Recenzja książki: Krzysztof Wyszkowski, "Głową w mur"

Antyfelieton
Zbiór felietonów Krzysztofa Wyszkowskiego „Głową w mur” jest uczciwy.
materiały prasowe

W pierwszym zdaniu ostrzega, aby nie spodziewać się „uwodzenia czytelnika językowymi sztuczkami, grą paradoksów czy beztroskim poczuciem humoru”, i zapowiedź tę spełnia nawet z naddatkiem: niczego podobnego do felietonu tu nie ma. Powstaje naturalnie pytanie: po co pisać felieton, jeśli się go nie chce napisać? A samozaparcie autora jest duże i obejmuje okres od roku 2007 do 2011, przy czym niepodobieństwo utworów do felietonów chronologicznie narasta. Na początku zdarza się jeszcze jakiś rodzaj przewrotności: „Nie bronię liberałów, których uważam za formację historycznie szkodliwą, a Donalda Tuska za poważne zagrożenie dla polskiej racji stanu, ale warto pamiętać, że bywały czasy, kiedy nawet potwory mówiły ludzkim głosem”. Potem Wyszkowski rezygnuje nawet z własnego słownictwa i Tusk jest już tylko „hieną Putina”.

Autor daje do zrozumienia, że zna kulisy wszystkich wielkich wydarzeń ostatnich 40 lat, a wielu z nich był motorem. Nie wiadomo więc, dlaczego wszystko wie tylko ze swoich domysłów. Nie ujawnia ani jednego bulwersującego faktu, może poza jednym, kiedy przekonuje, że Jarosław Kaczyński potrafi „osobiście przyjaźnić się z homoseksualistami”. Brzmi w tym pewna pretensja, że wystarczyłoby mu przyjaźnić się nieosobiście, per procura(tor).

Felietonista największą sławę zdobył, tocząc sądowe boje z Lechem Wałęsą o to, że ten był agentem Bolkiem. Przypomina w tym trochę biografów wielkich ludzi, którym całego swojego życia nie starcza na zgłębienie życia innego człowieka, który zdołał w takim samym czasie nie tylko sam je przeżyć, ale i czegoś dokonać.

Patrząc z lustracyjnego punktu widzenia, autor ujawnia w książce mimochodem rzecz o kapitalnym znaczeniu: reprodukuje esbecką „opinię służbową” z lat 70. na temat swego śledczego – por. Krzysztofa Wysockiego – który nazywany jest w tekście „por. Krzysztofem Wyszkowskim”. Dla autora jest to oczywiste i nawet zabawne pomylenie nazwisk prześladowcy i ofiary. Wyobraźmy sobie jednak, co by się działo, gdyby odnalazł on dokument Służby Bezpieczeństwa, w którym Wałęsa nazwany został porucznikiem!

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną