„Troja: upadek miasta”. Serial, który urąga Homerowi
Czym jest „Troja: upadek miasta”? Nieudaną próbą odcięcia kuponów od fenomenu „Gry o tron”.
Kadr z serialu „Troja: upadek miasta”
mat. pr.

Kadr z serialu „Troja: upadek miasta”

Kilka tygodni temu Netflix dołączył do swojej oferty serial „Troja: upadek miasta”. Zdawałoby się, że samograj – o wojnie trojańskiej słyszał chyba każdy, nawet przeciętnie wykształcony człowiek z zachodniego kręgu kulturowego. Podobnie z Homerem – nawet jeśli go nie czytaliśmy, imię genialnego poety jest nam znane i trwale zrośnięte z dwoma wielkimi eposami, od których rozpoczyna się europejska literatura. Mając taki materiał literacki, markę znaną równie dobrze jak „Gwiezdne wojny” i wsparcie największego serwisu streamingowego, czy w ogóle można nie odnieść sukcesu? Okazuje się, że biorąc się za kolejną ekranizację „Iliady”, można polec równie szybko i spektakularnie jak anonimowe ofiary Achillesa, o których Homer napisał tylko: „ginęły ludy”.

David Gyasi zawodzi w roli Achillesa

Zrealizowany przez BBC serial zdobył pewnego rodzaju sławę na długo przed emisją, głównie za sprawą decyzji o obsadzeniu w roli Achillesa czarnoskórego Davida Gyasiego. Prawicowa część internetu zareagowała dość agresywnie, oskarżając producentów o posuniętą do absurdu poprawność polityczną i stosowanie inkluzji społecznej wbrew zdrowemu rozsądkowi i wymowie oryginału literackiego. Nie wnikając w polityczne motywy reżysera, po obejrzeniu serialu można niestety stwierdzić, że jego decyzja nie broni się artystycznie – kiedy Kenneth Branagh, kręcąc szekspirowskie „Wiele hałasu o nic”, obsadził w roli księcia Don Pedra Denzela Washingtona, od pierwszych minut filmu sprawa okazała się jasna – Branagh zatrudnił po prostu znakomitego aktora, prawdziwą gwiazdę dorównującą kunsztem (co najmniej) Emmie Thompson czy Michaelowi Keatonowi.

Niestety w „Troi” jest inaczej – David Gyasi ewidentnie nie udźwignął roli, bo Achilles to postać nieco bardziej skomplikowana niż tylko zawodnik MMA w zbroi z brązu, a i jego zdolności ruchowe, ważne przecież w licznych scenach walk i pojedynków, nie usprawiedliwiają tego wyboru.

Czytaj także: Antyk na nowo przełożony

Odcinanie kuponów od „Gry o tron”

Czym jest „Troja: upadek miasta”? Nieudaną próbą odcięcia kuponów od fenomenu „Gry o tron” i nieuprawnioną interpretacją homerowej epopei. Dlaczego nieuprawnioną? Bo kiedy obcuje się z materiałem literackim stworzonym (bądź skompilowanym, jak chcą niektórzy uczeni znawcy starożytnej literatury) przez genialnego poetę, trzeba mieć choćby odrobinę pokory, by zrozumieć jego wielkość i własne ograniczenia.

Tymczasem nowa „Troja” to źle zrealizowany, zagrany, wymyślony i wyreżyserowany spektakl, w którym główny nacisk położono na wątek romansowy i, nie najlepsze zresztą, sceny walki. Obrazy są co prawda brutalne, ale w szczegółach prostackie i tanie, podobnie zresztą jak scenografia – Trojanie jeżdżący konno w strzemionach i kowbojskich siodłach z wysokim łękiem są tu najlepszym przykładem. „Troja” zawodzi też jako widowisko, jest bowiem niepozbawiona irytujących dłużyzn, a przykrajanie bohaterów do współczesnych problemów i wyobrażeń może drażnić nawet tych widzów, którzy „Iliady” nie czytali.

Czytaj także: Niemieccy uczeni spierają się o Troję

Homer został spłaszczony

Najsmutniejsze, ale wiele mówiące o współczesnej kulturze, jest spłaszczenie Homera i potraktowanie jego dzieła jako tła dla kaskaderskich scen. Bo „Iliada”, choć jest eposem bohaterskim, wcale nie traktuje o wojnie. To raczej skomplikowana psychologicznie opowieść o straszliwych konsekwencjach gniewu i zatwardziałości ludzkiego serca, nieubłaganym losie i wybaczeniu. Podobnie zresztą rzecz ma się z „Odyseją”, interpretowaną często jako periplus (starożytna locja, czyli przewodnik żeglarski), pierwsza powieść przygodowa czy też przedstawienie, inaczej niż w „Iliadzie”, świata kobiecego epoki mykeńskiej. Tymczasem „Odyseja” to przede wszystkim opowieść o miłości i tęsknocie za ukochaną osobą, a uczucie to dotyczy nie tylko wiernej Penelopy, ale i przemyślnego Odysa, który przez dziesięć lat walczy zawzięcie, by wbrew gniewowi bogów odzyskać swoją miłą.

Zatem Homer, korzystając jedynie z bohaterskiego tła, pisał (lub deklamował) o kwestiach uniwersalnych, ważnych dla człowieka każdej epoki i nieprzemijających. A spłaszczanie go do krwawych, batalistycznych scen to zbrodnia dokonywana z rozmysłem na jednym z największych dzieł naszej kultury.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj