Recenzja książki: Eric-Emmanuel Schmitt, "Trucicielka"

Miłość, obsesja i święta Rita
Wszystkie zawarte w tomie historie mówią o wielkich namiętnościach.
materiały prasowe

Nie lubi, kiedy mówią o nim „lepszy Coelho”. Chociaż ich książki mają wiele wspólnego, to jednak Eric-Emmanuel Schmitt jest znacznie lepszy. Jego sztuki, opowiadania, nowele są lapidarne, przez to mniej nadmuchane. Te cechy pisarstwa autora „Oskara i pani Róży” dobrze widać w najnowszym zbiorze opowiadań „Trucicielka”, za który otrzymał Nagrodę Goncourtów dla krótkiej formy (Le Goncourt de la Nouvelle).

Wszystkie zawarte w tomie historie mówią o wielkich namiętnościach: miłości, ambicji, pasji, które bohaterowie realizują w polityce, karierze muzycznej czy religii. Teksty łączy także motyw Rity – świętej od rzeczy niemożliwych. Pierwsze, tytułowe opowiadanie jest z ducha flaubertowskie. Obieranie sobie takich mistrzów zobowiązuje. I rzeczywiście historia Marie, morderczyni z małego miasteczka, jest przewrotna i wciągająca. Do parafii przybywa nowy proboszcz, z którym kobieta nawiązuje toksyczną relację: on – chce nawrócić Marie, ona – mieć blisko młodego mężczyznę.

Dobra fabuła, ironia i oszczędność stylu sprawiają, że rzecz czyta się z przyjemnością. Podobnie jak resztę tekstów w zbiorze. Do doskonałości brakuje im tak niewiele: wystarczyło zrezygnować z dwóch łzawych i zbyt dosłownych „literackich” zakończeń, wyrzec się zdań w stylu „przebiegł go dreszcz trwogi”. Chociaż trzeba przyznać, że w książce jest ich niewiele.

Eric-Emmanuel Schmitt, Trucicielka, przeł. Agata Sylwestrzak-Wszelaki, Znak, Kraków 2011, s. 248

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną