„Twój Simon”, pierwszy taki gejowski romans
Filmu Grega Berlantiego może i nie potrzebuje zachodnia widownia, ale tam, gdzie kwestie równouprawnienia wciąż nie są normą, nabiera on zupełnie odmiennego charakteru.
Kadr z filmu „Twój Simon”
mat. pr.

Kadr z filmu „Twój Simon”

Amerykańskie media piszą o tegorocznym „Twoim Simonie” Grega Berlantiego niemal w samych superlatywach, ale jednocześnie zauważają, że film jest może nie tyle nieco, ile nawet bardzo spóźniony. Bo rzeczywiście – czy zachodnie dzieciaki i nastolatki wciąż potrzebują podobnego kina w tych czasach?

Ostatni z wielkich

Berlanti, 46-letni nowojorczyk o włosko-irlandzkich korzeniach, zadeklarowany gej, mąż dużo młodszego od siebie piłkarza Robbiego Rogersa, jawi się jako współczesne ucieleśnienie Monroe Stahra, cudownego dziecka Hollywood, fikcyjnej postaci stworzonej przez Francisa Scotta Fitzgeralda na kartach niedokończonej przezeń powieści. Podobnie jak bohater „Ostatniego z wielkich”, jest producentem filmowym, niezwykle uzdolnionym. Ukończył Northwestern University, po studiach imał się przeróżnych zajęć, aż wreszcie, w wieku 28 lat, dołączył do ekipy popularnego serialu „Jezioro marzeń” (1998–2003). Jak wspominał w jednym z wywiadów, przez jakiś czas pisał scenariusze kolejnych odcinków, nie wychylając się zbytnio, żeby przypadkiem nie zostać zwolnionym. Gdy zaś niespodziewanie z zespołu wyleciało sporo znaczących osób, to właśnie Berlanti otrzymał propozycję dalszego poprowadzenia cyklu. Sporo się zmieniło w jego życiu i karierze od tego momentu, jedno zaś pozostało bez zmian – chęć opowiadania dobrych historii.

To jednak też nie zawsze mu wychodziło. Znacznie lepiej radził sobie w telewizji niż w kinie. Sporym sukcesem okazał się np. serial „Bracia i siostry” (2006–2011), którego Berlanti był producentem wykonawczym, ale już jego debiut pisarsko-reżyserski na dużym ekranie, czyli „Liga złamanych serc” (2000 r.), spotkał się z mieszaną reakcją zarówno publiczności, jak i krytyki. Podobnie było w przypadku filmu „Och, życie” (2010 r.), jednak czarę goryczy zdecydowanie przelała „Zielona latarnia” (2011 r.) Martina Campbella, zmiażdżona przez fanów, przy której Berlanti odpowiadał za scenariusz i produkcję. Porażka sprawiła, że na jakiś czas zrezygnował z podboju sal kinowych, skupiając się na mniejszym i młodszym medium.

Człowiek od telewizji

Obecnie Berlanti jest jednym z najbardziej płodnych producentów i showrunnerów telewizyjnych, odpowiedzialnym m.in. za tzw. Arrowverse, czyli uniwersum skupione wokół postaci z komiksów DC. To on zapewnił nową jakość stacji CW, należącej częściowo do Warner Bros., studia, z którym zresztą podpisał całkiem niedawno sześcioletni kontrakt opiewający na zawrotną sumę 400 mln dol. Jest także rekordzistą, jeśli chodzi o jednoczesną emisję seriali produkowanych przez ten sam podmiot (Berlanti Productions), wśród których wymienić można choćby „Supergirl” (2015-), „Legends of Tomorrow” (2016-) czy „Riverdale” (2017-).

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj