„Gorszy od Epsteina”? Michael Jackson znów oskarżany o pedofilię. W kinach święci triumfy
„Byłem groomowany, od kiedy tylko się urodziłem”, „Żadne z nas nie wiedziało, że inne jest molestowane”, „(Michael) oszukał cały świat!” – mówią dorośli dziś Eddie, Dominic, Aldo i Marie-Nicole. Z opowieści, którą podzielili się w programie „60 Minutes Australia”, wyłania się klasyczny schemat: najpierw uprzywilejowany pedofil wykorzystuje swą przewagę, by oczarować rodziców, następnie przywiązuje do siebie dzieci, fundując zagraniczne wycieczki i luksusowe zabawki, zabierając do parków rozrywki i na koncerty (własne).
Czytaj też: M-AI-kel, czyli komu potrzebny ten sztuczny Jackson?
Seryjny drapieżca seksualny
Jackson był w domu państwa Casciów częstym gościem: wpadał bez okazji, czasem na urodziny i święta (miał nawet własny pokój). Jego trwająca ćwierć wieku „przyjaźń” z ich dziećmi – twierdzą dziś sami zainteresowani – szła w parze z odurzaniem substancjami psychoaktywnymi, gwałtami (do najwcześniejszych miało dojść, gdy jedno z dzieci nie ukończyło ósmego roku życia) i „praniem mózgów” (vide: nauką, jak kłamać policji o ich aktywności seksualnej). Casciowie nazywają byłego idola „seryjnym drapieżcą seksualnym” i twierdzą, że jego otoczenie było tego świadome.
Moment medialnej spowiedzi rodzeństwa nie jest przypadkowy, koreluje bowiem z niedawną premierą filmowej biografii „Michael”. W jej recenzjach jak refren wraca słowo „sanitized” – kinowy hit ma być dosłownie „zdezynfekowany”, pozbawiony kontrowersji. Tyle że w życiu wokalisty bynajmniej ich nie brakowało.
Jacksonowie kontra HBO
Jackson zmarł w 2009 r. – miał zaledwie 50 lat – w wyniku przedawkowania propofolu i innych środków znieczulających. Od tego czasu wracał już jako hologram, musical, VR-owe doświadczenie i, oczywiście, cykl AI-owych slopów. Największe poruszenie wywołał jednak jako antybohater czterogodzinnego dokumentu „Leaving Neverland” (2019), w którym James Safechuck i Wede Robbson – byli protegowani artysty, których ten poznał jako dziecięcych aktorów (z pierwszym zetknął się po raz pierwszy na planie słynnego spotu Pepsi) – otwartym tekstem oskarżyli go o molestowanie seksualne, podawanie im alkoholu, grooming, przymuszanie do masturbacji czy seksu oralnego.
Film Dana Reeda nie usprawiedliwiał Jacksona, ale pokazywał go jako zniuansowaną postać: muzycznego geniusza i seryjnego pedofila, odartego z dzieciństwa samotnika, a zarazem bezwzględnego manipulatora. Gdy podczas premiery na festiwalu Sundance reżyser zaprosił na scenę Wade’a i Jamesa, publiczność zareagowała owacjami na stojąco.
Mniej zrozumienia miał dla nich klan Jacksonów, który najpierw oskarżył HBO o publiczny lincz na niemogącym się bronić krewniaku. Następnie wpływowa rodzina próbowała zdyskredytować narrację Reeda, podnosząc, że oskarżenia wystosowało raptem dwoje ludzi, którzy w dodatku parę lat wcześniej zapewniali na sali sądowej, że Michael bynajmniej ich nie molestował.
Reprezentanci króla popu taktownie przemilczeli, że podobne oskarżenia były kierowane wobec niego już w 1993 (sprawa 13-letniego Jordana Chandlera) i 2005 r. (również 13-letni Gavin Arvizo). W pierwszym przypadku do procesu nie doszło (rodzina zawarła ugodę, w wyniku której miała otrzymać ponad 20 mln dol.), w drugim prokuratura nie była w stanie udowodnić Jacksonowi winy. Oddaliła więc wszystkie zarzuty, choć nie rozwiała wątpliwości opinii publicznej.
Czytaj też: Kontrowersje wokół dokumentu o Michaelu Jacksonie
Biografia czy hagiografia?
Niedługo po premierze dokumentalnego „Leaving Wonderland” spadkobiercy króla popu ogłosili prace nad fabularnym „Michaelem” Antoine’a Fuquy. Ten nie miał co prawda ani wyrobionego nazwiska, ani istotnych sukcesów na koncie (dał się poznać za sprawą thrillerów klasy B z serii „The Equalizer”). Być może to jego niewielki dorobek i licha pozycja były powodem, dla którego otrzymał prawa do wyreżyserowania historii najsłynniejszego popowego artysty wszech czasów.
Filmowy „Michael” wszelkie kontrowersje (w tym oczywiście oskarżenia o pedofilię) po prostu przemilcza, cukierkowa biografia wydaje się składać z triumfów i (ewentualnie) epizodów artystycznego niezrozumienia/osamotnienia. Jak to malowniczo ujął Nicholas Barber z BBC: „To przesłodzony, czołobitny film biograficzny, (...) mdły i ledwie funkcjonalny, rodem z pasma dziennego”. Jeszcze ostrzejszy był w osądzie Siddhant Adlakha z portalu IGN: „Kto by pomyślał, że tak starannie kontrolowany przez spadkobierców film biograficzny może wyrządzić większą szkodę dziedzictwu artysty (niż kino kręcone bez przeszkód – red.), czyniąc je tak nieciekawym?”.
Że klan Jacksonów trzymał „Michaela” (również tego filmowego) w garści – widać chociażby po liście płac. W rolę tytułową wcielił się bratanek króla popu Jaafar Jackson (zdaniem dziennikarzy jego gra ratuje obraz przed całkowitym blamażem), producentem wykonawczym był z kolei syn gwiazdora Prince Jackson. Również inni krewni i znajomi „Jacko” wielokrotnie wchodzili w (niekiedy publiczne) konflikty z wytwórnią, bo mogli sobie na to pozwolić.
Blockbuster nie mógłby bowiem powstać bez ścisłej współpracy z Estate of Michael Jackson, spółką powołaną do zarządzania majątkiem artysty po jego nagłym odejściu. Brak umowy zamknąłby filmowcom dostęp do archiwalnych nagrań i kostiumów, oznaczałby utratę praw do muzyki i choreografii. Jednak obecność rodzinnej spółki Jacksonów na liście producentów odcisnęła ślad na scenariuszu i sposobie realizacji filmu.
„Gorszy od Epsteina”
Prawnik rodziny Jacksonów nazwał działania rodzeństwa „desperacką próbą wyłudzenia pieniędzy”, dodając, że przez ponad 25 lat Casciowie stanowczo bronili Michaela Jacksona przed podobnymi „pomówieniami”. Faktycznie, wielokrotnie występowali po stronie słynnego przyjaciela (plotkom o jego relacjach z dziećmi zaprzeczali m.in. na kanapie Oprah Winfrey). Eddie, Dominic, Aldo i Marie-Nicole replikują, że musieli się psychicznie poskładać.
Ich wiarygodność podważa fakt, że – jak ujawnił „New York Times” – już kilka lat temu zapukali ze swoimi zarzutami do rodziny Jacksona. Ta odpowiedziała na groźbę pozwu tak, jak umie najlepiej: podpisując kolejną, niejawną ugodę. Poszkodowani mieli otrzymać w ciągu pięciu lat ok. 16 mln dol.; ujawnienie sprawy mediom to zaś – twierdzi prawnik muzycznego klanu – efekt wstrzymania wypłat i fiaska późniejszych negocjacji.
Winę Michaela trudno będzie udowodnić, tymczasem „Michael” rozbija bank. Mimo spektakularnego manta spuszczonego mu przez krytyków (w agregującym ich oceny serwisie Metacritic film uzyskał średnią na poziomie 39 proc.) dzieło zbliża się do 600 mln dol. wpływów.
„Ludzi najwyraźniej nie obchodzi, że Michael był pedofilem” – komentuje Reed (ten od dokumentu HBO) w rozmowie z „The Hollywood Reporter”. „Wiele osób po prostu kocha jego muzykę i przymyka na to oczy. Szczerze mówiąc nie wiem, co mogłoby zmienić ich zdanie, może poza nagraniem wideo pokazującym Michaela Jacksona uprawiającego seks z siedmioletnim dzieckiem”.