Kawiarnia literacka

Ciężka praca
Jakiś czas temu Jacek Dehnel przyznał się na łamach POLITYKI, że dostał nagrodę za pracę społeczną na rzecz Cmentarza Żydowskiego. To rzadki przypadek, kiedy twórcy chce się zrobić coś więcej, niż tylko zatopić w swoim własnym małym świecie pisania, malowania czy grania.

Działalność społeczna jest bowiem pułapką i każdy wrażliwy człowiek, a takim z pewnością jest twórca, o tym wie. Pułapka polega na nienormowanym czasie pracy, stajni Augiasza i wiecznym poczuciu frustracji. Przede wszystkim dlatego, że zmiany społeczne chodzą jak komputer z lat 90. Niby jest połączenie z netem, ale co pięć minut i na dodatek tylko przez chwilę.

Właściwie nie, zmiany społeczne są jak rozkapryszone dziecko. Już, już się zgodziło iść na spacer, ale kiedy nałożyliśmy mu buty, to ono chce siku, a poza tym już nigdzie nie pójdzie. I tak w kółko. Zmiany społeczne są powolne, niepoliczalne i nie można im zrobić zdjęcia, aby pochwalić się przed znajomymi.

To długi proces, który w każdej chwili może zachorować na tak zwany zwrot. I wyemancypowana grupa nagle zaczyna mieć konserwatywne poglądy. Albo ustawa chroniąca zwierzęta jest kompletnie zmieniana, bo na przykład jakiś poseł nie lubi dzików. Pracując na rzecz danej grupy społecznej czy konkretnego problemu pozornie osiągasz jakieś sukcesy, ponieważ to wszystko jest jak sprzątanie domu. Natyrałaś się, namyłaś, a za chwilę wiatr zawieje, pies wpadnie z brudnymi łapami i wszystko znowu brudne. Po jakimś czasie następuje logiczny bunt. Nie chcesz już więcej sprzątać. Dlaczego to znowu ty masz pucować cały świat? Przecież ty masz inne zadanie do wykonania. Mianowicie napisanie najlepszej powieści na świecie, po której będą wozić cię w złotej karocy. Mianowicie napisanie najbardziej zjadliwego felietonu, po którym rząd poda się do dymisji, a Antoni Słonimski wstanie z grobu i osobiście pocałuje cię w dłoń.

A to całe naprawianie świata to też nie żadne spektakularne występy, tylko przerzucanie faktur do segregatora i odpisywanie na maile. A dla Dehnela to już w ogóle machanie łopatą i wyrywanie chwastów.

Tak że tyle mam do powiedzenia: kiedy twórca rzuca pergamin i pióro, wybierając bliżej niesprecyzowane rewolucje, to zazwyczaj przeżywa on konflikt wewnętrzny i schizofrenię.

Wiem, co mówię. Od ponad pięciu lat prowadzę organizację pozarządową. Czasami nie wiem już, czy w oficjalnym liście opisać dalsze losy bohaterki mojej książki, czy po prostu zakończyć eleganckim „z wyrazami szacunku”. Nawet czasami zastanawiam się, czy niechcący nie wysłałam maila nie z tym załącznikiem co trzeba i do grantodawcy nie poleciało właśnie najnowsze opowiadanie o dziewczynie z klubu go-go.

Nie chodzi tu o to, że człowiek ciężko pracuje. Jestem pozytywistyczną dziołchą, która wierzy w cnotę harówki. Ale przełączanie się z jednego tematu na drugi to istna eksplozja energii wywalonej nie tam, gdzie trzeba. Bo ile to człowiek się naskupia, namyśli tylko po to, aby nie pomieszać sobie ról społecznych w głowie. Aby przestawić się z programu Word na program Excel.

Jak zwykle pocieszam się cudzym nieszczęściem i czytam kolejne tomy „Dzienników” Zofii Nałkowskiej. Szczególnie te powojenne, z końca lat 40., zawierają opisy jakże znanego szamotu i miotania się między „swoimi sprawami” (pisanie) a „wspólnymi sprawami” (u Nałkowskiej: bycie posłanką, pomoc konkretnym osobom, jeżdżenie za granicę i spotykanie się z attaché kulturalnymi, raporty w komisji do spraw zbrodni wojennych). Co wybrać, gdzie być asertywną, a gdzie skoczyć na główkę niekończącej się pomocy?

Jak wyczuć, że zrobiło się już wszystko, co można było? Że reszta albo jest nie do ruszenia, albo powinni to zrobić inni ludzie. Bo my jesteśmy już zmęczone, bo my już swoje zrobiłyśmy. Niech inni też, a czemu nie oni, a dlaczego to my.

Po czym patrzymy za siebie, a tam żadnych onych; tam nie ma nikogo. No, są tam co najwyżej dobre znajome, które – podobnie jak my – muszą ciągle wybierać między tworzeniem a pomaganiem. Między wychowywaniem dzieci a pracą na rzecz innych dzieci. Zamiast ciastka z kremem – stare ziemniaki. Ale jasne, potem można sobie wytłumaczyć, że się ziemniaki lubi i są zdrowsze, i wcale się nie żałuje tego czasu poświęconego innym, bo to nam robi takie egoistyczne ciepełko wokół serca. I robi nam również to, że kiedy zasłużymy wreszcie na tworzenie, to będziemy w stanie pisać tylko w stylu nowomowy wniosków o dofinansowanie. I nasze powieści będą mieć na początku cele ogólne i szczegółowe. Ale na końcu, i to najgorsze – rezultaty mierzalne i niemierzalne. Będą mieć beneficjentów i koszty administracyjne. I załączniki, i podpisy z pieczątkami. A my będziemy w nieustającym rozkroku między byciem aktywistką z rozwianym włosem a pisarką chyba już w ogóle bez włosów. Bo z tego wszystkiego je sobie powyrywamy. Albo nie – przekażemy dzieciom z krajów Trzeciego Świata.

Z drugiej strony, skoro działalność społeczna ma tyle pułapek i tyle zdradliwych wirów, to czym różni się od tworzenia? Tam też końca nie widać, marne szanse na zmianę świata i nikły splendor. Zofia Nałkowska tylko cicho wzdychała po takich refleksjach i wpisywała do pamiętnika „znowu pracuję, nic nie mogę na to poradzić”.

Sylwia Chutnik – autorka „Kieszonkowego atlasu kobiet” (Paszport POLITYKI 2008, adaptacja w stołecznym Teatrze Powszechnym), „Dzidzi” (adaptacja w Legnicy) i „Warszawy kobiet”. Działaczka społeczna, felietonistka i przewodniczka miejska po Warszawie. Słucha punk rocka i Hanki Ordonówny. Jak dorośnie, to zostanie Pippi Langstrumpf.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną