyliby wcześniej. Mogę dotknąć fragmentu takiej góry – jest śliska i szorstka, a przede wszystkim, zgodnie z nazwą, lodowata. Czytam podpis. Wynika z niego, że powierzchnia ma temperaturę minus dwóch stopni, taką samą jak morze wokół Titanica tamtej nocy. Po kilku sekundach odruchowo odrywam od niej dłoń, bo skóra zaczyna szczypać.

Wiem, co będzie dalej, słyszałem to setki razy. Titanic zacznie nabierać wody i w niecałe 4 godziny, o 2.20 nad ranem, przełamie się na pół i zatonie. Zginie ponad półtora tysiąca pasażerów, przede wszystkim członków załogi i osób podróżujących w trzeciej klasie. Dzisiaj wiadomo, że większość z nich wcale nie utonęła. Umarli w wodzie z wychłodzenia organizmu. Poszli na dno, bo właściciel parowca szczerze wierzył, że skonstruował niezatapialny statek, ograniczając tym samym liczbę łodzi ratunkowych do wymaganego prawem minimum. W szalupach przeżyje jedna trzecia pasażerów, głównie kobiety i dzieci. O godz. 4 nad ranem ostatni z nich zostaną wciągnięci na pokład Carpathii, statku, który jako jedyny był w stanie ruszyć na pomoc.

Po katastrofie będzie śledztwo. Po nim władze i armatorzy wprowadzą szereg nowych przepisów, dzięki którym podobna tragedia się nie powtórzy.

Ostatni element trwającej do początku czerwca w budynku krakowskiego Hotelu Forum międzynarodowej wystawy „Titanic” to wielka tablica z listą osób, które ocalały i zginęły. W napięciu wyciągam kartę pokładową i sprawdzam swój los.

I jak, przeżył pan? – pyta przy wyjściu steward.
Przeżyli moi mali synowie – uśmiecham się z ulgą.

„Powiedz mamie, że kochałem ją nad życie”

Przy całym tragizmie historii Titanica bodaj żadna inna katastrofa nie obrosła w taką legendę. Książki, filmy, a teraz, dzięki prowadzonym od kilkudziesięciu lat ekspedycjom, wystawa, na której zobaczyć można wyciągnięte z dna oceanu elementy kadłuba i wyposażenia parowca. Najbardziej wciągnęła mnie jednak historia mojego bohatera Michela Navratila. Po powrocie od razu sprawdzam, czy jest więcej informacji o nim oraz o losie jego dzieci.

Jest, i to sporo. Michel pochodził ze Słowacji, był krawcem. W 1907 roku poślubił Włoszkę Marcelle. Mieli dwóch synów: Michela Juniora i Edmonda. Niedługo przed rejsem Titanica krawiecki interes zaczął się sypać. Wraz z kłopotami finansowymi pojawiły się spory małżeńskie. Michel podejrzewał żonę o romans. Zamieszkali osobno, mieli się rozwieść. Dzieci zostały z matką.

Ojciec spędził z nimi Wielkanoc. W wyjeździe do USA widział ostatnią szansę na scalenie rodziny. Pojechał do Anglii, gdzie pod fałszywym nazwiskiem kupił bilety na rejs.

Był o krok od uratowania. W ostatniej chwili kordon marynarzy odciął dostęp do łodzi ratunkowych, nakazując, aby w pierwszej kolejności wsiadały do nich kobiety i dzieci. Udało mu się jednak przekazać chłopców. „Gdy mama przyjedzie po was, a na pewno to zrobi, powiedz, że kochałem ją nad życie” – miał powiedzieć do starszego syna.

Marcelle rozpoznała dzieci na zdjęciu w gazecie. Na koszt linii White Star Line udała się po nie do USA. Razem wrócili do Francji. Starszy Michel został profesorem psychologii, a młodszy Edmond architektem wnętrz.

Ciało Michela Navratila zostało wydobyte z oceanu. Zmarł z wychłodzenia.

Wystawa w Krakowie jest czynna do 30 czerwca. Więcej informacji tutaj »

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama