Film

1969: Odyseja kosmiczna

Recenzja filmu: „Pierwszy człowiek”, reż. Damien Chazelle

Beznamiętny Ryan Gosling jako Neil Armstrong. Beznamiętny Ryan Gosling jako Neil Armstrong. United International Pictures / materiały prasowe
W Armstronga wcielił się niepodobny do niego Ryan Gosling. Aktor nie lubi okazywać emocji, co tym razem działa szczególnie na korzyść granej przez niego postaci, przeżywającej dodatkowo traumę po stracie kilkuletniej córeczki.

Podróż na Księżyc to znana melodia. Nucono ją, jeszcze zanim ktokolwiek na serio pomyślał, że człowiekowi uda się tam dotrzeć. Gdy sen się ziścił, na fali spekulacji, że może jednak całe to lądowanie na Księżycu to tylko wielki przekręt NASA, pojawił się „Koziorożec Jeden”, protest song o trójce śmiałków biorących udział w zainscenizowanym w telewizyjnym studiu locie na Marsa. Aż dziwne, że dopiero Damien Chazelle, opromieniony sławą musicalu „La La Land”, którego mało kto podejrzewał o ciągoty w tym kierunku, wpadł na pomysł nakręcenia filmu poświęconego Neilowi Armstrongowi – pierwszemu astronaucie na srebrnym globie.

Wbrew pozorom „Pierwszy człowiek” wcale nie jest spektakularną rock operą sławiącą triumf ludzkiego geniuszu w starciu z siłami kosmosu. Film przyjmuje minimalistyczną, ziemską perspektywę uświadamiającą, jak przerażający był to eksperyment. Stara się pokazać upór i irracjonalny pęd ku nieznanemu w taki sposób, jak to widzieli, słyszeli i czuli ludzie, którzy sześćdziesiąt lat temu decydowali się polecieć w kosmos. Trudno uwierzyć, że mimo prymitywnej technologii, niedoskonałości sprzętu, braku wiedzy („Jesteście jak chłopcy strugający statki z drewna. Niczego nie macie pod kontrolą”, wykrzykuje spanikowana żona Armstronga) i wielu śmiertelnych ofiar, ten lot się powiódł. Chazelle zderza scenki domowej codzienności: zabaw z dziećmi, odrabiania lekcji, małżeńskich rozmów z łomotem i rykiem silników rakietowych, z mało romantycznymi obrazami testów, na których po kilkudziesięciu sekundach piloci tracą przytomność. Zaskakujące jest też to, jak bardzo czerń kosmicznej otchłani nie przypomina bajecznie rozgwieżdżonego nieba z „Grawitacji”. W Armstronga wcielił się niepodobny do niego Ryan Gosling. Aktor nie lubi okazywać emocji, co tym razem działa szczególnie na korzyść granej przez niego postaci, przeżywającej dodatkowo traumę po stracie kilkuletniej córeczki. Kruchość istnienia, śmierć, żałoba, pamięć o tym, co pozostaje – wokół tego motywu toczy się wewnętrzna akcja filmu: swoistej kroniki tamtych czasów, a zarazem bardzo ludzkiej odysei.

Pierwszy człowiek (First Man), reż. Damien Chazelle, prod. USA, 141 min

Polityka 43.2018 (3183) z dnia 23.10.2018; Afisz. Premiery; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "1969: Odyseja kosmiczna"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak się leczy na Stadionie? „Wstyd mi, że w tym uczestniczę”

Doktor M. leczy na Narodowym. Zaprosił mnie do Regent Warsaw Hotel, jednego z droższych w stolicy. To tutaj zakwaterowano personel szpitala tymczasowego.

Paweł Reszka
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną